Chatka europejskiej historii

Wojciech Roszkowski, historyk, publicysta poseł do Parlamentu Europejskiego

|

GN 49/2008

publikacja 07.12.2008 18:05

Wygląda na to, że Dom Historii Europy będzie koślawą chatką, a nie miejscem wspólnej pamięci Europejczyków

Wojciech Roszkowski Wojciech Roszkowski

Coraz bardziej sfrustrowany czytałem słynny francusko-niemiecki podręcznik licealny do historii świata i Europy XIX i XX wieku, gdy dowiedziałem się, co szykuje grono europejskich autorytetów historycznych w programie planowanego muzeum – Domu Historii Europy w Brukseli. Często narzekamy na brak zbliżenia pamięci historycznych w krajach członkowskich Unii Europejskiej. Myślę jednak, że brak wspólnej pamięci jest może lepszy od pamięci fałszywej. Wygląda bowiem na to, że Dom Historii Europy będzie koślawą chatką, a nie miejscem wspólnej pamięci Europejczyków.

Program ułożyła dziewiątka historyków z Finlandii, Francji, Hiszpanii, Holandii, Niemiec, Polski, Węgier i Włoch. Polskę w tym zespole reprezentował prof. Włodzimierz Borodziej. Jest to program niepełny, źle sformułowany, obarczony skrzywionymi proporcjami. Wiele mówi o wspólnych korzeniach Europy, ale jego autorzy wyraźnie unikają ich wskazania. Mówią o stosunkach handlowych w obrębie Morza Śródziemnego, akcentują zainteresowanie Indiami i Chinami (czyżby tam szukać korzeni Europy?), natomiast nie mówią ani o filozofii greckiej od Talesa do Arystotelesa, ani o rzymskim prawie i organizacji, ani o chrześcijaństwie, którego uniwersalizm moralny, oparty na wierze w jednego Boga Stwórcę, stał się kamieniem węgielnym kultury europejskiej.
W
sposób zupełnie kuriozalny chrześcijaństwo pojawia się dopiero w punkcie 33. programu, gdzie mowa jest o tym, jak to „myślenie wyzwoliło się spod kontroli kościelnej”(!). Wygląda więc na to, że cywilizacja europejska powstała poprzez wyzwalanie się spod jarzma Kościoła. W następnym, 34. punkcie programu możemy wyczytać, że „religia chrześcijańska wykształciła się w wyniku połączenia tradycji żydowskiej (semickiej) i organizacji kościelnej”. Autorzy oparli się tu chyba na badaniach niejakiego Dana Browna. W dalszej części programu mamy też piękne sformułowanie o „potędze systemów klerykalnych”. Fraza ta brzmi zupełnie jak zdanie z podręcznika instruktora KC PZPR. Można być historykiem ateistycznym, ale trzeba cokolwiek wiedzieć o historii chrześcijaństwa.

Marksistowskie echa pobrzmiewają też w sformułowaniu o „klasach” w państwach europejskich. „Klasy” w odniesieniu do epoki przedkapitalistycznej to nawet nie klasyczny marksizm, lecz jego stalinowska interpretacja. Na początku epoki nowożytnej autorzy nie zauważają natomiast powstania państw narodowych. Do tego stopnia obawiają się nacjonalizmów, że w ogóle nie chcą o nich pisać, a nawet myśleć.

Rok 1917 i rewolucja bolszewicka to bardzo ważne cezury historyczne, ale dlaczego autorzy nie zauważają wybuchu I wojny światowej w 1914 r.? W podsumowaniu wojny nie ma wzmianki o powstaniu państw w Europie Środkowej i Wschodniej. Przekonanie, że problemy z mniejszościami zrodziły się dopiero w chwili powstania nowych państw w Europie Środkowej i Wschodniej, to typowe zniekształcenie historii z punktu widzenia Zachodu. Jest to kompletny fałsz. Państwem wieloetnicznym były nie tylko Prusy (Niemcy), Austro-Węgry i Rosja, ale także w specyficzny sposób – Wielka Brytania. I wszystkie one miały problemy z mniejszościami narodowymi

W okresie międzywojennym autorzy programu zauważają głównie ekstremizmy faszystowskie, nie zauważają zaś polaryzacji opinii, w której równie groźny był ekstremizm lewicowy, czyli komunizm. Na przykład wedle programu, początkiem wojny domowej w Hiszpanii była akcja gen. Franco, a nie okrucieństwa i chaos Republiki. W programie razi też nieporadność językowa, będąca być może dziełem tłumaczy. Za przykład niech posłuży zdanie: „Wywołanie drugiej wojny światowej udało się Hitlerowi dopiero po zawarciu w dniu 23 sierpnia 1939 r. paktu o nieagresji niemiecko-radzieckiej z radzieckim dyktatorem i śmiertelnym wrogiem ideologicznym Józefem Stalinem”. Nie ma tu ani słowa o tajnym protokole dodatkowym do tego paktu. Brakuje też wzmianki o sojuszach Polski z Francją i Wielką Brytanią, bo niby dlaczego miały one, jak zauważają autorzy, wypowiedzieć wojnę Hitlerowi?

Traumatycznym przeżyciem (dziwne sformułowanie, tak jakby wszyscy przeżyli to doświadczenie!) była w latach II wojny światowej nie tylko okupacja niemiecka, ale także sowiecka. Po wojnie celem ZSRR nie było po prostu „utworzenie pierścienia państw buforowych”, bo tak czyni wiele państw, ale dogłębna sowietyzacja tych państw poprzez terror i propagandę, a także rozprzestrzenianie rewolucji komunistycznej. Czy w muzeum znajdzie się wzmianka o zachodnich partiach komunistycznych, które żądały od swych członków poparcia ZSRR, nawet gdyby zaatakował on ich własne państwa? Raczej wątpię.

W programie słabo zaznaczona jest rola „Solidarności” w podkopaniu podziału Europy, a zupełnie brakuje wzmianki o polskim Okrągłym Stole i wyborach z 4 czerwca 1989 roku. To tam przecież zapoczątkowano zmiany systemowe. To przez te wydarzenia mógł upaść mur berliński, który ma stać się symbolem końca podziału Europy. W sumie prezentowany obecnie program Domu Historii Europy jest bardzo słaby. Zawiera wiele fałszywych interpretacji i przemilczeń. Jeśli powstanie w Brukseli w proponowanym kształcie, stanie się niewątpliwie miejscem wielu demonstracji protestacyjnych. Nie wiem, czy o to chodzi autorom i jak się do tego programu ustosunkowuje polski współautor, prof. Borodziej...