Bohaterowie są zmęczeni

Wojciech Roszkowski, historyk, publicysta poseł do Parlamentu Europejskiego

|

GN 25/2009

publikacja 20.06.2009 21:08

Przeciętny Polak zatracił w III RP orientację i poczucie sprawiedliwości

Wojciech Roszkowski Wojciech Roszkowski

Mijające 20-lecie przełomowych wyborów 4 czerwca 1989 r. wywołało kolejną falę wspomnień i oświadczeń różnych ważnych aktorów tamtych wydarzeń. Jedni podkreślali sukcesy transformacji rozpoczętej Okrągłym Stołem i czerwcowymi wyborami, inni zaś, nieraz przesadnie, krytykowali to, co się wówczas stało. W debatach tych uderzają nie tylko drastyczne nieraz różnice ocen, ale przede wszystkim zagubienie ich kryteriów.

Jak ma rozumieć historię polskiej przemiany ustrojowej przeciętny Polak, który jednocześnie słyszał, że komuniści byli do 1989 r. paskudni i należało z nimi walczyć, a od 1989 r. stali się „ludźmi honoru”, bardziej wiarygodnymi od tych, którzy mieli co do tego wątpliwości, a domagali się przyspieszenia zmian i oczyszczenia naszego życia publicznego z pozostałości dawnego systemu? Jeśli do tego dodamy materialne sukcesy postkomunistów, wynikające z uwłaszczenia nomenklatury oraz utrzymania przywilejów emerytalnych dla różnych „utrwalaczy władzy ludowej”, to trudno się dziwić, że przeciętny Polak zatracił w III RP orientację i poczucie sprawiedliwości. Najdziwniej brzmią jednak słowa niektórych przywódców „Solidarności” i bohaterów solidarnościowego podziemia, z których byliśmy wówczas wszyscy dumni.

Przyzwyczailiśmy się już do dziwnych wolt Lecha Wałęsy. To, co się wokół niego działo ostatnio, to jednak istna tragifarsa. Ci sami ludzie, którzy obrzydzali naszego noblistę, a także zbierali kompromitujące go materiały w kampanii prezydenckiej 1990 r., obecnie mobilizują wszystkie siły, żeby go bronić przed zarzutami o współpracę ze służbami PRL. Argument, że Wałęsa jest „dobrem narodowym”, wobec czego nie wolno tego dobra osłabiać, jest doskonale sprzeczny ze stanowiskiem tych środowisk w sprawie „odbrązawiania” innych wydarzeń i postaci historii Polski.

Nie tylko politycy, ale i profesorowie w służbie rządu są w tej sprawie gotowi zaprzęgać państwo do wyznaczania granic słuszności badań naukowych, aby bronić „dobrego imienia” naszego skarbu narodowego. Ten zaś zresztą natychmiast odwdzięczył się swym proeuropejskim i liberalnym obrońcom dobrze płatnym występem na zjeździe Libertasu, a następnie kolejną woltą w postaci oświadczenia o potrzebie budowy jednego państwa europejskiego. Kto za nim nadąży?

Władysław Frasyniuk przypomniał swą rozmowę z Aleksandrem Kwaśniewskim, który nie bez ironii powie-dział, że patrząc teraz na ludzi „Solidarności”, myśli, jak to się stało, że „wyście z nami wygrali”. Frasyniuk pocieszył Kwaśniewskiego: „Ich, panie prezydencie, wtedy jeszcze w »Solidarności« nie było”. Teresa Torańska stwierdziła, że jednak niektórzy chyba byli. „Jeśli – to w 18. rzędzie”, machnął ręką Frasyniuk. Więc „ich”, czyli kogo? Tych z 18. rzędu, tych milionów ludzi, którzy szli za przywódcami w rodzaju Frasyniuka? Skąd w nim tyle pogardy dla swoich solidarnościowych żołnierzy? Z wyżyn swej legendy wrocławska ikona dawnej „Solidarności” wyrokuje: „Dostali w prezencie legendę »Solidarności« i teraz modlą się, by znaleźć jakiegoś haka na Wałęsę, Frasyniuka czy Bujaka. Nie rozumiem ich cynizmu”. Smutna to postawa kogoś, kto był kiedyś silny swym robotniczym pochodzeniem i popularnością w społeczeństwie, a który zmieniwszy zawód w czasie transformacji i stworzywszy sobie dość wygodne życie przedsiębiorcy, zaczął pogardzać szarym człowiekiem.

W dalszej części wywiadu Frasyniuk barwnie opisuje swe przeżycia więzienne ze stanu wojennego, które zasługują niewątpliwie na szacunek. Nadal jednak wypowiada szereg niezrozumiałych ocen. Jest przecież obrońcą zasług opozycji zza Okrągłego Stołu, a mówi, że negocjatorzy „społeczni” szli przez wielkie podwórze Pałacu Namiestnikowskiego „jak kurczęta, zbici wokół Lecha Wałęsy” oraz że „przez ten strach i świadomość własnej słabości cofnęliśmy się w myśleniu do 1981 roku i szliśmy odzyskać tylko to, co wywalczyliśmy przed stanem wojennym”. Z drugiej strony twierdzi, że „przecież Okrągły Stół spowodował, że od 20 lat żyjemy w wolnym kraju”, tak jakby nie było wyborów 4 czerwca. „To jest zasługa Jaruzelskiego i Kiszczaka. Ich determinacji” – dopowiada, jakby społeczeństwo polskie nie odrzuciło wówczas komunizmu w swoistym referendum, jakim były wolne wybory do Senatu.

Frasyniuk twierdzi, że podczas obrad Okrągłego Stołu tylko Bronisław Geremek orientował się w politycznej grze, jaka się wówczas toczyła o przyszłość Polski, „bo ani Wałęsa tego nie rozumiał, ani ja nie rozumiałem”. Z niewiadomego powodu dezawuuje listę kandydatów Wałęsy do Sejmu kontraktowego, na której „znalazło się mało ludzi podziemia”, którzy „potrafili tylko głośno krzyczeć”. Wszystkie te niespójne wspomnienia ukoronował Frasyniuk błyskotliwą odpowiedzią na pytanie o przyczynę podjęcia rokowań Okrągłego Stołu przez komunistów: „Najprostsze, co się nasuwa, że może nie chcieli nas już rozstrzeliwać i rozjeżdżać?”. Legendy powinny zdecydowanie mniej mówić, gdyż wtedy łatwo się deprecjonują. Czyżby Władysław Frasyniuk chciał nas przekonać, że nie rozumiał tego, co się wówczas działo i co nastąpiło potem?