Parafia obok huty

Andrzej Grajewski, zdjęcia Roman Koszowski

|

GN 49/2009

dodane 03.12.2009 13:43

Na kresach I Rzeczypospolitej, utraconych przed wiekami, zrusyfikowanych, a teraz szukających własnej, ukraińskiej tożsamości, odbudowuje się także Kościół katolicki. Kiedyś był synonimem polskości, dziś jest inaczej.

Parafia obok huty W centrum Dnieprodzierżyńska stoi potężna huta fot. Roman Koszowski

Zanim zobaczy się miasto, widać kłęby dymu. Huta w Dnieprodzierżyńsku jednocześnie żywi i zatruwa. Według europejskich norm, przy takim natężeniu radioaktywnych zanieczyszczeń, w promieniu 3 km nie powinno być żadnej zabudowy.

Zatrute miasto
W praktyce całe miasto leży pod bokiem zakładu. Zatruta tutaj jest nie tylko przyroda. Nad siedzibą władz miejskich powiewa żółto-niebieska flaga Ukrainy, ale obok na placu nadal stoi pomnik Feliksa Dzierżyńskiego, twórcy bolszewickiej bezpieki, kata także wielu Ukraińców. Miasto, pięknie położone wśród wzgórz nad Dnieprem, niegdyś duma Ukrainy, dopieszczane zwłaszcza w latach panowania Breżniewa, który tam się urodził, przeżywa traumę deklasacji wielkiego ośrodka przemysłowego, któremu brakuje środków na modernizację, a przede wszystkim pomysłów na inne życie. W miejscowym ośrodku zdrowia przyjmuje nas pani Olga Gociridze. Potwierdza, że stan środowiska miasta jest fatalny, a huta dawno powinna być zamknięta. Zapadalność na choroby dróg oddechowych jest tutaj największa na Ukrainie. Podobnie jest z chorobami nowotworowymi. – To miasto powoli wymiera – dodaje – ponieważ liczba zgonów znacznie przewyższa liczbę urodzeń. Jednak ludzie cieszą się, że kominy dymią, gdyż to znak, że ciągle jest praca, a innej w okolicy nie ma. Liczący ponad 250 tys. mieszkańców Dnieprodzierżyńsk ma klimat przypominający nieco Nową Hutę z lat 50, ale bez religijnych korzeni jej mieszkańców. – To miasto ma swoją niepowtarzalna specyfikę – wspomina o. Błażej Suska OFMCap, który pracował w Dnieprodzierżyńsku. Mało inteligencji, przeważają środowiska proletariackie bądź robotniczo-chłopskie.

Przez kilka pokoleń wychowywani byli w atmosferze wrogości do wszelkiej religii. Charakterystyczne, że na tradycyjne powitanie „Sławu Isusu Chrystu” często padała odpowiedź „Sława trudu” (Chwała pracy). Odbudowa kościoła wiele zmieniła. Teraz katolicy są nieliczną, ale widoczną wspólnotą. Wszystkie polskie tropy w mieście prowadzą do osoby inż. Ignacego Jasiukiewicza, wybitnego metalurga i jednego z najlepszych polskich menedżerów, który w iście amerykańskim stylu na polach Kamianskoje (nazwa miasta do 1936 r.) pod koniec XIX wieku wybudował kombinat metalurgiczny, należący do polsko-belgijskiej spółki. Pracowało w nim wielu Polaków, którzy udali się w głąb carskiego imperium, aby znaleźć tam szansę na pracę i dostatnie życie. Kamianskoje w odróżnieniu od współczesnego, postkomunistycznego Dnieprodzierżyńska było budowane z myślą o ludziach. Powstały kolonie domów dla robotników o standardach dorównujących tym na Zachodzie. Wielkim wysiłkiem miejscowej społeczności, głównie Polaków i Niemców, w Kamianskoje w latach 1895–1997 został wybudowany piękny, neogotycki kościół pw. św. Mikołaja, który mógł pomieścić do 500 wiernych. Przed I wojną światową w mieście żyło ponad 7 tys. katolików. Bolszewicy zniszczyli wszystko. W 1929 r. ostatecznie zamknęli kościół, a ostatniego proboszcza, Niemca Jakuba Rosenbacha, rozstrzelali w 1938 r. na Sołówkach.

Przyszli z wielkiego ucisku
Olga Gociridze była jedną z pierwszych osób w Dnieprodzierżyńsku, które w latach 90. ub. wieku zaczęły tworzyć zręby miejscowej parafii. Ponieważ jest lekarką, zajęła się organizowaniem parafialnej Caritas. Jest tutejsza, ma polskie korzenie (z domu Baranowska), a egzotyczne nazwisko po mężu. Pracuje w miejscowym ośrodku zdrowia, który lepsze czasy już dawno ma za sobą. Przez jej gabinet przewalają się tłumy ludzi, nawet w trakcie naszej rozmowy. – Myślę, że w Polsce ludzie nie mają świadomości, jak u nas było trudno. Przeżyliśmy czasy wielkiego ucisku. Kościół zamknięto pod koniec lat 20. ub. wieku. Od tego czasu aż do lat 90. nikt tutaj księdza nie widział. W całym regionie czynna była tylko jedna mała prawosławna wiejska cerkiewka. Więc wszyscy tam jeździli, katolicy, ewangelicy, prawosławni. Aby tylko ochrzcić dzieci. W cerkwi także i mnie ochrzczono. W mieście pojawiali się tajni prawosławni księża, spowiadali ludzi, chrzcili, czasem dawali tajne śluby. Ale kontakt z nimi był niebezpieczny, gdyż ich obserwowano. Miałam już dwójkę dzieci, mąż był komunistą więc wychowywaliśmy je bez Boga. Ale mieliśmy sąsiadkę, prawosławną, która stale powtarzała, że dzieci trzeba ochrzcić. Przekonałam więc męża, dał nam samochód, pojechaliśmy na wieś i tam w prawosławnej cerkwi ochrzciłam obu synów.

Jednak największy dramat Polaków, którzy po traktacie ryskim nie z własnej woli stali się obywatelami Związku Sowieckiego, rozpoczął się w sierpniu 1937 r. Na mocy rozkazu nr 00485 ludowego komisarza NKWD Nikołaja Jeżowa aresztowano dziesiątki tysięcy ludzi. Oblicza się, że ofiarą tzw. polskiej operacji NKWD padło ok. 144 tys. Polaków, których oskarżono o przynależność do konspiracyjnych zbrojnych organizacji. Całe polskie wioski były przesiedlane z terenów sowieckiej Białorusi i Ukrainy do Kazachstanu. Ponad 110 tys. osób rozstrzelano. Pozostali trafili do obozów koncentracyjnych – Mój dziadek Wojciech Krzewicki był emerytowanym hutnikiem, człowiekiem pobożnym – wspomina pani Olga. – Został aresztowany w Dnieprodzierżyńsku w nocy w sierpniu 1937 r. Nie zdążył się nawet pożegnać z moją mamą, która była dzieckiem. Z dokumentu, który dostałam przed rokiem z państwowego archiwum, dowiedziałam się, że został oskarżony o przynależność do organizacji szpiegowsko-dywersyjnej. 20 września 1937 r. został rozstrzelany. W 1989 r. rehabilitowano go, podobnie jak wielu innych Polaków, ale ich mogił nie odnaleziono – opowiada. Podobnych historii słyszałem na Ukrainie wiele. Pamięć o tamtej ofierze przechowywana w rodzinach była ważnym zobowiązaniem do wierności własnej religii.

Nowa wspólnota
Ojciec Józef Chromy, gwardian i proboszcz w Dnieprodzierżyńsku, jest maratończykiem. Śmiejąc się, przekonuje, że bieganie najlepiej konserwuje organizm, gdyż w przeciwnym razie pod bokiem trującej huty dawno by ducha wyzionął. Gdy kapucyni zaczynali tutaj swoją działalność, opierali się głównie na ludziach starszych. Dzisiaj wśród ponad 200 parafian sporo jest ludzi młodych, część to miejscowa inteligencja, jak Aleksandr Słoniewski, inżynier metalurg i historyk w jednej osobie. – Moi przodkowie przyjechali do Kamianskoje z pierwszą grupą robotników z warszawskiej Pragi, gdy Jasiukiewicz przenosił tutaj swoje zakłady. Jako człowiek dorosły byłem komunistą, przekonanym ateistą – wspomina. Jesienią 1989 r., przechodząc obok ruin kościoła, przeżyłem wstrząs, który zapoczątkował moje nawrócenie. Byłem porażony obrazem barbarzyństwa – ciężarówki wjeżdżały do środka budynku przez kościelne okno, cały teren zalegały śmieci. Postanowiłem walczyć o ocalenie świątyni. Początkowo chodziło mi o zachowanie pamiątki z przeszłości. Ponieważ Słoniewski był radnym, udało mu się w radzie miejskiej przeforsować uchwałę uznającą kościół za zabytek, co otwierało drogę do jego odbudowy. Gdy wraz z tzw. grupą inicjatywną napisał list, opublikowany w miejscowej prasie, z wezwaniem, aby ludzie przyznający się do wiary przodków stawili się 30 listopada 1989 r. przed kościołem, przeżył szok. Na spotkanie przyszła blisko setka ludzi. Dojechał do nich z Charkowa ks. Jurij Zimiński i na schodach przed ruinami kościoła odprawił pierwszą od 60 lat Mszę św. w tym mieście. Pierwszym proboszczem tutaj został ks. Marcin Jakiewicz z diecezji lubelskiej, a od 1999 r. parafię przejęli ojcowie kapucyni.

Dla Słoniewskiego batalia o odzyskanie kościoła stała się elementem osobistego nawrócenia. Stał się człowiekiem wierzącym, zaangażowanym w budowę nowej wspólnoty. Miejscowi katolicy często pochodzą z rodzin mieszanych, gdzie mieszają się tradycje ukraińskie, polskie, rosyjskie. To dzięki ich zaangażowaniu było możliwa odbudowa świątyni. Podziwiając współczesny wystrój kościoła, trudno uwierzyć, że 10 lat temu jego wnętrze było wielkim gruzowiskiem. Ozdobą świątyni jest ściana przed ołtarzem, wymalowana przez uczniów Kiko Argüello, inicjatora Drogi Neokatechumenalnej. Ta metoda pracy duchowej daje także dobre rezultaty w Dnieprodzierżyńsku. Ojciec Józef z dumą odsłania kilka płyt ze środka kościoła i pokazuje maleńki basenik – chrzcielnicę. – Tutaj chrzcimy naszych parafian, zarówno dzieci, jak i dorosłych, których niemała liczba stale prosi o chrzest. Praca tutaj nie jest łatwa – dodaje – ale zdumiewająca jest ich radość z przeżywania wiary. Tu nie ma ludzi przypadkowych, większość działa w różnych grupach i wspólnotach. I często na spotkaniach mówią, że w naszej pracy widzą Boże dzieło.

Pamiętajmy o Wschodzie
Druga Niedziela Adwentu już po raz dziesiąty obchodzona jest w Polsce jako Dzień Modlitwy i Pomocy Materialnej Kościołowi na Wschodzie. Organizatorzy zwracają się z prośbą o wsparcie duchowe i materialne działa ewangelizacji prowadzonego przez Kościół katolicki na Wschodzie.

Ofiary można przesyłać na konto:
Zespół Pomocy Kościołowi na Wschodzie,
Skwer Kard. S. Wyszyńskiego 6, 01-015 Warszawa,
Bank Zachodni WBK I O/ Warszawa
nr 89 1090 1014 0000 0000 0301 4449 (wpłaty w PLN)
z dopiskiem „Kościołowi katolickiemu na Wschodzie”

Tagi: