Najbogatszy ksiądz w Polsce

Joanna Jureczko-Wilk

|

GN 27/2008

publikacja 10.07.2008 22:37

Najbogatszy proboszcz mieszka w małej wsi pod Wyszkowem. Jego majątek trudno nawet oszacować. Sukces jest tym większy, że ksiądz dorobił się na podupadającej branży kolejowej.

Najbogatszy ksiądz w Polsce Ks. Janusz Grygier i jego pociągi fot. Jakub Szymczuk

Ksiądz Janusz Grygier postawił na kolej, chociaż do małej Mostówki pod Warszawą, gdzie jest proboszczem, żelazna droga nie dochodzi. Sam już gubi się w tym, ile ma pociągów, stacji, linii kolejowych i wszystkiego, co im towarzyszy: stacji naprawczych, tuneli, tartaków, a nawet wesołych miasteczek. Na jego usługach pracuje kilka tysięcy ludzi. Zatrudnił nawet Andrzeja Leppera. Tyle, że w skali HO.

Drugie życie ks. Grygiera
Drugie życie ks. Grygiera rozpoczyna się wcześnie rano (przed katechizacją w szkole) i późną nocą (po proboszczowaniu). Z małych i jeszcze mniejszych pudełek wyjmuje wtedy pęsetą ręce, nogi, głowy, dziwnie powykręcane tułowia. Potem precyzyjnie dobiera ludzkie części i pod lupą składa je w całość. Ludzkie postacie – każda jest inna, w innej pozie, ubraniu, uczesaniu – ustawia na sklejonych wcześniej przejazdach kolejowych, na bocznicach, przy torach i w wiejskim sklepie. A wszystko w miniaturowej skali modelarskiej.

Miłość do kolejek była wcześniej niż kapłańskie powołanie. Zaczęła się od parowozu na baterie i dwóch wagoników, które ks. Janusz w dzieciństwie dostał pod choinkę. I tak już zostało przez 34 lata. A wraz z pasją rosła liczba pudełek z częściami pociągów, trakcji i elementów potrzebnych do budowy makiet. Dzisiaj trudno je wszystkie zliczyć. Bo kolej jest pretekstem do opowiedzenia zdarzeń, sytuacji, historii i tego, co w życiu kolejarskim jest codziennością. Chociaż w Mostówce kolejarskie życie toczy się w miniaturze, problemy są jak najbardziej realne. Na makietach wyrosły senne, małomiasteczkowe stacyjki, zarośnięte trawą tory wąskotorówek i podupadające budynki kolejowe, ale też rolnicy – z Andrzejem Lepperem na czele – wysypujący zboże na tory. Jest i lokomotywa z wiersza Juliana Tuwima – „ciężka, ogromna i pot z niej spływa” – ze wszystkimi wagonami i ich zawartością. Na innej z makiet kłótnia o to, kto spartaczył robotę, bo tory wyraźnie się rozchodzą.

Ale jak to bywa w rzeczywistości – pracowało dwóch robotników, reszta „miała przerwę”. – To nie są wymyślone sytuacje, ale podpatrzone w czasie moich podróży po Polsce. Czasami koledzy coś śmiesznego zobaczą i od razu do mnie dzwonią. Właśnie wczoraj byłem na otwarciu sezonu turystycznego wąskotorówki w Sochaczewie i wróciłem stamtąd z trzema pomysłami na makiety – mówi ks. Janusz. Pomysł, to znaczy coś z kolejarskiego żywota, co zaintrygowało albo rozśmieszyło. Jak tory, które kończą się na płocie posesji, bo budowniczowie zapomnieli o wykupieniu działki, albo specjalnie wygięte tory, by ominąć rosnące na trasie drzewo (ekolodzy nie pozwolili go wyciąć, chociaż już dawno uschło). Na innej makiecie małe ludziki uwijają się przy cięciu wagoników. Ks. Janusz komentuje: „W ramach prywatyzacji złomuje się nowe wagony. Spawacz tnie węglarkę. Dźwig ładuje pocięty złom do pojemników, które »ob-ca« firma wywozi do swoich hut”.

Kolej na parafian
Żeby wiernie pokazać kolejową rzeczywistość, nawet w skali mikro, trzeba o kolei wiedzieć wszystko. Dlatego ks. Janusz chętnie nią podróżuje, podpatruje, czyta fachową literaturę, przegląda kolekcjonerskie katalogi. Potem bez problemu montuje naprężacze pędni i wskaźniki torowe, wie, gdzie umieścić sygnalizatory i co powinien robić rewident taboru. Co więcej, wiedzą to też jego parafianie.

– Jestem maszynistą i przestawiam zwrotnice, ale ksiądz planuje rozdzielić te dwie funkcje, bo obsługa dwóch rzeczy naraz jest trudna. Niekiedy zdarzają mi się kraksy – przyznaje Magda Budzińska z Mostówki, okresowo zawiadowca stacji Czarny Las. – Sam nie dałbym rady obsługiwać wszystkich stacji. Na każdej potrzebny jest dyżurny ruchu, zawiadowca… Musiałem „zatrudnić” parafian – śmieje się ks. Janusz.

Przydałaby się w Mostówce duża sala gimnastyczna, żeby rozłożyć makiety i móc się nimi bawić. Ale i na brak miejsca modelarze znaleźli sposób. Od 11 lat budują polską makietę modułową, czyli makietę podzieloną na małe odcinki, które do siebie pasują. Każdy z modelarzy buduje własny kawałek, a od czasu do czasu spotykają się wszyscy i wtedy składają je w całość. Swoją ponad 150-metrową linię kolejową (z profesjonalnym ruchem kolejowym według rozkładu jazdy!) pokazali już kilkakrotnie, m.in. na Międzynarodowych Targach Kolejowych TRAKO w Gdańsku. To nie koniec, bo budowa kolejki wciąż trwa.

Anielska cierpliwość
Mężczyzna z teczką spieszący się na pociąg, matka z dzieckiem zajadającym loda, bocian, który stoi na jednej nodze na wierzchołku kilkucentymetrowego drzewa, rozmawiające i przy tym gestykulujące sąsiadki, idące do pobliskiego sklepu… Żeby to wszystko precyzyjnie poskładać, trzeba wyobraźni i naprawdę anielskiej cierpliwości.

– Tutaj nic się nie pogoni, nic nie przyspieszy… – mówi ks. Janusz. – Modelarstwo uczy cierpliwości. Jeśli jest się zmęczonym, zdenerwowanym, lepiej odpuścić, żeby nie popsuć tego, co już się zrobiło. Dlatego młodym ludziom przychodzi to z trudem, bo oni chcą mieć efekty od razu. Są przyzwyczajeni do tego, ze klika się myszką w komputerze i gotowe. Są makiety, które robię w kilka godzin, a nad niektórymi siedzę od kilku lat. Ks. Janusz ma jeszcze jedno marzenie: zbudować ręczną drezynę. Tym razem w skali 1:1.