Pożar stulecia

Przemysław Kucharczak

|

GN 34/2007

publikacja 22.08.2007 16:23

Płonące szyszki wystrzeliwały z pożaru na odległość dwustu metrów. I zapalały nowe połacie lasu, za plecami zszokowanych rozmiarami katastrofy strażaków. 26 sierpnia mija 15. rocznica największego pożaru w Europie po II wojnie światowej.

Pożar stulecia Tam, gdzie zginęli dwaj strażacy, zaraz po pożarze ustawiono krzyż, pod którym złożono część strażackiego sprzętu. ze zbiorów Państwowej Straży Pożarnej w Rudach

Doszło do tego wczesnym popołudniem 26 sierpnia 1992 roku. Z nieba wciąż lał się żar, temperatura dochodziła do 38 stopni Celsjusza w cieniu. Na ogromny las między województwami katowickim i opolskim już od maja nie spadła ani kropla deszczu. Ściółka leśna miała zaledwie 8–10 procent wilgotności. I właśnie podczas tej ekstremalnej suszy na wysuszoną trawę przy torach posypały się iskry z hamującego pociągu. W dodatku na całej długości hamowania. Już w chwili powstania pożar miał trzysta metrów szerokości. Płomienie z przerażającą łatwością wspięły się na korony sosen, przeskoczyły nad ulicą i rozszalały się w ogromnym borze. A potem, dwie godziny po wybuchu pożaru, doszło do tragedii.

Jeden huk, jeden syk
Druh Andrzej Malinowski, ochotniczy strażak z pobliskiej wsi Kłodnica, wjechał z konwojem wozów strażackich w leśną przecinkę. Ochotnicy spotkali tu zawodowych strażaków z Raciborza. W sumie pięć wozów i dwudziestu chłopa. Rozciągnęli węże, włączyli motopompy, trysnęła woda. I wtedy nagle... wiatr zmienił kierunek. Wysoka jak wieżowiec ściana ognia błyskawicznie zakręciła w lewo i runęła wprost na dwudziestu nieszczęsnych strażaków. Strażackie samochody spłonęły jak zapałki. Mężczyźni rzucili się do szalonego biegu przez las. Ale tylko osiemnastu dotarło w bezpieczne miejsce. Gdzie pozostałych dwóch?
Wkrótce w to miejsce przebiła się następna grupa strażaków. Utorowali sobie drogę armatkami wodnymi.

Ciało dowódcy zmiany z raciborskiej straży, Andrzeja Kaczyny, znaleźli we wraku wozu strażackiego. Być może strażak liczył, że w szoferce przetrwa uderzenie ognia. Kilkanaście metrów dalej, między sczerniałymi kikutami drzew, leżało ciało druha Andrzeja Malinowskiego. Obaj polegli strażacy byli żonaci. Ochotnik Malinowski osierocił troje dzieci. – Uciekał w złą stronę? – pytam dzisiaj Gerarda Wranika, dowódcę Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej PSP w Raciborzu. Strażak kręci głową. – A był pan kiedyś w lesie w czasie pożaru? Dym dookoła jest taki, że trudno poznać, gdzie trzeba uciekać – mówi.

W czasie tamtej akcji Gerard Wranik też kilka razy był w sytuacjach, w których życie jego i kolegów wisiało na włosku. – Wiatr robił wtedy, co chciał. Na przykład gasimy, gasimy, a tu nagle ogień skręca i wszystko idzie prosto na nas. Jeden huk, jeden syk. I ta ściana ognia nad nami. Zazwyczaj tego nie wspominam, żeby żony nie stresować – mówi. – I co wtedy? – Krzyczymy, rzucamy węże, biegiem do auta i gnamy wozami przez las. W takiej chwili nie ma innej opcji. I jedziemy w ciemno, bo w tym dymie widoczność wynosi kilka metrów, a chwilami zero. Nie wiemy, czy ogień jest przed, czy za nami. Albo czy zaraz nie uderzymy w zwalone drzewo. I ta odpowiedzialność, bo prowadzę dziewięć wozów, które gnają tuż za mną – wspomina. – Na piechotę nie dalibyście rady uciec? – W przynajmniej jednym przypadku piechotą nie mielibyśmy szans – mówi.

Eksplodują niewybuchy
Na amatorskich filmach z 1992 roku widać, jak pożar trawiący leśną ściółkę podchodzi pod świerki. Rozłożyste gałęzie tych drzew sięgają aż do ziemi. I nagle, w ciągu zaledwie dwóch sekund, świerki te zamieniają się w gigantyczne pochodnie. Po gałęziach świerków ogień przenosi się w jednej chwili aż dziesięć metrów wyżej, w korony sosen. Igliwie tych drzew zawiera olejki eteryczne, które w wysokiej temperaturze zadziałały jak mieszaniny wybuchowe. Znad Rybnika i Gliwic nadlatywały z wodą gaśnicze samoloty, dromadery, ale ogień szalał nadal. W rejon pożaru przyleciało 27 dromaderów i 4 helikoptery. Z całej Polski przyjechało 4700 strażaków, żołnierze, policjanci.

Grozę wśród gaszących potęgowały wybuchy i fruwające wokół odłamki pocisków. To eksplodowały zagrzebane w ściółce niewybuchy z czasów wojny. Niestety, w tych strasznych chwilach pojawili się też podpalacze, którzy podkładali ogień w innych częściach lasu. Ogień objął 9 tysięcy hektarów boru. Spłonęła nawet cała próchnica w ziemi. Piszący te słowa mieszka 20 kilometrów od Kuźni Raciborskiej. Jeszcze pamiętam docierający na tę odległość zapach spalenizny. Kłęby dymu połyskiwały na nocnym niebie krwistą poświatą, bo oświetlały je z dołu płomienie.

Ogień skacze przez pole
Wiktor Jelocha, inżynier nadzoru w Nadleśnictwie Rudy, w czasie tamtego pożaru pracował dniami i nocami. Którejś nocy jeden z kolegów leśników rozpłakał się. – Myślę: „Janusz, ty udajesz?”. Ale krótko potem miałem okazję popatrzeć na płonący las z daleka, z wysokiego wzgórza. I wtedy sam się rozpłakałem – mówi spokojnie Wiktor Jelocha. Ale na jego rękach, położonych na kierownicy samochodu, nagle pojawia się gęsia skórka. – Wstyd mi było przed rodziną, kryłem się po kątach z tym płaczem. Ale leśnicy są niezwykle zżyci z lasem. To była dla nas taka tragedia, jak często dla młodego lekarza śmierć pierwszego pacjenta – mówi.

Czwartego dnia pożar dokonał zadziwiającego wyczynu. Zbliżył się do północnej krawędzi lasu, między wsiami Goszyce i Kotlarnia. Biegnie tu droga, płynie rzeczka, są uprawne pola. Dopiero za nimi rosną drzewa następnego wielkiego kompleksu leśnego. To dystans od dwustu metrów do pół kilometra. – No, wreszcie ogień się zatrzyma! – mówili z ulgą okoliczni mieszkańcy. Nie przypuszczali, na jak wielką odległość wystrzeliwują z pożaru szyszki... Przeleciały i nad rzeczką, i nad polem. W ciągu paru chwil płomienie rozlały się w drugiej części sosnowego boru.Nad południem Polski zawisła wtedy groźba największej katastrofy ekologicznej w historii Europy. A to dlatego, że na skraju tej części lasu stoją potężne zbiorniki z chemikaliami kędzierzyńskich „Azotów”.

Ogień na szczęście tam nie dotarł. W kilku wsiach strażacy zatrzymali go dosłownie na linii płotów.
W środku lasu stoi drewniana zabytkowa kaplica świętej Magdaleny. To piękne miejsce, zwane Magdalenką. – Był tam z kompanią kolega Edward Deberny z Jastrzębia. Kiedy zbliżał się ogień, oblali tylko kaplicę pianą i uciekli – wspomina strażak Gerard Wranik. – Jak pożar przeszedł, wracają, patrzą: a tu naokoło wszystko wypalone, tylko kaplica stoi cała. I kilka drzew naokoło niej. Uznaliśmy to za cud – wspomina. W końcu, szóstego dnia, nadciągnęły chmury i zaczął padać deszcz. Nie był intensywny, jednak pomógł strażakom zdusić płomienie. – A potem przez cały miesiąc trwało dogaszanie – mówi Gerard Wranik. Rozżarzone pożarzysko ugasiła dopiero solidna ulewa w 26. dniu akcji.

Szwedzki stół wilków
Przez najbliższy rok pogorzelisko wyglądało upiornie. – Hulały po nim trąby powietrzne, wysokie na sto i dwieście metrów – wspomina Wiktor Jelocha. Wiatr porywał w przestworza tumany popiołu.
Nie wszystkie zwierzęta zginęły w płomieniach. Większość zdążyła uciec. I wkrótce stada jeleni i saren wróciły do tego umarłego lasu. – Najbardziej przygnębiająca była jednak absolutna cisza na pogorzelisku. Nie było słychać żadnego ptaka – mówi Jelocha. Ciszę przerywał tylko warkot pił. To drwale wycinali opalone drzewa, żeby zdążyć, nim rzucą się na nie szkodniki.

Pierwszy promyk nadziei w szarym, bezkresnym królestwie popiołu pojawił się następnego lata. Na pogorzelisku zakiełkowały... miliony maleńkich brzóz i sosen. – Szyszki i nasiona brzóz spadały tuż po pożarze w gorący popiół. Mimo to zakiełkowały – mówi Wiktor Jelocha. Leśnicy sadzili więc las tylko tam, gdzie akurat nic nie kiełkowało. Posadzili około 25 milionów sztuk drzew i krzewów. – Planowaliśmy, że będziemy odbudowywać ten las przez 15 lat. Według planów, dopiero teraz byśmy tę robotę kończyli. A tu w 1998 roku nagle się okazało, że mamy już cały las posadzony – śmieje się.

Kolejny zastrzyk nadziei przyszedł wiosną 1994 roku. – Pojawiły się tu skowronki. Było ich mnóstwo, całe setki. A skowronki to ptaki żyjące na otwartych przestrzeniach, a nie w lasach. Dzisiaj znowu ich tu nie ma. Przybyły za to i założyły gniazda orły bieliki, żurawie, mamy dużo rzadkich gdzie indziej lelków kozodojów, ptaków o ciekawych wielkich oczach, które wieczorami świecą się w świetle reflektorów samochodu – mówi Wiktor Jelocha.

Dzisiaj najstarsze brzozy i modrzewie na pożarzysku mają już po siedem i osiem metrów wysokości. Pożarzysko to morze świeżej, soczystej zieleni. – Czasem zabieramy na pożarzysko gości, wozimy ich po nim już od dziesięciu minut, a oni nagle pytają: „No to kiedy dojedziemy na to pożarzysko?” – śmieje się Robert Pabian, zastępca nadleśniczego z Rud Raciborskich.

Wysoko, ponad kilkunastoletnie drzewa, na pożarzysku wystają jednak pojedyncze stare dęby. Do dziś widać ich opaloną korę. – One powoli umierają. Ale będą jeszcze umierać przez kolejne dwadzieścia lat, albo i dłużej – mówi Wiktor Jelocha. – Na szczytach tych starych drzew czatują myszołowy i inne drapieżniki. Więc też dzięki dębom uniknęliśmy po pożarze plagi myszy – dodaje.

Pan Wiktor przez trzy godziny woził nas po pożarzysku. Po drodze widzieliśmy zające, daniele, sarny i jelenie, które po deszczu wyszły z zarośli. To las pełen życia. Pojawiają się w nim nawet wilki. Nie są bezpieczne, bo zbyt wielu myśliwych nienawidzi ich za stwarzanie konkurencji. Też są jednak przyrodzie potrzebne. – Jeleniowatych mamy tu bardzo dużo, wręcz za dużo. Wilki mają tutaj szwedzki stół – wyjaśnia Jelocha.

Pożar pomaga ściółce
Przed pożarem rosły tu prawie same sosny. Tymczasem las bardziej urozmaicony jest zdrowszy. Dlatego między rosnące już sosny, brzozy i modrzewie leśnicy dosadzają dziś powoli buki, dęby, lipy. To długo potrwa, bo te gatunki wolą rosnąć w cieniu większych drzew. Leśnicy zbudowali też w środku lasu pas startowy dla samolotów gaśniczych, zbiorniki przeciwpożarowe pełne wody, wieże obserwacyjne. Pocięli las pasami bez drzew, szerokimi na dwieście metrów. Jednak gdyby powtórzyła się podobna susza jak w 1992 roku, pożar mógłby znów być katastrofą. Dlaczego? Bo w iglastych młodnikach pożary zwykle szaleją najbardziej. Bezpieczniej będzie dopiero za kilkadziesiąt lat, gdy gałęzie tych drzew znajdą się wysoko nad ziemią.

Przed 40 laty Jelocha jeździł do tego lasu ze swoją babcią na jagody. Jednak już 20 lat temu, kiedy zaczął tutaj pracować, po jagodach nie było śladu. Ani po innych roślinach ściółki leśnej. Okazały się zbyt wrażliwe na zanieczyszczenie powietrza. Wyparła je trawa zwana trzcinnikiem. – Ta trawa z poprzednich sezonów nie rozkładała się, tylko tworzyła na ziemi coraz grubsze odkłady. Inne rośliny nie umiały się przez tę warstwę przebić – wspominają leśnicy.

Pożar wypalił jednak złogi trzcinnika do cna. – I dzięki temu w naszym lesie odnowiło się normalne, urozmaicone leśne runo! A trzcinnik już nie jest tak ekspansywny, bo dzisiaj przemysł o wiele mniej truje niż 20 lat temu – cieszy się pan Wiktor. – Pod tym jednym względem pożar pomógł lasowi. Dzisiaj baza pokarmowa dla zwierząt jest tu o wiele bogatsza niż przed pożarem – mówi.