Marzec kontra marzec

Stanisław Guliński, arabista, znawca problemów Bliskiego Wschodu

|

GN 23/2009

publikacja 09.06.2009 13:58

Perspektywa dominacji szyickiego Hezbollahu w Libanie to spełnienie najgorszych snów dla Izraela, USA, całego Zachodu, ale i większości państw arabskich.

Marzec kontra marzec Oba rywalizujące w wyborach bloki składają się zarówno z muzułmanów, jak i chrześcijan fot. PAP/EPA/WAEL HAMZEH

Siódmego czerwca, kiedy większość krajów Starego Kontynentu będzie wybierać deputowanych do Parlamentu Europejskiego, oczy wielu obserwatorów będą zezować na Bliski Wschód, ku komisjom wyborczym w kraju cedrów. Ścigają się tam dwaj siłacze: dotąd rządzący i prozachodni Blok 14 Marca (cieszący się także poparciem majętnej Arabii Saudyjskiej), oraz prosyryjski i częściowo proirański Blok 8 Marca, na którego czele stoi uzbrojony silniej od libańskiej armii Hezbollah („Partia Boga”). Sondaże wieszczące 8 Marcowi minimalną przewagę spędzają sen z powiek nie tylko ich konkurentom w bitwie nad urną. Perspektywa dominacji szyickiego Hezbollahu w Libanie to spełnienie najgorszych snów dla Izraela, USA, całego Zachodu, ale i większości państw arabskich. Dla sunnickich Arabów, sojuszników Zachodu: Egiptu, Arabii Saudyjskiej czy Jordanii zwycięstwo 8 Marca byłoby kolejnym przejawem ekspansji politycznej Iranu. Druga fala irańskiej rewolucji islamskiej zdobywa oto technologię nuklearną, za plecami Amerykanów wprowadza swoich ludzi na najwyższe stanowiska w Iraku, a teraz sięga Morza Śródziemnego.

Drogie głosy
Liban jest naprawdę mały, więc w niektórych okręgach niewiele głosów może wszystko zmienić. Kilkaset głosów kupionych w górzystym okręgu Metn, nadmorskim Sydonie czy zachodnich dzielnicach stolicy – Bejrutu, może więc w efekcie przyczynić się do zachwiania równowagi w bliskowschodnim tyglu światowych konfliktów. Wtajemniczeni twierdzą, że kupienie głosu kosztuje co najmniej 800–900 dolarów. To już nie te czasy, gdy (jak w 2005 r.) można było kupić wyborcę choćby za stówę. Teraz jest kryzys, wyborca bardziej „świadomy”, no i gra idzie o większą stawkę. Zresztą nie musi chodzić bezpośrednio o pieniądze. Za „właściwie” oddany głos można opłacić roczne czesne dzieciom w szkole, można dostać polisę ubezpieczeniową, można po latach odwiedzić ojczyznę. Nie są to zresztą najwyższe stawki. W okręgach wyborczych, gdzie kampania między konkurującymi kandydatami idzie łeb w łeb, stawki za głos sięgają ponoć kilku tysięcy dolarów.

Religia i wybory
W jednoizbowym libańskim parlamencie jest 128 miejsc, zgodnie z konstytucją równo podzielonych między chrześcijan i muzułmanów (64:64). Szczegółowe zasady określają podział miejsc między 4 wyznania muzułmańskie i 7 chrześcijańskich. W Libanie – kraju jak mało który podzielonym pod względem wyznaniowym – religia określa zachowania wyborcze. O poszczególne miejsca walczą tylko kandydaci deklarujący przynależność do wyznania, któremu to miejsce przysługuje. Wobec tego obie strony starają się stworzyć ugrupowania „swoich”: chrześcijan, sunnitów, druzów, szyitów czy Ormian. Jednak pewne tendencje są oczywiste i widoczne od dawna. Sunnici zagłosują niemal wyłącznie na 14 Marca. Prawie wszyscy szyici – na 8 Marca. Większość Druzów trzyma z rządem, choć istotna mniejszość stoi za Hezbollahem. W tej sytuacji wszystko zależy od chrześcijan: maronitów będących w unii z Rzymem, prawosławnych i grekokatolików. Po stronie prozachodniego rządu reprezentują ich Falanga i Siły Libańskie (organizacje o bojowych tradycjach z czasów wojny domowej 1975–1990). Bliżej do Hezbollahu i Syrii ma gen. Michel Aoun, kiedyś zacięty wróg Damaszku.

Skąd wzięły się marce
Skąd wzięły się „marce” w nazwach obu bloków? 14 marca 2005 r. był w Bejrucie kulminacyjnym dniem gigantycznej demonstracji Libańczyków oburzonych zamordowaniem miesiąc wcześniej byłego premiera Rafika al-Hariri, sunnity, odbudowującego zniszczony wojną kraj. Winnych jego śmierci demonstranci widzieli w Syrii, która utrzymywała wtedy jeszcze w Libanie tysiące żołnierzy, a syryjskie dowództwo w libańskim miasteczku Andżar nazywano z przekąsem drugą stolicą kraju.

Wywołana demonstracją tzw. cedrowa rewolucja zmusiła młodego prezydenta Syrii do wycofania sił zbrojnych za góry Antylibanu, choć sojusznicy Damaszku, np. Hezbollah, przecież zostali. Na czele Bloku 14 Marca stanął syn Rafika – Saad. Kilku członków klanu al-Hariri’ch z Sydonu figuruje na liście najbogatszych ludzi świata miesięcznika „Forbes”. Podzielili wielomiliardową fortunę zamordowanego ojca, do której ten doszedł na lukratywnych zamówieniach królewskich w Arabii Saudyjskiej. A 8 Marca? W reakcji na potężniejącą falę „cedrowej rewolucji”, sojusznicy Syrii zorganizowali tego dnia gorącego politycznie libańskiego marca 2005 r. wiec wdzięczności dla Syrii za wkład w zakończenie wojny domowej i zakończenie izraelskiej okupacji.

Dwa oblicza Libanu
„Der Spiegel”, znany nad Wisłą ostatnio z artykułu o europejskich współpracownikach Hitlera, wstrząsnął Libanem, publikując przecieki z ustaleń międzynarodowego Specjalnego Trybunału badającego sprawę zabójstwa Rafika al-Hariri. Tekst zdejmował odpowiedzialność z Syrii, z nazwiska wskazując w zamian członków Hezbollahu jako organizatorów zamachu. Taka „wrzutka” w środku kampanii nikogo w kraju cedrów nie zdziwiła. Podobnie jak nikogo nie zdziwiły wizyty w tym samym czasie wiceprezydenta USA Joe Bidena i sekretarz stanu Hillary Clinton. Oboje zapowiedzieli współpracę z każdym rządem w Bejrucie po wyborach, ale sugerowali przemyślenie skali pomocy dla kraju wciąż gojącego rany z wojny Hezbollahu z Izraelem latem 2006 r.

Nieprzerwanie rozszerzają się też aresztowania członków siatki szpiegowskiej (już prawie 30 zatrzymanych), która na zlecenie izraelskiego Mossadu miała obserwować poczynania szyickich bojowników. Egipt jeszcze przed 7 czerwca zamierza postawić przed sądem członków siatki „Partii Boga”, którzy na Synaju koordynowali akcję pomocy dla sojuszniczego – choć sunnickiego – Hamasu w Strefie Gazy. 31 maja Izrael rozpoczął manewry wojskowe przy granicy z Libanem.

Wszystko to w ciągu kilku wyborczych tygodni nie jest przypadkiem. Liban na arabskim Bliskim Wschodzie kojarzy się dwojako. Jedno z tych skojarzeń nie jest i nam obce: tygiel konfliktów, przemoc i zamachy. Gdy Beduini Khuszman na egipskiej Pustyni Wschodniej w latach 70. po raz pierwszy posiedli radia, zalała ich fala strasznych doniesień z trwającej wówczas wojny domowej w Libanie. Do dziś, patrząc na północ, gdy widzą nietypowe chmury, mawiają, że to pewno znów płonie Liban (odległy o 800 km!).

Ale Liban to także najbardziej „europejski” i zachodni kraj arabski. Wielka diaspora libańska we Francji, Ameryce Południowej i USA posyła do ojczyzny pieniądze (nie tylko w okresie wyborów) i wzorce kulturowe. Stąd pochodzi najwięcej gwiazd arabskiego popu, tu drukuje się najwięcej książek i nagrywa teledysków. Sklepy w centrum Bejrutu nie ustępują tym z drugiej strony Morza Śródziemnego. Nad miastami i wsiami wieże kościołów są nie mniej liczne niż minarety meczetów. Dlatego w innych arabskich stolicach – np. Ammanie czy Kairze – sklepy i restauracje, by przyciągnąć klientów, dodają sobie przymiotnik „libański” lub choćby umieszczają nalepkę z cedrem.

Promyk nadziei
Jednak sekretarz generalny Hezbollahu Hasan Nasrallah sam dobrze wie, jakie obawy budzi jego ewentualne zwycięstwo na Wschodzie i Zachodzie. Hezbollah prawdopodobnie skryje się za plecami swoich mniej kontrowersyjnych chrześcijańskich i szyickich (Amal) sojuszników. Ta organizacja i tak woli pociągać za sznurki zza kulis. Inna sprawa, że i konstytucja libańska wymusza stworzenie rządu zgody narodowej. Nawet w obecnym rządzie, zdominowanym przez 14 Marca, są ministrowie z opozycji, w tym i Hezbollahu. Jest więc nadzieja, że w Libanie nie będzie drugiej Gazy.