Letni dzień na umieranie

Ryszard Terlecki, profesor historii, dyrektor oddziału IPN w Krakowie

|

GN 27/2006

publikacja 29.06.2006 11:42

Jak to się stało, że w rok po zakończeniu wojny, w Polsce, w której niemal wszyscy żydowscy obywatele zostali wymordowani przez Niemców, doszło do napaści na tych nielicznych, ocalałych z zagłady?

Letni dzień na umieranie

W 1946 roku komuniści byli wciąż słabi. Pod-trzymywane były jeszcze rozmaite kontakty z wolnym światem, starano się więc o zachowanie przynajmniej pozorów demokracji. Tolerowano istnienie opozycyjnego Polskiego Stronnictwa Ludowego, a nawet zaproponowano – jako test przedwyborczy – przeprowadzenie referendum, w którym obywatele mogliby wypowiedzieć się w sprawie politycznych i gospodarczych zmian, wprowadzanych przez komunistów. Odbyło się ono 30 czerwca 1946 roku, a po kilku dniach obliczeń jego wyników okazało się, że dla komunistów wypadło zdecydowanie niekorzystnie.

Niewygodne fałszerstwo
W pierwszych dniach lipca kierownictwo rządzącej Polskiej Partii Robotniczej podjęło decyzję o konieczności sfałszowania wyników. Zanim je ogłoszono, a nastąpiło to 12 lipca, liczono się już z nieuchronną reakcją światowej opinii publicznej, z coraz większą uwagą śledzącej wydarzenia po sowieckiej stronie „żelaznej kurtyny”. Oburzenie Zachodu na wiadomość o sfałszowaniu referendum w Polsce szczególnie było nie na rękę Sowietom, planującym dalsze rozszerzanie swojej strefy wpływów w Europie. Tym bardziej że zaledwie dwa miesiące wcześniej zachodnia prasa obszernie informowała o tłumieniu studenckich i uczniowskich protestów w związku z zakazem świętowania rocznicy Konstytucji 3 maja.

W tym samym czasie, gdy w gronie kilku osób ustalano „prawdziwy” wynik referendum, doszło do zdarzenia, którego okoliczności do dziś nie udało się w pełni wyjaśnić. 4 lipca 1946 roku w Kielcach parutysięczny tłum zaatakował budynek zamieszkany przez polskich Żydów i zamordował czterdzieści osób. Wstrząs, jaki w rok po zakończeniu wojny i uwolnieniu żydowskich niedobitków z niemieckich obozów wywołały wiadomości o kieleckiej masakrze, zwrócił uwagę mediów całego świata na wydarzenia w Polsce. Przez kilka dni podawano wciąż nowe informacje, uzupełniano je o kolejne szczegóły, śledzono reakcję władz i społeczeństwa. Po kilku dniach – co oczywiste – zainteresowanie Polską opadło. Wobec tego przesytu doniesieniami z Polski, wiadomości o sfałszowanych wynikach referendum pojawiły się jedynie w formie niewielkich wzmianek, drukowanych na dalszych stronach dzienników.

Śmierć w południe
Czy zbieżność dat i korzyść, jaką z tragicznego wydarzenia odnieśli komuniści, nie świadczyła o celowej i zaplanowanej prowokacji, zacierającej ślady cynicznego fałszerstwa? Najście milicji, później także żołnierzy na budynek zamieszkany przez Żydów, a następnie szturm rozjuszonego tłumu przyjęło się nazywać pogromem, co mogłoby sugerować wyłącznie spontaniczny charakter tej zbrodni. Chociaż odtworzenie przebiegu wydarzeń wydaje się proste, przez sześćdziesiąt lat – także po 1989 r. gdy możliwe już były rzetelne badania historyczne, a publikacji nie krępowała cenzura – nikt nie zdołał udowodnić ubeckiej prowokacji. A przecież tak wiele na nią wskazywało i wskazuje.

1 lipca zaginął 9-letni chłopiec, o czym jego ojciec tego samego dnia wieczorem zawiadomił milicję. Chłopiec odnalazł się 3 lipca i według jednej z wersji wydarzeń okazało się, że samowolnie, przygodnie zatrzymaną furmanką, pojechał do krewnych mieszkających na podkieleckiej wsi. Jednak ojciec chłopca, zgłaszając na posterunku milicji fakt jego odnalezienia, zeznał równocześnie, że syn był przetrzymywany w piwnicy domu przy ulicy Planty przez jednego z mieszkających tam Żydów. W feralny czwartek 4 lipca około godz. 8.00 rano kilku milicjantów wraz z chłopcem i jego ojcem wyruszyło z posterunku do znajdującego się w pobliżu domu na ulicy Planty i tam aresztowało wskazanego przez chłopca mężczyznę.

Dotąd nic jeszcze nie zapowiadało tragedii. Przewodniczący miejscowego Komitetu Żydowskiego interweniował na posterunku milicji, domagając się uwolnienia aresztowanego i zapewniając, że w budynku na ulicy Planty w ogóle nie ma piwnicy. Dowódca posterunku wysłał więc kilkuosobowy patrol, aby wyjaśnił wszystkie okoliczności wydarzenia. Milicjanci pobieżnie przeszukali dom, ale w tym czasie na podwórzu i na ulicy gromadziło się coraz więcej gapiów, obserwujących działania milicji. Napięcie rosło, przybyła kolejna grupa milicjantów oraz cywilnych funkcjonariuszy UB, podjęto też pierwszą próbę rozproszenia gromadzącego się tłumu.

Około godz. 10.00 wydarzenia tracą swój logiczny sens, nie sposób ustalić kolejności faktów ani znaleźć dla nich racjonalnego uzasadnienia. Przed domem pojawia się kilkudziesięcioosobowy oddział wojska, w tym spora grupa żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW), podległego resortowi bezpieczeństwa.

Zamiast jednak odsunąć tłum na bezpieczną odległość – żołnierze również przystępują do przeszukiwania domu, rozbrajania jego mieszkańców (skonfiskowano kilka rewolwerów), a nawet do wyprowadzania bezbronnych Żydów na ulicę. Tłum rośnie, rośnie też jego agresja, sypią się kamienie, zgromadzeni atakują i biją wyprowadzanych. Gdy przybywa straż pożarna i usiłuje za pomocą wody zmusić ludzi do wycofania się z miejsca zajść, napastnicy nożami przecinają gumowe węże.

Chociaż żołnierze i milicjanci są uzbrojeni, nikt nawet nie stara się powstrzymać tłumu. Padają jednak pojedyncze strzały, prawdopodobnie oddane przez atakowanych Żydów, które jeszcze bardziej podniecają wściekłość. W pobliżu miejsca zajść pojawiają się większe siły milicji i wojska, wyposażone w karabiny maszynowe, nadal jednak nie próbują zapobiec zbrodni. Tymczasem zamieszki rozprzestrzeniają się w mieście, a gromady wyrostków napadają na pojedyncze osoby podejrzewane o żydowskie pochodzenie.
Około południa rozgrywa się ostatni, najbardziej przerażający akt dramatu.

Wiadomość o zamieszkach powoduje, że znaczna część kilkusetosobowej załogi pobliskiej huty „Ludwików” porzuca pracę, uzbrojona w łomy i kije podąża na ulicę Planty, rozrywa ustawiony na jej drodze kordon wojska i milicji, przyłącza się do uczestników pogromu. Dopiero około godz. 14.00 duży oddział wojska, oddając kilka karabinowych salw w powietrze, zmusza tłum do wycofania się na sąsiednie ulice. Uczestnicy zajść usiłują jeszcze zgromadzić się na dziedzińcu szkoły, ale i tam zostają rozpędzeni. O godz. 16.00 na ulicach pojawiają się czołgi i większe oddziały wojska, od godz. 20.00 w Kielcach obowiązuje godzina milicyjna i zakaz wychodzenia na ulice.

Zbrodnia niewyjaśniona
W tym tragicznym dniu zginęły 42 osoby, wśród nich prawdopodobnie dwoje dzieci. Kontrolowana przez komunistów prasa o dokonanie mordu oskarżyła podziemie i „obóz reakcji”. Minister Stanisław Radkiewicz, któremu podlegały zarówno bezpieka, jak i milicja oraz KBW, 8 lipca na pogrzebie ofiar powiedział, że pogrom był dziełem „emisariuszy rządu RP na Zachodzie i generała Andersa przy aprobacie AK-owców”. Dziennik „Głos Ludu” pisał o „kieleckich kołtunach, zarażonych hitlerowską trucizną, dowodzonych przez andersowskich bandytów”. 9 lipca rozpoczął się trzydniowy proces dwunastu uczestników pogromu, dziewięć osób skazano na śmierć i 12 lipca wyrok pospiesznie wykonano przez rozstrzelanie. Od września trwały procesy milicjantów i żołnierzy, biorących udział w mordowaniu Żydów lub w rabowaniu ich majątku. Większość oskarżonych w tych procesach została uniewinniona.

Cenzura nie zezwoliła na druk oświadczenia, potępiającego „zajścia kieleckie” wydanego przez Stanisława Mikołajczyka, wicepremiera i prezesa PSL. Krajowa Rada Narodowa odrzuciła wniosek płk. Franciszka Kamińskiego, posła do KRN z ramienia PSL, o powołanie specjalnej komisji parlamentarnej. Równocześnie reżimowe gazety zaatakowały PSL za brak reakcji na pogrom. Bardzo stanowczo mord Żydów potępiła kuria biskupia w Kielcach. Nawet kardynał August Hlond, prymas Polski, spotkał się w tej sprawie z dziennikarzami prasy zagranicznej.

Co spowodowało wybuch ślepej nienawiści tłumu? Czy fakt obecności osób pochodzenia żydowskiego w strukturach władzy komunistycznej, a szczególnie w aparacie terroru, cokolwiek to tłumaczy? Czy była to prowokacja bezpieki, jak zdają się świadczyć polityczne efekty pogromu, czy też może – bo i taką hipotezę stawiają niektórzy badacze – autorami pogromu byli Sowieci, którym zależało na odwróceniu sympatii Zachodu dla Polski? Czy kiedykolwiek odpowiemy na te pytania?