Gdy miłość boli

Agata Puścikowska

|

GN 07/2009

publikacja 13.02.2009 11:22

Kto jest winny? Czy przemoc w rodzinie istnieje? Jaka jest jej definicja? W ilu rodzinach on się znęca, i jak? Czy w „tym kraju” można z przemocą w rodzinie skutecznie walczyć?

Gdy miłość boli fot. JAKUB SZYMCZUK

Takie i inne pytania padają w dyskursie publicznym, w prywatnych rozmowach. Piłeczka odbija się od prawej ściany, leci w lewo. Szybuje w górę i spada w dół. Doleci do sensownego celu? Będzie trudno. Bo z jednej strony słychać wywody, które doskonale reprezentuje wypowiedź pani Środy, iż przemocy domowej winny jest... Kościół. A z drugiej niejedna kobieta, po dramatycznym wyznaniu, że mąż się nad nią znęca, usłyszała (np. na spowiedzi…), że powinna poświęcać się dla rodziny, „nieść swój krzyż” i że feministki namieszały jej w głowie. Z jednej strony słyszy się, że małżeństwo jest z definicji patologiczne i prowadzi do przemocy, z drugiej – że przemoc w małżeństwach jest marginesem marginesu. Można też wybierać między poglądem, że we wszystkich rodzinach (szczególnie katolickich!) szerzy się patologia, a poglądem, że bije tylko konkubent konkubinę (jakby jemu było wolno, a jej się należało).

I że w katolickich rodzinach „to” się nie zdarza. I gdzieś w tym wszystkim znika sedno: silni krzywdzą słabszych, a większość dyskutantów woli przerzucać się statystykami, sprzecznymi teoriami, definicjami niż konstruktywnie pomóc. Owszem, dobrze że istnieją dyskusje czy kampanie typu „bo zupa była za słona”: pozwoliły one wielu kobietom przełamać wstyd i zwrócić się o pomoc. Tylko czy odpowiednią pomoc te kobiety naprawdę otrzymały? Opisane niżej historie są, niestety, prawdziwe, choć dane osobowe bohaterów, z jasnych względów, zostały zmienione. Czy podobnych rodzin jest w Polsce więcej? Z pewnością. Dyskusję o skali zjawiska pozostawmy jednak socjologom i psychologom. Pewne jest, że problem przemocy istnieje i że jeśli nawet „tylko” wśród promila społeczeństwa, to jest to o promil za dużo. Pewne jest, że w ogromnej większości ofiarami są kobiety, a agresorami – mężczyźni i że nie można przechodzić wobec osób krzywdzonych obojętnie. A w końcu, że nie wolno tolerować przemocy w stosunku do nas samych! Z błędnego koła przemocy można wyjść. A zupa może być za słona.

Szara Magdalena
Magdalena jest żoną Piotra od 15 lat. Ona – z wykształcenia biolog, on wzięty informatyk. Mają dwoje dzieci, mieszkają na obrzeżach większego miasta na południu Polski. Zamożni – on dobrze zarabia. Ona jest jednak uśmiechnięta, dowcipna i inteligentna tylko wtedy, gdy jego nie ma w pobliżu. Gdy do kuchni (Magdalena nie pracuje zawodowo, opiekuje się domem) wchodzi on – ona staje się tłem szarej ściany. W ciszy, uważając na każdy wykonywany ruch, podaje obiad. I chociaż jedzenie Piotrowi nigdy nie smakuje, musi być zawsze najwyższej jakości.

A nie daj Bóg, żeby Magdalena upuściła widelec na podłogę lub rozlała dwie krople zupy (ręce drżą, gdy obserwują je surowe oczy Piotra)… Dowiaduje się wtedy, jak prawie codziennie od 15 lat, że jest do niczego. I wtedy Magdalena jeszcze bardziej szarzeje. Gdy kiedyś oponowała, że przecież każdemu może się zdarzyć taki widelec czy kropla, wrzeszczał i szalał po całym domu. Że Magdalena jest skończoną idiotką i nierobem. I że on tylko na nią haruje, a ona nic w zamian… Więc żeby nie denerwować Piotra, Magdalena nauczyła się znikać. I czasem tylko myśli, żeby z tym wszystkim skończyć. A czasem – żeby skończyć ze sobą.

Karolina, która los na loterii wygrała
Jan, lat 43, to superfacet. Miły, zabawny, dowcipny. Pochwali za zwykłą grochówkę, kupi kwiaty na imieniny. A trzy córy to wprost uwielbia. Karolina, lat 41, jego żona od 10 lat, wygrała los na loterii. Tak mówią sąsiadki. I Karolina w zasadzie też tak myśli. Bo gdy Jan się nie stresuje, to nie pije i jest do rany przyłóż. Piany dostaje dopiero po stresie i alkoholu. Wtedy bije, względnie szarpie, wykręca ręce. I zasypia. A gdy się budzi i widzi siniaki i łzy, przeprasza. Błaga o przebaczenie i mówi, że to już ostatni raz. I przynosi bombonierkę z sercem. I Karolina (prędzej czy później) wybacza i wierzy, że będzie lepiej.