Polędwica z kością

Wojciech Wencel, poeata, publicysta, redaktor "Frondy"

|

GN 34/2007

publikacja 27.08.2007 13:20

"Czy jesteś gotowa odsłonić pośladki?"

Wojciech Wencel Wojciech Wencel

Kończy się lato, a razem z nim rodzinny wypoczynek w Kudowie Zdroju. Zajadając wspó- lnie z żoną lody truskawkowe przy kawiarnianym stoliku, patrzę, jak nasze dzieci rywalizują z miejscowymi staruszkami o prawo gry w uliczne szachy. Kiedy siwi panowie kończą kolejną partyjkę, na ułożoną z płyt chodnikowych szachownicę wpadają dwaj barbarzyńcy i starają się przesuwać większe od siebie figury. Ale dziadkowie są czujni i natychmiast przeganiają chłopców ze swojego królestwa. Bardzo słusznie. Niech się pokolenie Cartoon Network nauczy szacunku dla starszych.

Tymczasem przy sąsiednim stoliku sadowi się intrygująca para. Oboje są w wieku małżeńskim, ale najwidoczniej nie dali jeszcze na zapowiedzi, bo ona ma na sobie T-shirt z napisem: „My boyfriend is out of town”. Skoro jej chłopak jest poza miastem, to znaczy, że gość, z którym przyszła, to tylko kolega z pracy. – Biedna – myślę sobie. – Musi tęsknić za swoim ukochanym, zwłaszcza że piękna pogoda zachęca do odbywania długich spacerów. My w każdym razie zamierzamy skorzystać z tej możliwości. Podnosimy się z krzeseł, zwijamy dzieciaki z szachownicy i w najbliższym supermarkecie kupujemy napoje na drogę. Ekspedientka ma na sobie T-shirt z hasłem: „My boyfriend thinks I’m studying”. Coraz mniej z tego rozumiem. Widzę, że dziewczyna nie studiuje, tylko sprzedaje w sklepie, ale dlaczego wstydzi się o tym powiedzieć swojemu chłopakowi?

Olśnienie przychodzi godzinę później podczas spaceru do Kaplicy Czaszek. W parku mijamy nastolatkę w T-shircie z napisem: „I’m a virgin (but this is an old shirt)”, czyli „Jestem dziewicą (ale to jest stara koszulka)”. Ahaaa! Więc wszystkie te teksty na bawełnie były tylko erotycznymi wabikami! Chodziło o przyciągnięcie potencjalnego kochanka! A ja, głupi, brałem je poważnie! Chyba już czas dołączyć do staruszków na szachownicy, zamiast zajmować się popkulturą. Mnie tak łatwo nie przegonią.

Paryż–Dakar
„Miesiąc seksu na żądanie”; „Jak być cooltową tego lata”; „Czy jesteś gotowa odsłonić pośladki?”… Tytuły na okładkach pism dla kobiet, pobieżnie zlustrowane w witrynie kiosku, potwierdzają, że latem periodyki te zajmują się wyłącznie seksem. Podobnie jest zresztą wiosną, jesienią i zimą. Ciało to widocznie jedyny kapitał pań zaliczających się do klasy średniej, a rozmyślanie o nim – ich ulubione zajęcie.

Nawet książki recenzowane w co bardziej snobistycznych damskich pismach z reguły dotyczą sfery fizycznej i emocjonalnej, zachowując – by tak rzec – dziewictwo intelektualne. W swoim czasie estymą cieszyło się tam np. polskie wydanie książki Natalie Angier, publicystki „New York Timesa” i laureatki Nagrody Pulitzera (Pulitzer też była kobietą), zatytułowane „Kobieta. Geografia intymna”. „Wydolna seksualnie kobieta może przeżywać pięćdziesiąt do stu orgazmów na godzinę, a mężczyzna ma się za wielkiego koguta, gdy uda mu się szczytować trzy lub czterokrotnie w ciągu nocy” – perswadowała autorka, dla której miłość to prawdopodobnie coś w rodzaju rajdu Paryż–Dakar albo innej szkoły przetrwania.

Sklepy mięsne
Zjawisko epatowania cielesnością można by oczywiście sprowadzić do kwestii smaku i prywatnej hierarchii wartości, gdyby nie fakt, że zajmuje ono w naszej kulturze coraz więcej miejsca. Wszyscy, bez względu na płeć, uczestniczymy w wielkim targowisku próżności, które trwa w mediach, głównie elektronicznych. Żaden normalny mężczyzna nie podejmuje jednak tego dyskursu tak chętnie, jak tzw. wyzwolone kobiety. Nastolatki prowokują ordynarnymi tekstami na czatach i gadu-gadu. Mężatki przebierają się w erotyczne T-shirty i robią sobie tatuaże na wszystkich częściach ciała, upodabniając się do opieczętowanej wieprzowiny w peerelowskich sklepach mięsnych. Nawet wykształcone ponoć adeptki gender studies nieustannie nawijają o jakimś orgazmie czy organizmie – mniejsza o to.

Cielesność i seks stały się w naszych czasach specyficznym, kobiecym fetyszem. Pani Angier twierdzi wprawdzie, że i „faceci” stale myślą tylko o jednym, ale z perspektywy przeciętnego mężczyzny trudno traktować to rozpoznanie serio.

Lody na patyku
W książce „Kobieta. Geografia intymna” czytamy: „Przyjmuje się powszechnie, iż mężczyźni dość dobrze wiedzą, jak duże są ich penisy. Jeszcze jako chłopcy często porównują bezpośrednio ich długość. Kiedy dorosną, (…) spacerują po sportowej szatni, gdzie regułą są ręczniki zarzucone na ramię, nie zaś owinięte wokół talii”.

Nie wiem, w jakich środowiskach przebywała autorka, ale założę się, że swoją wiedzę o płci przeciwnej zaczerpnęła z popularnego przed laty (rozprowadzanego wśród nowobogackiej młodzieży na kasetach wideo) filmu „Lody na patyku”. Teza, jakoby mężczyźni celebrowali swoje narządy płciowe, sprawdza się bowiem być może w przypadku homoseksualistów i analfabetów, ale spośród pozostałych „facetów” tylko wokalista discopolowego zespołu Bayer Full wyznał kiedyś przed kamerami, że dla niego o męskości decyduje to, co – cytuję z pamięci – „chłop nosi między nogami”. Czcicielkom własnego pępka pragnę jednak zwrócić uwagę, że w odróżnieniu od nich użył eufemizmu.

Choć osobiście przepadam za kobietami, nie sądzę, by ich jedyną zaletą było mięso, do którego pragną sprowadzić swoje jestestwo. Kiedy obserwuję, jak wrażliwa, inteligentna – wydawałoby się – dziewczyna za wszelką cenę stara się uczynić z siebie pięćdziesiąt kilo polędwicy z kością, zaczynam rozważać przejście na wegetarianizm. Radzę wziąć to pod uwagę tym przedstawicielkom płci pięknej, które mimo wszystko chciałyby kiedyś wyjść za mąż. Ja jestem już wprawdzie zajęty, ale obawiam się, że większość młodszych kolegów podziela moje zdanie.