Cała nadzieja w Adamie

Marcin Wójcik, zdjęcia Jakub Szymczuk

|

GN 51-52/2010

dodane 21.12.2010 19:24

Był taki czas w XIX wieku, że w Babiej Górze mieszkały same kobiety. Dzisiaj również wszystko ku temu zmierza.

Cała nadzieja w Adamie

Babia Góra, wioska na Podlasiu, jak czterolistna koniczyna: gdy ją już znajdziesz, uwierzyć nie możesz, że jednak istnieje. To chyba jedyne miejsce przy wschodniej granicy Schengen, gdzie tak blisko schodzą się światy: baśń z faktem, teraźniejszość z przeszłością… Czternastoletnia Marta Łuksza pewnie marzy o butach od Prady, a ponadosiemdziesięcioletni Paweł Zubrycki o trzewikach z lipy. Marta stąd wyjedzie, eleganckie buty kupi, Paweł zostanie i do końca żywota będzie strugał w pamięci te swoje trzewiki. Marta cieszy się, że wieś ma wreszcie asfalt, że prawie o każdej porze roku wyjechać można w kierunku Białegostoku. Paweł tęskni za czasami, kiedy wokół Babiej Góry same bagna stały, a jak ktoś chciał wyruszyć w wielki świat, to szedł w kierunku Białorusi, czyli jakieś 2 km stąd.

Makatka Marii 

Maria Zubrycka, żona Pawła, każe usiąść na kaflowym piecu, żeby ogrzać się trochę, bo od Puszczy Białowieskiej mrozem siarczystym dmuchnęło. Jest herbata, chleb, ogórki kiszone, swojska kiełbasa i szynka. Babinka nurkuje jeszcze po łokcie w wielkiej skrzyni i wyciąga marynowane gąski, które sama późnym latem uzbierała. W chacie ciepło, wspominamy, za oknem noc, wilki pod wsią, w oknie odbijają się postacie staruszków i czasami błyśnie myśl: Czy to oni, czy też ich ojcowie na herbatę przyszli? – W zimie ja dywany robiła z wełny – opowiada Maria ze wschodnim zaśpiewem. – I robiła ja swetry i skarpety, czesała len na koszule. – Jak człowiek bosy wszedł na lipę, to zszedł z niej w ustruganych trzewikach. A jakie to buty były – chwali Paweł i uśmiecha się do wspomnień. W kuchni na ścianach wiszą płócienne makatki autorstwa Marii, które wyszyła jeszcze jako panna. Jedna z makatek przedstawia koguta, kurę, kurczęta i mądre słowa: „Grunt to rodzinka”. W izbie na łóżku również dzieło Marii – dywan, czyli kolorowa narzuta zrobiona na krosnach. Zanim ruszyły krosna, powstał obraz w głowie, później przydały się dobra wełna, bystre oko, anielska cierpliwość… Szynka i gąski podniebienie rozpieszczają, a tymczasem staruszkowie opowiadają historię o kobiecie, co mieszkała na wzgórzu, a wokół same bagna straszyły. Obcy nie przejechał tędy konno ani nie przeszedł pieszo, jeśli trudu sobie nie zadał, by poznać prawa mokradeł. Wzgórze, gdzie mieszkała samotna kobieta, nazwano Babią Górą. Z czasem osuszono nieco bagna i wybudowano chaty. Podań i legend na ten temat jest sporo. Ale nie wszystko jest legendą. – Jak ja młoda była i zbierała siano, to po pas wpadała w bagno – śmieje się dzisiaj Maria, choć wtedy o życie walczyła.

Sauna Mirka
Sołtyska Babiej Góry Ilona Zubrycka rzadko teraz wychodzi z domu, bo czeka na rozwiązanie. Po raz pierwszy od 13 lat we wsi urodzi się dziecko, i na dodatek będzie to chłopiec. Sebastian, albo Adam, nie tylko powiększy w lutym liczbę mieszkańców, ale i liczbę mężczyzn, których w Babiej Górze jak na lekarstwo. Na 34 mieszkańców aż 9 wdów, a wśród młodzieży same dziewczyny. Trzeba jeszcze dodać, że średnia wieku to jakieś 70 lat. Przybywa nieogrzanych domów, ubywa młodzieży, przybywa warszawiaków zainteresowanych kupnem opustoszałego siedliska. Chata z numerem 1 już sprzedana; sad piękny, a za nim już tylko Łukaszenko, jak niektórzy mówią. Młodzi uciekają do miast. W modzie Białystok, Hajnówka, Bielsk Podlaski. Starszyzna nieraz przy kawie debatuje o przyszłości, ale łatwiej mówi się tutaj o przeszłości, bo przynajmniej jest o czym. We wsi prawie co drugie nazwisko to Zubrycki, od żubra, na które kiedyś polowano. Sąsiad Ilony Zubryckiej Mirek Zubrycki jako jeden z niewielu nie boi się przyszłości i stawia na turystykę. Dobudował kilka pokoi, kuchnię, jadalnię z kominkiem, saunę. Nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby z jego ogrodu zobaczyć stado żubrów – latem pasą się na łące, zimą okupują stogi siana, które zostawiają rolnicy. Puszcza rolników karmi, więc i oni puszczy się odwdzięczają. Jerzy Skiepko w tym roku przygotował żubrom siano z 4 hektarów. Do jego stogu za domem przychodzą od lat te same żubry, 6 sztuk. Nie wezmą do pyska byle jakiego siana, musi być rarytas: drobne, zielone, najlepiej z pierwszych sianokosów.

Strych Janiny 

W czasach, gdy Paweł Zubrycki strugał trzewiki i nie miał jeszcze głębokich zmarszczek, mężczyźni ze wsi pracowali przy wyrębie. Dzisiaj nie ma wyrębu i coraz mniej mężczyzn. Prawie każda kobieta w Babiej Górze, by na coś do chleba zarobić, zbiera zioła na skraju puszczy. Niektóre nawet drugą emeryturę miesięcznie uzbierają. Główną zielarką jest Janina Zubrycka, synowa Pawła i Marii, u której firma handlowa zorganizowała skup. Janina podkłada koślawą drabinę i prowadzi nas na strych, gdzie jeszcze suszą się zioła. Na strychu można poczuć się jak w skarbcu natury, a w nim najcenniejsze klejnoty tutejszych łąk; może źródło potęgi żubra, a już na pewno zdrowie mieszkańców Europy. Jeśli ktoś w Niemczech czy Wielkiej Brytanii mówi, że polskie zioła najlepsze, to ma na myśli zioła z Podlasia, z Babiej Góry, ze strychu Zubryckiej, z koszyka zielarki, co z laską w ręku przemierza łąki i krańce puszczy. Czego szuka? Jak nigdzie indziej tutaj pokrzywa rośliną pożądaną, liście lipy i malin zdławią atak kaszlu, korzeń pięciornika najlepszy dla ludzi na problemy żołądkowe, kora dębu dla bydła. Cenne także perz, wierzbownica, liście brzozy i rzadziej spotykana kocanka, dobra na wątrobę.

Wiata Jerzego
Drewniany dom Jerzego, tego co „ma” 6 żubrów, stoi drugi od strony Łukaszenki. Tak baśniowej chaty nawet Tolkien by nie wymyślił dla swoich hobbitów: drewno na nowo wyczyszczone, na ścianie frontowej pasą się dwa żubry, na krawędziach rzeźbione pnącza, wszystko z gustem. Ale wbrew prawom kardiologii serce tego domu nie bije w środku, lecz poza nim. Jerzy Skiepko prowadzi nas wartko do ogrodu, a konkretnie pod wiatę. Każe czekać z boku, broń Boże nie pomagać. Patrzymy, jak mocuje się z czymś, co wisi tuż przy suficie wiaty. Po chwili wychodzi i ściska w zmarzniętych dłoniach zakurzone żelastwo. Okazuje się, że to… piła ręczna! Dzięki niej świętej pamięci ojciec Jerzego wybudował dom, w którym obecnie mieszka syn z małżonką. Nie było wtedy piły spalinowej, nie było cyrkularki ani tartaków oferujących domy z bali. Jerzy obficie gestykulując, pokazuje, jak jego brat, on i ojciec przerzynali grube bale i powstał dom na pokolenia. Ciekawe, kto kiedyś wyciągnie spod wiaty ciągnik Jerzego, którym zwoził siano dla swoich żubrów.

Tagi: