NBP - Niechętnie Budżet Poratuje?

Jarosław Dudała

|

GN 29/2009

publikacja 20.07.2009 12:27

Czy Narodowy Bank Polski przynosi zysk? I czy można nim załatać dziurę budżetową? Kiedyś postulował to A. Lepper, teraz chce to zrobić premier Tusk.

NBP - Niechętnie Budżet Poratuje? Czy NBP będzie miał w tym roku zysk? I co z nim zrobi prezes Sławomir Skrzypek? (na zdjęciu) fot. PAP/Tomasz Gzell

Narodowy Bank Polski nie jest bankiem w rodzaju tych, w których my, zwykli obywatele, mamy konta osobiste, lokaty albo w których zaciągamy kredyty. To bank centralny, który ma zasadniczo trzy funkcje. Po pierwsze NBP jest bankiem emisyjnym, to znaczy wydaje polskie banknoty i monety. Po drugie jest bankiem banków. Organizuje system rozliczeń pieniężnych, prowadzi bieżące rozrachunki międzybankowe i przy tej okazji kontroluje ich poczynania. I po trzecie NBP prowadzi obsługę bankową budżetu państwa. To na konta urzędów skarbowych w NBP odprowadzamy nasze podatki. Jeśli otrzymujemy zwrot nadpłaconych zaliczek, to także za pośrednictwem NBP. Swoje konta posiadają w nim wszystkie centralne instytucje państwowe, fundusze celowe i państwowe jednostki budżetowe.

Wirtualny zysk
Zyski z działalności Narodowego Banku Polskiego bywały wysokie, sięgały czasem kilku miliardów złotych, czyli nawet pół procenta produktu krajowego brutto. Jednak w ostatnich latach NBP nie przynosił dochodu. Wychodził na zero albo notował stratę. Jednak o jego liczonym w złotówkach wyniku finansowym decydują głównie kursy walutowe, bo aż 90 proc. aktywów NBP to waluty zagraniczne. Pieniądze banku centralnego, po które rząd wyciąga ręce, to złotówkowa nadwyżka, biorąca się stąd, że kurs walut posiadanych przez NBP jest teraz wyższy niż w chwili, gdy nasz bank centralny je kupował. Jest to więc nadwyżka całkowicie wirtualna, bo gdyby doszło do ataku międzynarodowych spekulantów walutowych na złotówkę i Polska chciałaby bronić swej waluty, to miliard dolarów pozostawałby miliardem dolarów, niezależnie od tego, czy wart byłby w danej chwili 3 miliardy złotych czy – powiedzmy – 4 miliardy.

Jak się bronić przed spekulacją?
Jak władze państwowe mogą utrzymać kurs waluty krajowej na pożądanym przez siebie poziomie? Zasada jest prosta i wynika z podstawowego ekonomicznego prawa podaży i popytu: jeśli waluta ma się osłabić, to bank centralny sprzedaje ją, a skupuje waluty obce, zwłaszcza te podstawowe – euro, dolary czy franki szwajcarskie, ewentualnie złoto. Częściej chodzi jednak o podniesienie kursu, a przynajmniej o zahamowanie spadku wartości własnej waluty. Wtedy trzeba ją na rynku skupować, wyprzedając tym samym euro, dolary czy franki. Ba, tylko skąd je wziąć? Temu właśnie służy rezerwa Narodowego Banku Polskiego, o której tyle się teraz mówi. Skąd się ona bierze? Można ją utworzyć, skupując obce waluty za złotówki pochodzące z zysków NBP. I tu mamy problem: jeśli zyski NBP zostaną przeznaczone na podratowanie dziurawego budżetu państwa, to tym samym mniej ich będzie do dyspozycji w sytuacji, gdyby rząd chciał podtrzymywać lecący w dół kurs złotówki.

No, może nie całkiem, bo kilka miesięcy temu Polska przystąpiła do tak zwanej elastycznej linii kredytowej (FCL) Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Jest to około 20,5 miliarda dolarów, które w razie potrzeby nasz kraj może szybko pożyczyć na ratowanie spadającej złotówki. Oczywiście za taki kredyt trzeba płacić, więc lepiej byłoby z niego nie korzystać, a asekurować się za pomocą środków z rezerwy NBP. Byłoby lepiej, ale wtedy pojawi się problem, jak sfinansować wydatki budżetu państwa.

Rostowski jak Lepper
Jak to wszystko się skończy? Zobaczymy. Na razie prezes NBP Sławomir Skrzypek nie chce się wypowiadać co do tego, czy środki wypracowane w tym roku bank centralny zaksięguje 31 grudnia jako zysk, który mógłby zostać skonsumowany przez budżet państwa, czy też jako żelazną rezerwę, do której rząd nie mógłby się dobrać (chyba że zmieniono by ustawę o NBP). Taka postawa jest rozsądna, bo gdyby prezes NBP wypowiedział się na ten temat, byłoby to równoznaczne z publicznym prognozowaniem przez niego zmian kursu złotówki.

Ze złośliwym uśmiechem można odnotować, że rząd Donalda Tuska zamierza konsumować zyski NBP, podobnie jak to kiedyś postulował Andrzej Lepper. Platforma Obywatelska nie tylko krytykowała takie pomysły, ale wręcz wyśmiewała je jako nieodpowiedzialne podważanie wiarygodności polskiej waluty. Także teraz opór przeciw podbieraniu środków z NBP jest dość powszechny. Może więc chodzi tylko o to, by za jakiś czas rząd Donalda Tuska mógł zrzucić odpowiedzialność za podniesienie podatków na prezesa NBP, nominowanego przez prezydenta wywodzącego się z Prawa i Sprawiedliwości. Jeśli tak, to za jakiś czas usłyszymy z ust przedstawiciela rządu albo Platformy Obywatelskiej takie mniej więcej zdanie: „PiS-owski prezes NBP nie dał pieniędzy z rezerwy, więc musimy podnieść podatki”.