Nie mogliśmy stać z boku

Andrzej Grajewski

|

GN 38/2009

publikacja 21.09.2009 20:01

Ks. Marek Gancarczyk zeznawał przed sądem w sprawie, jaką „Gościowi Niedzielnemu” wytoczyła Alicja Tysiąc. Wyrok zostanie ogłoszony 23 września.

Nie mogliśmy stać z boku Ks. Marek Gancarczyk w trakcie składania zeznań przed Sądem Okręgowym w Katowicach fot. Henryk Przondziono

Była to trzecia rozprawa w tym procesie. Alicja Tysiąc oskarża GN i Archidiecezję Katowicką o naruszenie jej dóbr osobistych. Domaga się opublikowania przeprosin i zadośćuczynienia w wysokości 50 tys. zł „za szkody moralne spowodowane naruszeniem dóbr osobistych w postaci czci, dobrego imienia oraz prywatności”.

Taka jest nasza opinia
Przed sądem ks. Gancarczyk wyjaśniał intencje, jakie przyświecały redakcji, kiedy publikowała teksty będące przedmiotem postępowania. Podkreślał, że w czasie, gdy w „Gościu Niedzielnym” pojawiły się publikacje na temat wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, sprawa Alicji Tysiąc była głośno dyskutowana we wszystkich mediach. „Jako tygodnik katolicki nie mogliśmy pozostać z boku tej dyskusji” – tłumaczył. Zwracał uwagę, że formułowane w GN opinie i oceny stanowiły wyłącznie komentarz do powszechnie znanych faktów.

Byłoby niezrozumiałe, gdyby tygodnik katolicki nie wziął udziału w dyskusji na temat tak wrażliwy moralnie, jakim jest aborcja, czyli próba zabicia nienarodzonego dziecka. Powiedział wyraźnie, że wyrok Trybunału w Strasburgu był dla niego szokiem. „Państwo polskie zobowiązane zostało do wypłaty odszkodowania za to, że jakaś osoba nie mogła dokonać aborcji, czyli zabić swojego dziecka” – stwierdził. Dodał, że teksty zamieszczone w GN wyrażały wyłącznie jego oraz poszczególnych autorów pogląd w tej kwestii. Nie ujawniały nowych faktów, które wcześniej nie byłyby znane opinii publicznej. Pytany, czy dzisiaj gotów byłby opublikować te teksty, odpowiedział, że nawet mając świadomość wszystkich konsekwencji, jakie poniósł on oraz GN, skierowałby je do druku.

Dlaczego o niej pisaliśmy?
Z wypowiedzi ks. Gancarczyka jasno wynikało, że nasza redakcja nigdy nie sformułowałaby stanowczych ocen postępowania A. Tysiąc, gdyby kwestia ta nie stała się przedmiotem ważnej publicznej debaty, a ona sama dobrowolnie nie zaakceptowałaby roli wizerunku agresywnej kampanii proaborcyjnej. Nigdy na łamach GN nie pisaliśmy z imienia i nazwiska o żadnej kobiecie, która zdecydowała się na aborcję. W naszej publicystyce na ten temat zawsze podkreślaliśmy, że za tę dramatyczną decyzję kobiety zawsze odpowiada znacznie szerszy krąg osób, z ojcem dziecka przede wszystkim. Pisaliśmy o profilaktyce, nikogo nie potępialiśmy. Dopóki próba dokonania przez A. Tysiąc aborcji była jej prywatną sprawą, nie pisaliśmy o tym. Jej sprawa, a nie osoba, stała się przedmiotem naszego zainteresowania dopiero wtedy, gdy w 2007 r. uzyskała korzystny wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Trybunał nakazywał polskiemu państwu wypłacenie jej 25 tys. euro odszkodowania za to, że nie miała możliwości skorzystania z instancji odwoławczych w swych zabiegach o aborcję. Formalnie jest to wyrok w sprawie braku odpowiednich przepisów prawnych, ale istotą tych procedur jest prawo do aborcji. W tym sensie zdanie, które napisał ks. Gancarczyk i które zaprowadziło go na ławę oskarżonych, że Alicja Tysiąc dostała odszkodowanie za to, że nie udało się jej zabić własnego dziecka, jest zdaniem prawdziwym. Nie zmienia tego fakt, że w prawie karnym aborcja kwalifikowana jest inaczej aniżeli zabójstwo. Istotą aborcji jest przecież niszczenie, czyli zabijanie, poczętego życia. Żadne kazuistyczne wywody tego faktu nie zmienią.

Po wyroku w Strasburgu, którego konsekwencje dotknęły nas wszystkich, gdyż wypłacone pieniądze pochodzą z budżetu państwa, przypadek A. Tysiąc przestał być jej sprawą prywatną. Jej postawa była powszechnie w mediach komentowana jako ważny precedens w debacie na temat aborcji, i to zarówno przez jej zwolenników, jak i przeciwników. Jest oczywiste, że osoba, która z własnej inicjatywy stanęła w centrum takiej debaty, jest osobą publiczną.

Dlatego dowodzenie pełnomocnika A. Tysiąc, mec. Marcina Górskiego, że ona o medialny rozgłos nie zabiegała, w sytuacji gdy bezustannie wypowiadała się na swój temat, uczestniczyła w konferencjach prasowych oraz wystąpiła w filmie „Przełamując ciszę”, niewiele ma wspólnego z faktami. Podobnie jak kolejna jego teza głoszona w trakcie rozprawy, że osobą publiczną jest jedynie ten, kto własną aktywnością zabiega o zainteresowanie mediów, a ona rzekomo tego nigdy nie czyniła. Wyrok sądu będzie musiał się odnieść do tej kwestii, gdyż od jej rozstrzygnięcia zależeć będzie m.in., czy redakcja miała prawo wydrukować zdjęcie pani Tysiąc.

Żadnych konkretów
Hipokryzja strony nas skarżącej w tej kwestii jest oczywista. Zdjęcia A. Tysiąc ukazywały się w wielu polskich mediach relacje z jej udziałem gościły praktycznie we wszystkich programach informacyjnych. Okazuje się jednak, że umieszczenie jej zdjęcia w „Gościu Niedzielnym” naruszyło jej prywatność. Zdaniem mec. Górskiego, powinniśmy uzyskać jej zgodę na publikację. Jestem głęboko przekonany, że żadnemu z redaktorów gazet i serwisów internetowych, które zamieściły jej wizerunek, do głowy nie przyszło, aby pytać ją o zgodę.

Było dla nich oczywiste, że wobec bohatera, na dodatek na własne życzenie, wydarzeń publicznych, tego rodzaju praktyka nie obowiązuje. Mec. Górski w swej demagogicznej, utrzymanej w tonacji wiecowej przemowie posunął się znacznie dalej. Zarysował wizję pracy dziennikarskiej jako procesu nieustannych negocjacji z osobami, które są bohaterami publikacji. W tym kontekście przywoływał zamieszczoną przez nas wypowiedź abp. Józefa Życińskiego, który z troską wypowiadał się o konsekwencjach, jakie może mieć zgiełk medialny wokół A. Tysiąc dla świadomości jej córki, oceniając, że coraz bardziej może się czuć dzieckiem niechcianym.

– A skąd pan Życiński wie, jakim dzieckiem czuje się Julia – pytał dociekliwy mecenas, nie po raz pierwszy ocierając się o granice absurdu i groteski. – Dlaczego nie próbowaliście skontaktować się z A.Tysiąc w sprawie jej odczuć, drążył. Gdy usłyszał, że próbowaliśmy, ale pani Tysiąc nie chciała z nami rozmawiać, nie skapitulował. Dochodził, czy wysłaliśmy do niej pismo w tej sprawie. Kilka razy powtarzał, że „Gość Niedzielny” w cyklu 10 publikacji systematycznie naruszał dobra osobiste powódki. Powtórzyli to za nim nazajutrz dziennikarze w relacjach z procesu.

Jak sądzę, żaden z nich nie pofatygował się, aby przeczytać w całości choć jeden z tych tekstów. Tworzą one zbiór różnych form dziennikarskich, od wszechstronnych analiz problemu, krótkich rzeczowych informacji, po felietony, gdzie dopuszczalne są zarówno skróty myślowe, jak i nacechowane emocjami opinie. W żadnym z tych tekstów, choć mec. Górski powtarzał to wielokrotnie, nie miało miejsca przyrównanie A. Tysiąc do zbrodniarzy hitlerowskich. Ta paralela, wyjęta z szerszego kontekstu, w jakim pisany był tekst ks. Gancarczyka, dotyczyła wyłącznie sędziów Trybunału w Strasburgu, na co także wskazywał w swych zeznaniach naczelny GN.

Wyrok, który zapadnie, będzie miał wielkie znaczenie dla kwestii wolności mediów i wolności światopoglądowej. Istotę tego problemu dobrze ujął reprezentujący ks. Gancarczyka mec. Jacek Siński, który w końcowym wystąpieniu dowodził, że jest to proces o możliwość wypowiadania się, nawet ostrym językiem, w sprawie tak istotnej jak aborcja, a druga strona chce tę możliwość ograniczyć, wręcz założyć katolickiej opinii publicznej kaganiec. Wyrok rozstrzygnie, czy katolikom, zgodnie z ich światopoglądem, będzie można w dyskusji publicznej nazywać aborcję zabijaniem, co zawsze doprowadzało do wściekłości lobby proaborcyjne. Jedno jest pewne, jeśli dziś w tej sprawie zamknie się nam usta, jutro ruszą przygotowania do prawnej legalizacji aborcji.