SOS dla wiejskich szkół

Szymon Babuchowski

|

GN 10/2009

publikacja 08.03.2009 12:04

Jeśli rodzice wezmą wiejskie szkoły w swoje ręce, może uda się je uratować przed likwidacją.

SOS dla wiejskich szkół W Załukach (woj. podlaskie) rodzice wyremontowali zrujnowany budynek i stworzyli szkołę niepubliczną PO PRAWEJ: Dziś szkoła w Korzeczniku (woj. wielkopolskie) jest ośrodkiem, wokół którego toczy się życie wsi fot. AGENCJA GAZETA/AGNIESZKA SADOWSKA

Szkoły są tak naturalnym elementem krajobrazu miejskiego, że nie wyobrażamy sobie, by mogło ich zabraknąć. Ale na wsi, gdzie od najbliższego asfaltu dzieli mieszkańców czasem odległość kilku kilometrów, sytuacja nie jest już tak oczywista. Wiejskie szkoły coraz częściej są likwidowane. W tej chwili zagrożonych likwidacją jest 3714 szkół podstawowych, 650 gimnazjów i 2510 szkół ponadgimnazjalnych. Ratunkiem dla nich może być przejęcie przez lokalne stowarzyszenie, powołane przez rodziców.

Wieś bez szkoły umiera
Tak było w Korzeczniku, w województwie wielkopolskim, gdzie szkołę prowadzi dziś Stowarzyszenie „Z edukacją w przyszłość”. W 50-letnim budynku, zbudowanym przy udziale mieszkańców wsi, mieści się teraz nie tylko podstawówka, ale także Centrum Kształcenia Ustawicznego, w ramach którego funkcjonują trzy szkoły średnie dla dorosłych. – Osobom, które prowadzą gospodarstwa, wykształcenie średnie jest w dzisiejszych czasach bardzo potrzebne – twierdzi dyrektorka Maria Nowak. Gdy w 2004 roku dowiedziała się, że szkoła będzie likwidowana, postanowiła – wraz z rodzicami – wziąć sprawę w swoje ręce. Była wtedy prezesem stowarzyszenia, ale zrezygnowała z tej funkcji, żeby „nie być własną szefową”. Jej miejsce zajęła Małgorzata Lewandowska, rolniczka silnie zaangażowana w działalność stowarzyszenia.

Gmina od początku skłaniała się ku temu, by przekazać budynek zlikwidowanej szkoły stowarzyszeniu. Po-jawił się jednak problem finansowy. Jak zaznacza prezes Lewandowska, nową szkołę udało się powołać tylko dzięki determinacji rodziców i mieszkańców wsi, walczących z burmistrzem poszukującym oszczędności. – Dostaliśmy na początek znacznie mniejsze pieniądze niż powinniśmy – wspomina Maria Nowak. – Ale nie mieliśmy za to kłopotów z kadrą. Wszyscy nauczyciele chętnie przeszli do nowej placówki, nawet ci, którym proponowano pracę gdzie indziej. Dziś szkoła w Korzeczniku jest ośrodkiem, wokół którego toczy się życie wsi. Finansowana jest z dotacji przekazywanych przez gminę, z powodzeniem pozyskuje też środki unijne.

– Szkoła jest sercem wsi, wieś bez szkoły umiera – mówi Alina Kozińska-Bałdyga, prezes Federacji Inicjatyw Oświatowych, wspierającej od 10 lat społeczności lokalne w zakładaniu własnych szkół w miejsce placówek zlikwidowanych przez samorząd. Niestety, ostatnia nowelizacja ustawy o systemie oświaty takie działania zdecydowanie komplikuje. Gmina ma dwie możliwości rozwiązania problemu małych szkół. Może je, jak dotychczas, zlikwidować i pomagać utworzyć nową placówkę w miejsce tej zlikwidowanej. Może ją przekazać innemu podmiotowi, stowarzyszeniu rodziców, osobie prywatnej, firmie spoza wsi – i ten tryb przekazywania jest niedopracowany. Na przykład nie musi o tym powiadamiać rodziców, a jedynie nauczy-cieli. – W ten sposób odbiera się lokalnym społecznościom możliwość współdecydowania o własnym środowisku i warunkach edukacji najmłodszych dzieci – uważa Małgorzata Lewandowska.

To im się należy
O tym, komu zostanie przekazany budynek szkolny, decyduje rada gminy. Proces ten nie został jednak opisany w ustawie. Może być więc również tak, że szkołę przejmie kolega wójta albo duża firma, która chciała-by czerpać z niej zyski. – To mechanizm korupcjogenny, naszym zdaniem powinien o tym rozstrzygać kon-kurs – twierdzi Elżbieta Tołwińska-Królikowska, wiceprezes FIO. Kolejny absurdalny zapis ustawy mówi o tym, że przekazywanie szkół innym podmiotom będzie dotyczyć placówek, które liczą nie więcej niż 70 uczniów. A przecież te, w których uczy się np. 80 dzieci, też są likwidowane. – Liczba 70 nie jest oparta na żadnych merytorycznych przesłankach! – oburza się Alina Kozińska-Bałdyga. – To tylko wynik targów z SLD. My proponujemy wprowadzenie pojęcia szkoły wiejskiej. Szkoły takie wymagają specjalnego podejścia, bo tu chodzi o wyrównywanie szans.

Także wypłacanie dotacji z gminy dopiero od nowego roku budżetowego jest ciosem wymierzonym w wiejskie szkoły. – Dotacje powinny być wypłacane od dnia rozpoczęcia działalności placówki. Przecież szkoła działa od września, a nie od stycznia – podkreśla prezes FIO. Federacja przekazała swoje propozycje poprawek do ustawy, ale nie zostały one uwzględnione – ani przez Sejm, ani przez Senat. Walka o wiejskie szkoły toczy się jednak nadal – pod adresem www.ratujszkoly.pl. Na tej stronie zainteresowani nie tylko znajdą propozycje zmian w prawie, ale mogą również zgłaszać wszelkie trudne sprawy związane z placówkami edukacyjnymi na wsi. Warto też prześledzić, jak głosowali posłowie i do czego prowadzi dyscyplina partyjna. Ale najważniejsze jest przejmowanie szkół.

– Tu chodzi także o aktywizację środowiska wiejskiego, budowanie społeczeństwa obywatelskiego – mówi Alina Kozińska-Bałdyga. – Każda wieś, która chce się rozwijać, musi mieć stowarzyszenie i placówkę edukacyjną. Poza tym budynki szkolne, należące do gminy, bardzo często były budowane w czynie społecznym na gruntach podarowanych przez gospodarzy. Remontowano je zwykle wysiłkiem całej wsi. Tym ludziom taka szkoła się po prostu należy, ale jeśli ją chcą mieć, to powinno prowadzić ją ich stowarzyszenie, a nie ktoś z zewnątrz. A samorząd i wszyscy inni powinni stowarzyszeniu w tym pomagać.