Jak się robi prezydenta

Jarosław Dudała

|

GN 45/2008

publikacja 11.11.2008 15:18

Pewnie już wiesz, kto został nowym prezydentem USA. Ja, pisząc te słowa, jeszcze tego nie wiem. Ale wiem, jaką drogę musiał przebyć zwycięzca na drodze do Białego Domu.

Jak się robi prezydenta Pewnie już wiesz, kto został nowym prezydentem USA. Ja, pisząc te słowa, jeszcze tego nie wiem. Ale wiem, jaką drogę musiał przebyć zwycięzca na drodze do Białego Domu. Fot. Agencja Gazeta/AP Pho-to/David Guttenfelder)

A droga ta jest rzeczywiście niezwykle kręta, nie tylko z politycznego, ale także prawnego punktu widzenia. Zgodnie z konstytucją z 1787 r., osoba starająca się o urząd prezydenta USA musi być obywatelem amerykańskim z urodzenia, mieć ukończone 35 lat i od co najmniej 14 lat mieszkać w Stanach Zjednoczonych. Te proste, wydawałoby się, warunki stały się w tym roku przedmiotem kontrowersji. Pojawiły się głosy, że Barack Obama wcale nie urodził się na Hawajach, lecz być może poza granicami USA i dlatego nie jest obywatelem amerykańskim z urodzenia. Inni kierowali podobny zarzut w stronę Johna McCaina, który przyszedł na świat w amerykańskiej bazie wojskowej w Panamie. Chyba jednak nikt nie traktował tych głosów poważnie. W każdym razie nie przeszkodziły one żadnemu z kandydatów w ubieganiu się o najwyższy urząd w państwie.

Skopię ci ogródek!
Kandydaci na prezydenta zgłaszani są przez partie polityczne. W USA dominują dwie: republikańska i demokratyczna. W ponad 200-letniej historii USA tylko pięciu prezydentów nie pochodziło z tych ugrupowań (pierwszy prezydent George Washington oraz czterej prezydenci z partii wigów). Ostatnim poważnym kandydatem spoza wspomnianych dwóch wielkich bloków politycznych był w 1992 r. teksański milioner z Partii Reform Ross Perot. W praktyce więc o tym, kto stanie do ostatecznej rozgrywki, decydują prawybory, organizowane przez republikanów i demokratów.

Uczestniczą w nich zarejestrowani członkowie tych partii, a czasem nawet osoby spoza nich. Prawybory bywają organizowane na wzór zwykłych wyborów, czasem jednak przybierają archaiczne formy wiejskich zebrań czy wieców, podczas których zwolennicy różnych kandydatów mogą się nawzajem przekonywać, a nawet składać sobie obietnice typu: „jak zagłosujesz na mojego kandydata, to ci postawię kolację albo przekopię ogródek”. Mówiąc ściśle, głosy wyborców nie są w prawyborach oddawane na konkretnego kandydata na prezydenta, ale na delegatów partyjnych, o których wiadomo, na kogo zagłosują.

Mały może więcej
Podobny system obowiązuje w wyborach właściwych. Z formalnego punktu widzenia, wyborcy oddają swoje głosy nie na Baracka Obamę czy Johna McCaina, i nie na kandydatów na ich zastępców, ale na 538 stanowych elektorów, o których wiadomo, kogo poprą w prezydenckich wyborach, odbywających się w formie pisemnej. Teoretycznie elektor może zmienić zdanie, ale w praktyce prawie to się nie zdarza. Każdy stan ma tylu elektorów, ilu posiada kongresmenów, czyli członków Izby Reprezentantów i Senatu.

Oznacza to niewielkie uprzywilejowanie mniejszych stanów, bo wprawdzie liczba miejsc w niższej izbie Kongresu odzwierciedla liczbę obywateli stanu, ale w Senacie każdy stan ma tę samą liczbę przedstawicieli – dwóch. Wybrani 4 listopada elektorzy oficjalnie zagłosują pisemnie 15 grudnia na konkretnych kandydatów na prezydenta i wiceprezydenta USA. 6 stycznia ich głosy zostaną przeliczone i ogłoszony wynik głosowania. Gdyby doszło do remisu (269:269), prezydenta wybierze w pisemnym głosowaniu niższa izba Kongresu (Izba Reprezentantów), a wyborem wiceprezydenta zajmie się Senat. Zaprzysiężenie prezydenta odbywa się 20 stycznia o godz. 12.00 czasu waszyngtońskiego (godz. 18.00 czasu polskiego).

Wygrał, ale przegrał
Głosowanie na elektorów, czyli wybory pośrednie, sprawia, że możliwe jest, iż prezydentem USA zostanie kandydat, który uzyskał mniej głosów pojedynczych wyborców. Jak dotąd, stało się tak trzykrotnie – ostatnio w 2000 r., gdy na George’a Busha jr. głosowało mniej wyborców niż na demokratę Ala Gore’a, ale kandydat republikanów zyskał więcej głosów elektorskich. Jak to możliwe?

Ano tak, że prawie we wszystkich stanach obowiązuje zasada, że zwycięzca bierze wszystko, czyli zbiera wszystkie głosy elektorskie, przysługujące całemu stanowi. W przypadku wyborów z 2000 r. o ostatecznym wyniku zdecydowała Floryda, gdzie wszystkie głosy elektorskie zebrali republikanie, którzy uzyskali zaledwie 500 głosów więcej niż demokraci. Pomyślcie tylko: o tym, kto zostanie najpotężniejszym politykiem na świecie przesądziło 500 obywateli państwa, które liczy ponad 300 mln ludności!

Prawą ręką za lewe ucho
Polakom trudno zrozumieć, dlaczego amerykańskie wybory odbywają się co 4 lata w tak dziwnym terminie: w pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada. To pewien anachronizm, pochodzący z epoki, w której nikomu nawet się nie śniło, że można będzie liczyć głosy za pomocą komputerów i w ułamku sekundy przesyłać informacje na drugi koniec kontynentu. Wybory zaplanowano na listopad dlatego, że Kongres (czyli amerykański parlament) rozpoczynał obrady w grudniu i potrzeba mu było sporo czasu na przeliczenie głosów. Dokładne daty wyborów były z początku różne w różnych stanach. Dopiero w 1845 r. zdecydowano się to ujednolicić. Dlaczego wybrano wtorek? Niedziela odpadła, by dać obywatelom czas na świętowanie dnia Pańskiego. Podobnie było z dniem 1 listopada, czyli uroczystością Wszystkich Świętych. Poniedziałek potrzebny był na dojazd (lub dojście) do bardzo nieraz odległych lokali wyborczych. Wybrano więc wtorek.

Zabili prezydenta!
Jako się rzekło, amerykańskie wybory prezydenckie odbywają się co 4 lata. A co, jeśli prezydent umrze, zostanie pozbawiony urzędu, sam zrezygnuje albo z jakichś względów, np. zdrowotnych, przestanie być zdolny do sprawowania urzędu? Kto otrzyma wówczas jego pieczęć i władzę nad atomowym „czerwonym guzikiem”? Wtedy na scenę wchodzi wiceprezydent Stanów Zjednoczonych. Niektórzy żartują sobie, że to najwyższe nic nieznaczące stanowisko na świecie. Bo niby jest on z urzędu marszałkiem amerykańskiego Senatu, ale tak naprawdę jego władza jest niewielka. Zmienia się to radykalnie, gdy z jakiegoś powodu Ameryka straci swojego prezydenta. Wtedy zaprzysięgany jest jego zastępca, który ma za zadanie dokończyć kadencję swego poprzednika. Stało się tak 9 razy, na przykład wtedy, gdy w zamachu zginął prezydent John F. Kennedy. Jego kadencję dokończył znany z wybuchowego temperamentu Lyndon Johnson. (Podobno doprowadził on kiedyś do łez któregoś ze swych podwładnych, a potem na przeprosiny podarował mu... sportowe auto). Tak też było, gdy po słynnej podsłuchowej aferze Watergate Richard Nixon ustąpił ze stanowiska na rzecz swego zastępcy Geralda Forda.

Air Force One
Prezydent Stanów Zjednoczonych posiada w swym ręku olbrzymią władzę. Wynika ona oczywiście z potęgi tego państwa, ale także z tego, że w USA obowiązuje tzw. system prezydencki. Oznacza to, że prezydent jest głową państwa, szefem rządu, naczelnym dowódcą sił zbrojnych i liderem swojej partii. W Ameryce nie mogłoby więc dojść do sporu o to, czy to prezydent czy premier (szef rządu) ma lecieć słynnym jumbo jetem z napisem Air Force One na jakąś ważną konferencję międzynarodową...