Bronię nowej matury

Antoni Buchała, nauczyciel języka polskiego w liceum w Libiążu

|

GN 23/2009

publikacja 09.06.2009 13:21

Słychać głosy oburzenia na rzekomo skandaliczny poziom wymagań na tegorocznym egzaminie maturalnym z języka polskiego. Czy zarzuty są uzasadnione?

Bronię nowej matury Co roku w maju odżywa dyskusja o słabych stronach egzaminu maturalnego fot. AGENCJA GAZETA/JACEK BABIEL

Pragnę zapewnić, że nie jest tak źle, jak by się wydawało. Odwołajmy się do tegorocznych przykładów. Po dokładnym przyjrzeniu się tematom widać wyraźnie, że z fragmentów „Pana Tadeusza” wyłaniają się dwie koncepcje miłości, małżeństwa i relacji damsko-męskich: pierwsza, tradycyjna, reprezentowana przez poglądy i postawy Zosi, i druga, którą można nazwać nowoczesną, wyznawana przez Telimenę. Każda z tych koncepcji ma swoje wady i zalety, każda też jest – po uwzględnieniu „znaków czasu” – aktualna.

Fragment „Chłopów” eksponuje problem stosunku dorosłych dzieci do ich rodziców i każe omówić miejsce ludzi starych w społeczeństwie wiejskim opisanym w utworze. Chodzi o to, że bezproduktywni starcy byli obciążeniem dla ludzi na dorobku i gromada „wynalazła” niemal zinstytucjonalizowane, okrutne formy eliminacji przedstawicieli odchodzącego pokolenia ze swojego grona. W czasach powracającej co jakiś czas dyskusji o eutanazji nikogo nie trzeba przekonywać o ponadczasowości tego zagadnienia.

Stara nie lepsza
Pozostałe nieporozumienia wynikają z chybionych założeń, czynionych przez krytyków nowej matury wobec aktualnego egzaminu dojrzałości. Założenia te sprowadzają się do tego, że maturzysta ma się wykazać gruntowną znajomością kanonu lektur, wrażliwością humanistyczną i stylistyczną finezją. Takie przekonanie bierze się z osobistych doświadczeń z maturą z polskiego w dawnej formule, według której zdający miał napisać historycznoliteracki esej na patetycznie sformułowany temat. Zjawisko samo w sobie podszyte jest gombrowiczowskim chichotem, ponieważ im bardziej nadęty stylistycznie temat, tym większy był rozdźwięk między nim i żenującymi, na ogół, wypowiedziami uczniów, którzy nieporadnie próbowali się dopasować do sformułowanych wobec nich górnolotnych oczekiwań.

Owszem, zdarzały się wypracowania na zupełnie przyzwoitym poziomie, a nawet publicystyczne perełki, ale obecnie też się zdarzają, i to z taką samą częstotliwością. Natomiast totalność ówczesnej fikcji podkreślał jeszcze fakt powszechnego ściągania oraz to, że nauczyciele oceniali prace swoich uczniów. Nie należy się zatem dziwić, że uzyskane takimi metodami świadectwo maturalne nie było respektowane przez uczelnie wyższe, które prowadziły rekrutację w formie „egzaminów wstępnych”, czyli osobliwego widowiska nierespektującego już żadnych standardów obiektywizmu ani pedagogicznej rzetelności.

Co sprawdza matura?
Nowa matura z polskiego nie sprawdza, czy 19-latek jest obiecującym krytykiem literatury lub publicystą, ponieważ wychodzi z słusznego założenia, że nie ma sensu sprawdzać, czy ktoś dobrze robi to, co robi najprawdopodobniej ostatni raz w życiu. Nowa matura sprawdza, czy uczeń rozumie tekst, który czyta oraz czy potrafi komunikatywnie wypowiedzieć się – pisemnie i ustnie – na zadany temat, wykorzystując znajomość kanonu lektur szkolnych. Maturzysta nie musi zatem udowadniać, że osiągnął już mistrzostwo w sztuce słowa, natomiast powinien posiąść w wystarczającym stopniu wiedzę i umiejętności potrzebne mu w życiu. Uspokajam, że znajomość tekstów jest jednak sprawdzana: na egzaminie pisemnym – wskazanego przez twórców tematu, a na ustnym – wybranego przez ucznia. Czy uczniowie te teksty rzeczywiście znają, to już inna sprawa, ale odpowiedź znów jest prozaiczna: zna lektury mniej więcej taka sama liczba uczniów, jak zdających starą maturę. Dawniej, żeby zaliczyć, wystarczyło streścić kilka „żelaznych” pozycji poznanych ze ściąg, co wcale nie oznacza, że nikt wtedy lektur nie czytał. Tak samo jak mankamenty obecnego systemu egzaminowania nie oznaczają, że nikt nie czyta lektur teraz.

Co do promowania uczniów twórczych, rozwijania polotu i kreatywności, to wydaje się, że matura w ogóle się do tego nie nadaje. Przecież egzamin – każdy, nie tylko maturalny, ma sprawdzić umiejętności warsztatowe uznane za niezbędne do kontynuacji kształcenia na wyższym szczeblu, dlatego posługuje się terminem „próg (minimum) zaliczenia”. Stąd tak duże zainteresowanie liczbą tych, którzy egzaminu nie zdali. Prace maturalne są utajniane i nie są przeznaczane do publikacji; zresztą nigdy publikowane nie były. Do promowania najzdolniejszych uczniów służą olimpiady i konkursy, których są setki. To one wymagają wykazania się ogromną wiedzą, nieszablonowym umysłem i stylistycznym polotem. Uczniowie piszą konkursowe eseje w komfortowych warunkach, dzięki temu mogą one stać na dużo wyższym poziomie niż te, które powstają w sytuacji egzaminacyjnego stresu. I mogę zapewnić, że utalentowani uczniowie, pod kierunkiem swoich nauczycieli, korzystają z tych możliwości w skali masowej.

Warto reformować
A co z „nieszczęsną” prezentacją ustną? Jeżeli uczeń przyjdzie z pracą, obojętne: samodzielnie przygotowaną czy nie, i przedstawi ją komisji, może otrzymać maksymalnie 5 punktów na 20 możliwych. Aby uzyskać minimum niezbędne do zaliczenia, potrzebne jest co najmniej 6. Dlaczego tyle? Ponieważ na maturze ustnej oceniane są głównie kompetencje językowe (poprawność gramatyczna, płynność i konstrukcja wypowiedzi oraz bogate słownictwo), a także umiejętność podjęcia rozmowy na dany temat. Wszyscy się zgodzą, że tego nie można kupić, natomiast ważne jest, żeby się tego nauczyć. Nie jestem bezkrytycznym apologetą nowej matury. Uważam, że ma ona swoje wady, że zdarzają się niekonsekwencje w kluczu, że należy doprecyzować i rozbudować formułę rozmowy w części ustnej. Ale uważam też, że żadna forma egzaminu nie jest doskonała, natomiast obecna, w porównaniu z poprzednią, ma zdecydowanie więcej zalet. Wystarczy ją stopniowo ulepszać, co jest robione, a dobrze przysłuży się naszym uczniom, czyli w rezultacie nam wszystkim.