Kobiety tego chcą

Jarosław Dudała

|

GN 39/2009

publikacja 28.09.2009 13:47

– Jeśli znaleziony zostanie klucz do leczenia niepłodności, to dzięki naprotechnologii, a nie w programie in vitro – mówią twórca naprotechnologii prof. Thomas W. Hilgers oraz jego żona i współpracowniczka Susan K. Hilgers w rozmowie z Jarosławem Dudałą.

Kobiety tego chcą prof. Thomas W. Hilgers fot. Roman Koszowski

Kilkuset słuchaczy wzięło udział w międzynarodowej konferencji „NaProTechnology – Lublin 2009”. Tematem spotkania była naprotechnologia – metoda leczenia niepłodności, a jednocześnie sposób monitorowania zdrowia kobiety i leczenia wykrytych problemów. „Doświadczenia naszych kolegów ze Stanów Zjednoczonych i Irlandii dowodzą, że NaProTechnologia jest skuteczniejsza niż zapłodnienie in vitro, oferuje rozwiązania w sytuacjach, kiedy in vitro pozostaje bezradne lub szczególnie ryzykowne, potrafi pokonywać problem niepłodności męskiej i niedrożności jajowodów” – napisało kilkudziesięciu uczestniczących w konferencji lekarzy w liście otwartym do polskich parlamentarzystów.

Autorzy dokumentu stwierdzili w nim, że metoda in vitro jest droga, mało skuteczna, kontrowersyjna i ryzykowna dla zdrowia. „Nie bez powodu na całym świecie poddaje się jej tylko nieznaczny procent par (0,5%) zmagających się z dramatem niepłodności” – podkreślili. „Prosimy o uwzględnienie powyższych faktów w debacie na temat niepłodności, o niewypieranie NaProTechnologii z dyskursu publicznego. Namawiamy też do odrzucenia w głosowaniu projektów ustaw, które przez legalizację lub dofinansowanie wymuszają społeczną akceptację in vitro i w sposób nieuzasadniony promują tę metodę jako jedyną lub najbardziej skuteczną odpowiedź na problem niepłodności” – apelują lekarze, wśród nich prezes Fundacji Instytut Niepłodności Małżeńskiej im. Jana Pawła II dr Maciej Barcentewicz, przewodnicząca Sekcji Ginekologii Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich dr Maria Szczawińska oraz były praktyk in vitro, obecnie właściciel pierwszej polskiej kliniki naprotechnologicznej dr Tadeusz Wasilewski.

Jarosław Dudała: Jaka jest skuteczność naprotechnologii w walce z niepłodnością?
Thomas W. Hilgers: – Od 1,4 do 2,8 razy wyższa od skuteczności in vitro. To zależy od przyczyny niepłodności.

Polscy chirurdzy mówili mi, że duże sukcesy odnosi zwłaszcza chirurgia naprotechnologiczna.
T.W.H.: – Nasze odkrycia w chirurgii są rewolucyjne. Najważniejsze, że jest to chirurgia, która prawie nie powoduje zrostów, mogących wywołać niepłodność.

Jak Pan to robi?
T.W.H.: – O tym jest jedna trzecia tej książki! (prof. Hilgers śmieje się, pokazując swój 1200-stronicowy podręcznik). Najważniejsze, że odsetek ciąż po klasycznym leczeniu chirurgicznym policystycznych jajników, według danych John Hopkins University, wynosi normalnie 30 proc. Przy leczeniu naprotechnologicznym około 70 proc. To po 2 latach.

A po 3 latach?
T.W.H.: – W ciążę zachodzi 90 proc. naszych pacjentek. Wśród tych operowanych klasycznie – mniej niż połowa. Naprotechnologiczna chirurgia jest też znacznie skuteczniejsza, gdy przyczyną niepłodności jest endometrioza (choroba błony śluzowej macicy – przyp. J.D.). To ważne, bo rozpoznajemy ją u trzech czwartych naszych pacjentek, podczas gdy według ogólnoamerykańskich statystyk z roku 2007 w ośrodkach in vitro endometrioza jest rozpoznawana w zaledwie 4 proc. przypadków. To jest przykład braku właściwiej diagnozy. I to mnie bardzo niepokoi.

A może skuteczność naprotechnologii w porównaniu z in vitro jest tak duża dlatego, że z in vitro korzystają ci, którym nie udało się pomóc w inny sposób? Jeden z polskich profesorów ginekologii mówi, że naprotechnologia to nic nowego; że to metody, które on sam stosuje od lat.
T.W.H.: – Przeszkolony u nas dr Phil Boyle z Galway w Irlandii jest lekarzem rodzinnym. Nie wykonuje więc zabiegów chirurgicznych. Mimo to miał ponad 150 pacjentek, które bezskutecznie przeszły program in vitro, nawet wielokrotnie, a urodziły dzieci dzięki leczeniu naprotechnologicznemu. Opisał to w swoim artykule.

Lekarze tacy jak ten, o którym Pan wspomniał, nie wiedzą, co to naprotechnologia, bo ona tak różni się od tego, co robią, jak dzień różni się od nocy.
Susan K. Hilgers: – Znamy historię kobiety, która sześć razy zaszła w ciążę dzięki in vitro i za każdym razem rodziła wcześniaki, ale te wkrótce umierały. Tak bywa, bo ta sama przyczyna, która leży u podstaw niepłodności, może w niektórych przypadkach powodować poronienia. Ta kobieta miała zaledwie 28 lat. Była bardzo zła na lekarzy. Trafiła do Instytutu Papieża Pawła VI (kierowanego przez prof. Hilgersa – przyp. J.D.). Potwierdziła tam diagnozę swojej choroby, wróciło jej zaufanie do lekarzy. Urodziła jedno dziecko i jest teraz w drugiej ciąży.

Na czym polega różnica między naprotechnologią a tym, co proponuje większość ginekologów?
T.W.H.: – Naprotechnologia to powrót do podstawowych zasad medycyny: szukania przyczyn problemów i ich leczenia.

Czyżby lekarze nie szukali dziś przyczyn chorób?
T.W.H.: – Medycyna rozrodu jest jedyną gałęzią medycyny, w której nie szuka się przyczyn. To się zaczęło w latach 60. i trwa do dziś wraz z antykoncepcją, zwłaszcza doustną, aborcją, sterylizacją i in vitro. In vitro jakby przeskakuje ponad przyczynami niepłodności. Nie szuka jej przyczyn. W USA większość środków antykoncepcyjnych przepisuje się nie dla efektu antykoncepcyjnego, ale z powodów zdrowotnych. Na przykład na trądzik. Lekarze, którzy tak postępują, nie robią absolutnie nic, żeby szukać jego przyczyn. Dlatego, gdy się odstawi te środki, to trądzik wraca.

S.K.H.: – Kobiety, które korzystały z naprotechnologii, leczyły się wcześniej u innych lekarzy. Mówiły: „byłam u lekarzy w Denver, w Chicago, w Nowym Jorku, w Houston. Ale nikt mi nie powiedział, dlaczego nie mogę zajść w ciążę. Dopiero wy mi powiedzieliście, dlaczego moje ciało nie działa tak, jak powinno”. A kobiety tego chcą. Chcą wiedzieć, dlaczego nie mogą zajść w ciążę. Poza tym naprotechnologia jest także efektywną terapią. Kobiety, które się o tym dowiadują, chcą z niej korzystać.

Czym jest naprotechnologia według jej twórcy?
T.W.H.: – Nazwa to skrót od technologii naturalnej prokreacji (ang. Natural Procreative Technology). To kombinacja bardzo dokładnej analizy cyklu miesięcznego kobiety i nowoczesnych technologii medycznych, np. monitorowania owulacji z czterowymiarowym USG, badań poziomu hormonów, badań nasienia, farmakologii i chirurgii, w tym także mikrochirurgii. Chodzi o to, żeby jak najlepiej zrozumieć przyczyny procesu chorobowego i leczyć w najnowocześniejszy dostępny sposób. Dotyczy to nie tylko niepłodności, ale także innych problemów, między innymi poronień, nieregularnych krwawień, zespołu napięcia przedmiesiączkowego, depresji poporodowej.

Przypomina to po części znane metody naturalnego planowania rodziny, np. obserwacje śluzu w metodzie Billingsa.
T.W.H.: – Z samej obserwacji śluzu kobiety można się wiele dowiedzieć, i to nie tylko na temat problemów z niepłodnością. Na jej podstawie można choćby przewidzieć skłonność do poronień, nawet zanim kobieta zajdzie w ciążę. Potrafimy to leczyć, tak by do poronienia nigdy nie doszło. Niestety, wielu lekarzy obserwacje śluzu w ogóle nie interesują. Zaletą systemu obserwacji, który proponujemy, jest obiektywizacja i standaryzacja. Dzięki temu i kobieta, i jej mąż, i lekarz są pewni, że mówią o tym samym. A używane w kartach symbole są identyczne. Dlatego lekarz w Singapurze, który będzie miał w rękach kartę obserwacji Polki, będzie wiedział, o co chodzi.

Naprotechnologii zarzuca się, że nie może się pochwalić taką liczbą publikacji naukowych jak in vitro.
T.W.H.: – Recenzowanych publikacji o naprotechnologii jest 30–40. Niestety, nie są one w świecie medycznym czytane. Są ignorowane z jednego powodu: ogromnego sprzeciwu wobec spojrzenia na ludzką rozrodczość z bardziej naturalnego punktu widzenia. Wśród lekarzy dominuje inny punkt widzenia: są za aborcją, antykoncepcją, sterylizacją i in vitro. Z powodu tego sprzeciwu przez 30 lat nie mogliśmy publikować wyników naszych badań w czasopismach naukowych. Wydaliśmy je więc w liczącym 1200 stron podręczniku medycznym pt. „The medical and surgical practice of NaProTechnology”. W ciągu 5 lat, które minęły od jego wydania, podstawy naukowe tej książki nie zostały przez nikogo podważone. Za rok wydamy książkę o naprotechnologii dla niefachowców.

Czy pani Hilgers też używa tego systemu?
T.W.H.: – Nie, ona jest za sztuczną kontrolą (śmiech).
S.K.H.: – Cha, cha! Sztuczna kontrola! Nie, nie, my mamy piątkę dzieci! Ale naprotechnologię można stosować, kiedy się chce zajść w ciążę i kiedy się nie chce. Ja też ją stosowałam. I są pary, które korzystają z naprotechnologii, zanim się jeszcze pobiorą, żeby ubiec ewentualne problemy w małżeństwie.
T.W.H.: – Czy teraz ja mogę zadać panu pytanie?

Oczywiście.
T.W.H.: – Jak pan sądzi, ile kobiet na świecie, które mają problem z niepłodnością, wchodzi do programu in vitro?

Może 10 procent? 5 procent?
T.W.H.: – Nieźle; sądziłem, że powie pan, że więcej. A tak naprawdę jest ich mniej niż 1 proc. To tak, jakby ze stu pacjentek z zapaleniem wyrostka robaczkowego lekarz leczył tylko jedną…
Jaka zatem będzie przyszłość naprotechnologii?
T.W.H.: – Możliwości są coraz większe. Wierzę, że naprotechnologia to przyszłość opieki medycznej nad kobietami. Myślę, że dzięki niej in vitro wyjdzie z obiegu. To ślepa uliczka. Bo nie można bez końca ignorować chorób dotykających kobiety. Naprotechnologia jest siłą, która może się temu przeciwstawić. Już teraz mamy w USA lekarzy, którzy porzucili in vitro na rzecz naprotechnologii. Nie jest ich wielu, ale to dopiero początek naprotechnologii. Jeśli zostanie znaleziony klucz do leczenia niepłodności, to dzięki naprotechnologii, a nie w programie in vitro.