Muzułmanie za chińskim murem

Stanisław Guliński, arabista, znawca problemów Bliskiego Wschodu

|

GN 29/2009

publikacja 20.07.2009 10:21

Los żyjących w Chinach Ujgurów jest podobny do losu Tybetańczyków. Nierówna walka o wolność, którą toczą z Chinami, również. Ale o nich świat słyszy rzadziej. Dlaczego?

Muzułmanie za chińskim murem Ujgurzy przed meczetem w Kaszgarze fot. PAP/EPA

Kiedy pod koniec lat 80. myślałem o studiach na filologii tureckiej, byłem przeświadczony, iż będą one skupione na historii i literaturze Turcji. Im więcej czytałem, tym bardziej świadomy byłem istnienia wielkiego „świata tureckiego”. Należało do niego wiele republik trzęsącego się wówczas w posadach ZSRR. Mapa ludów mówiących językami tureckimi obejmowała jednak rozleglejsze tereny. Jakież było moje zdziwienie, gdy pojąłem, że także wielkie połacie zachodnich Chin zamieszkują ludzie przekazujący dzieciom i wnukom wspólną wszystkim Turkom legendę, iż pochodzą ze związku wilczycy i uciekiniera z niewoli. To Ujgurzy. A jeniec, wedle legendy, uciekał z chińskiej niewoli.

Świat Turków
Od starożytności plemiona tureckie migrowały, napędzane odwiecznym konfliktem między koczownikami i ludami osiadłymi oraz okresami głodu na stepie, który rozciągał się od bram chińskich miast po Morze Czarne. Kolejne fale ludzi stepu pędziły na Zachód, podbijały i same były asymilowane. Tylko niewielu założyło trwałe państwa. Przyjmowali religię (zwykle islam, choć są wyjątki, np. prawosławni Czuwasze w Rosji) i osiadali. Najlepiej udało się to Imperium Osmańskiemu, które nie dość, że okrzepło na trupie Bizancjum, to jeszcze samo podjęło ekspansję w Europie i w XIX w. było nazywane „chorym człowiekiem Europy”. Może i chorym, ale właśnie Europy.

Jednak większość ludów tureckich została „gdzieś po drodze” rozrzucona od Mongolii po Morze Śródziemne. Ich tereny kurczyły się, gdy świat koczowników ostatecznie uległ systematycznemu osadnictwu nowo-czesnych państw i ich sztywno wyznaczonych granic. Rosja, Chiny i Persja do końca XIX w. podzieliły między siebie „świat Turków”. Gdy rysował się monolit Związku Sowieckiego, patrzyłem z sympatią, jak emancypują się kolejne państwa tureckie: Azerbejdżan, Turkmenistan, Uzbekistan, Kirgistan i Kazachstan.

Islam – nieoparty na typowej strukturze „kościelnej” – był wyjątkowo trudny do skruszenia przez komunizm. Jednocześnie odradzające się więzi z sekularną Turcją dawały nadzieję na umiarkowany charakter renesansu muzułmańskich Turków. Słuchając Jelcyna, mówiącego autonomicznym regionom Rosji, by wzięły „tyle władzy, ile mogą unieść”, o jakiejś formie niezależności przemyśliwały nawet leżące w sercu terytorium rosyjskiego Tatarstan i Baszkiria. Ale co innego Rosja, a co innego Chiny.

Podwójny konflikt
Czołgi rozjeżdżające demonstrantów na placu Tienanmen, niemal dokładnie w chwili polskich wyborów 4 czerwca 1989 r., dały wyraźny sygnał, że wicher wolności odbija się od chińskiego muru. Dowiedziały się o tym boleśnie także mniejszości żyjące w Chinach: Tybetańczycy i mniej od nich „medialni” Ujgurzy. 6 kwietnia 1990 r. ujgurskie miasteczko Barin stało się sceną protestów przeciwko nasilającej się chińskiej kolonizacji. Po ich stłumieniu władze chińskie postanowiły – w atmosferze postępującej w całym kraju jednoczesnej liberalizacji gospodarczej i skostnienia politycznego – zadać cios dotychczasowej, przynajmniej teoretycznej swobodzie nauki języka.

W samym centrum historycznego Stambułu, koło Błękitnego Meczetu, jest restauracja ozdobiona flagą z półksiężycem i gwiazdą. Jest błękitna, a nie czerwona jak flaga Turcji. Lokal prowadzą imigranci ujgurscy z – jak mówią – Wschodniego Turkiestanu. „Nie mów o naszym kraju Sinkiang. Tak mówią Chińczycy, komuniści” – strofują. Bo ich konflikt z Pekinem jest podwójny: narodowy – tureckich Ujgurów z Chińczykami (Han) i religijny – wierzących muzułmanów z władzą wrogą wszelkiej religii. Po 11 września 2001 r. Chiny z premedytacją wykorzystały ten aspekt: odtąd przedstawiają ujarzmianie Ujgurów jako walkę z fundamentalizmem islamskim. Pomysł, sprawnie wykorzystany przez Rosję w stosunku do Czeczenów, sprawdził się i tutaj: zachodnia opinia publiczna, gotowa do masowych demonstracji w obronie buddyjskich Tybetańczyków, nie interesuje się podobnie beznadziejnym położeniem muzułmańskich Ujgurów. – No i nie mamy swojego Dalaj Lamy – powszechnie znanego, uwielbianego przez media pokojowego przywódcy przemawiającego językiem ludzi Zachodu – narzekają ujgurscy emigranci koncentrujący się w stambulskiej dzielnicy Sefaköy. Mają podobną postać. Jest nią Rebija Kadir – przewodnicząca Światowe-go Kongresu Ujgurów, żyjąca na emigracji w USA.

Co ty wiesz o Ujgurach!
Kelnerzy w ujgurskiej restauracji położyli przede mną talerze ze swoimi przysmakami: manty (maleńkie pierożki ze szczyptą baraniny zalane jogurtem przyprawionym czosnkiem i papryką) i samsa („kieszonka” z ciasta z mieloną wołowiną w środku). Pytali, co wiem o Ujgurach, i gdy zacząłem coś nudzić o geografii i liczbach, przerwali: „A Mahmud? Przecież mówisz, że jesteś turkologiem!”. No tak – może ów żyjący w XI w. encyklopedysta nie był Ujgurem, ale każde dziecko w Turcji uczy się o nim jako o Mahmudzie z Kaszgaru, dawnej stolicy kraju Ujgurów, Turkiestanu Wschodniego. Jego „Słownik języka tureckiego” – encyklopedia ówczesnej wiedzy o plemionach tureckich – jest milowym krokiem w dziejach ich cywilizacji. Do grobu Mahmuda w miejscowości Opal pod Kaszgarem pielgrzymują Ujgurowie i Turcy z całego świata, jak do narodowego pomnika i zarazem sanktuarium religijnego.