Pop-gnoza

Wojciech Roszkowski, historyk, publicysta poseł do Parlamentu Europejskiego

|

GN 21/2009

publikacja 23.05.2009 20:17

Przekazu ewangelicznego nie da się wytłumaczyć logicznie inaczej niż tak, jak głoszą Ewangelie.

Wojciech Roszkowski Wojciech Roszkowski

Współcześni ludzie często mylą wiedzę z wiarą. Sądzą, że wiedzą, a nawet są z tego dumni, ale naprawdę wierzą, i to w rzeczy niemądre. Chcą wiedzieć na pewno i odżegnują się od tradycyjnej wiary chrześcijańskiej, ale nie zauważają, że są gotowi dać wiarę głupstwom. Nie jest to zresztą zjawisko nowe. Już dwa tysiące lat temu chrześcijaństwo było podmywane przez gnozę – specyficzną wiarę w rozum, która była w istocie zadufaną wiarą w tajemnicze bzdury, w połączenie elementów chrześcijaństwa z numerologią, okultyzmem oraz kultami Wschodu, czyli swego rodzaju ówczesnym New Age. Obecnie gnoza wraca, między innymi w wersji pop, na przykład w serii powieści Dana Browna.

Ostatnio popis pop-gnozy można było znaleźć w niemieckim tygodniku „Der Spiegel”, którego dziennikarz usiłował dojść, „Kto stał za Jezusem”. Sam tytuł artykułu niejakiego Matthiasa Schulza sugeruje w stylistyce, którą niektórzy może pamiętają z czasów komunistycznych, że cała historia Jezusa pachnie manipulacją jakichś ukrytych sił. Schulz podkreśla, że opiera się na „najświeższych odkryciach archeologicznych”, choć nie potrafi wskazać żadnego z nich. Pisze o „źródłach”, które opisują św. Pawła jako człowieka „małej postury, o łysej głowie i krzywych nogach, który postanowił wynieść do rangi Syna Bożego pewnego politycznego przestępcę, prawomocnie skazanego i straconego w sposób przewidywany dla najniższych warstw społecznych”. Powinszować autorowi znajomości nie rzekomych najnowszych odkryć, ale w ogóle wiedzy o przedmiocie, o którym pisze.

Skąd zatem przyszedł św. Pawłowi ów niezwykły pomysł? Z tą samą „naukową pewnością” Schulz wyjaśnia: „W drodze do Damaszku, gdzie zapewne na zlecenie Świątyni miał prześladować chrześcijan, ukazał mu się w widzeniu Chrystus i spowodował jego przemianę”. Bardzo logiczne: wymyślony przez św. Pawła Syn Boży ukazał mu się w widzeniu. Więc kto z kolei stał za kim? Czy czytelnik zauważy, że Schulz sam sobie przeczy? Schulz bada dalej fenomen niezwykłego tempa rozprzestrzeniania się chrześcijaństwa w wielokulturowym społeczeństwie Imperium Rzymskiego pierwszych wieków. Opisuje, jaka bieda i ciemnota panowała wśród 90 proc. tego społeczeństwa i konkluduje: „Nie najlepsze to było podłoże do siania ewangelii miłości”.

Zaraz potem jednak Schulz dowodzi odwrotnie, że chrześcijaństwo podbijało właśnie owe najbiedniejsze kręgi społeczne, a „Jezus pojawił się niczym Robin Hood Lewantu”. Jak to możliwe? Autor podaje ważne argumenty. Po pierwsze, że wyznawcami chrześcijaństwa byli początkowo wyłącznie Żydzi (wiadomo – nowinkarze!). Po drugie, że stały za tym kobiety (kłania się ideologia wyzwolenia kobiet!). Po trzecie, że wielką rolę odegrała eksplozja demograficzna, gdyż chrześcijanie nie stosowali aborcji ani nie zabijali swych niemowląt. Po czwarte wreszcie, że nowa wiara była spoiwem społecznym cesarstwa. Tezy te, w większości znane, opatruje Schulz komentarzem, w którym twierdzi, że „odkrycia te stawiają w nowym świetle światową religię” chrześcijańską, a „Jezus ukazuje prawdziwe oblicze”. Proszę bardzo: więc nauka znowu zatriumfowała, coś udowadniając, tylko nie wiadomo co!

Dalej pojawia się jeszcze bałamutna teza, że skoro Jezusa zwano „rabbim”, to musiał być żonaty, a także dowód: cytat z gnostyckiego tekstu z Nag Hammadi, napisanego w III wieku przez wrogów chrześcijaństwa, oraz rzekome świadectwo „greckiego filozofa Kelsosa”, że matka Jezusa Maryja miała romans z legionistą. Rewelacja ta pochodzi zresztą nie od żadnego Kelsosa, lecz od arcykapłanów i kapłanów, którzy takie pogłoski rozsiewali po ukrzyżowaniu Chrystusa. Czytelnik winien już wiedzieć wszystko, poznać „prawdziwe oblicze Jezusa” oraz zrozumieć, „kto za nim stał”. Autor jednak pozostawia czytelnika w konfuzji, konkludując: „Kto wpadł na pomysł zmartwychwstania Pana i jego rychłego ponownego przyjścia – do dziś nie wiemy”. Schulz wie natomiast z pewnością, że stopniowo „rozrastająca się wspólnota zaczęła wkrótce przemawiać głosem bardziej zuchwałym i irracjonalnym”. Nie zauważył w ogóle świadectwa wiary męczenników i szybko przeszedł do konstatacji: „W III wieku n.e. ruch dorastał powoli do krucjaty”. Zapewne odbywało się to „kuchennymi drzwiami, głównie za pośrednictwem kobiet”.

Trudno o większe nagromadzenie bzdur i półprawd zmieszanych z niezachwianą pewnością, że nie mogło być tak, jak piszą Ewangeliści. Dla kogoś, kto choćby pobieżnie zna tę historię, nie ulega wątpliwości, że pan Schulz jest szarlatanem. Pozostaje jednak pytanie, ilu Niemców to zauważy, a także wątpliwość, ilu znajdzie się takich Polaków. Myślę jednak, że i u nas wiedza na omawiany temat nie jest zbyt głęboka i że wielu niedoinformowanych wierzących może dać się nabrać na chwyty kogoś w rodzaju Matthiasa Schulza. Jest on jednym z wielu rzeczników aksamitnej ateizacji, wpełzającej do umysłów niedouczonych katolików. Najciekawsze jest przy tym to, że wszelkie próby „naukowych” interpretacji rzekomo nieprawdopodobnego przekazu ewangelicznego kończą się tym samym: nie da się go wytłumaczyć logicznie inaczej niż tak, jak głoszą Ewangelie.