Światło w Birkenau

Barbara Gruszka-Zych

|

GN 33/2007

publikacja 16.08.2007 14:48

Hildegard Schmitz z Niemiec po pierwszym pobycie w muzeum KL Auschwitz-Birkenau z przejęcia rozchorowała się. Zaczęły jej się śnić kominy krematorium. Dopiero za drugim razem przyszło wewnętrzne uspokojenie.

Światło w Birkenau Na słynnych torach prowadzących do obozu siedzą: (od lewej) ks. H. Romanik, E. Müller, ks. Hoeckelsberger, I. Wester, H. Schmitz, M. Stefan, W. Grainer i J. Borowska. HENRYK PRZONDZIONO

W tym roku przyjechała tu po raz szósty z 32-osobową grupą ze Stowarzyszenia im. Edyty Stein z Bad Bergzabern, miasta, gdzie święta postanowiła zostać katoliczką. Na rekolekcjach, organizowanych przez ks. Manfreda Deselaersa, Niemca z Duesseldorfu – szefa programowego Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu – co roku, w środku wakacji, spotykają się ludzie z różnych krajów. W tym roku – z Niemiec, Polski, Ukrainy. – Szukamy nadziei, nie chcemy, żeby Auschwitz został przedłużeniem siły zła. Dziś ludzie mogą tu leczyć swoje rany – mówi ksiądz. – A jakie są rany Niemców? – pytam. – Poczucie winy – odpowiada. – Ci, co tu przyjeżdżają, są niewinni, często podczas wojny byli dziećmi. Chcą być inni.

Wojna z kłótni
Najzwyklejsza kłótnia może być wstępem do wielkiej wojny – uważa Joanna Borowska, absolwentka ASP w Krakowie, studentka filozofii. – W życiu obozowym kawałek chleba decydował o czyimś „być albo nie być” – mówi. – Dlatego nie powinno się bagatelizować szczegółów. Joanna przyjechała tu po raz kolejny, w tym roku ze względu na Edytę Stein, patronkę rekolekcji. – Do świętości zawsze prowadzi trudna droga. Edyta musiała mieć ciężki charakter, pewnie zrażała rodzinę nonszalancją wobec judaizmu – opowiada. Uśmiecha się, kiedy ks. Henryk Romanik, który przyjechał tu ze swoją książką o „Przewodniczce po Europie”, mówi: – To kobieta mojego życia. Jej piękne, żydowskie oczy patrzą na mnie z obrazka w brewiarzu przez prawie 30 lat. Ksiądz przyjechał tu po raz pierwszy, bo dotąd bał się swoich emocji. Joanna poprzez odwiedziny tego miejsca uczy się dystansu wobec własnego życia: – Patrzę na nie z perspektywy tych, którzy tu umierali – mówi. A podczas spotkań z Niemcami i Ukraińcami odnajduje klimat opowieści dziadka Eugeniusza, pochodzącego spod Lwowa: – Jego sąsiadami byli Ukraińcy, Żydzi, katolicy, prawosławni. Mam poczucie, że wracam do jego przeszłości.

Ofiary i kaci
Wiktorię Grainer, studentkę Kolegium Języka Niemieckiego w Warszawie, przejęły słowa bp. z Kolonii Manfreda Melzera, że oprócz Boga miłosiernego jest też Sędzia sprawiedliwy, który ukaże sprawców mordu w Auschwitz-Birkenau. Oni przyjechali tu nie osądzać, ale szukać przebaczenia. – Wyobrażenie, że Niemcy są źli, jest krzywdzące, ci ludzie też cierpieli – głośno myśli Joanna Borowska. – Dla pokolenia rodziców tych, którzy tu przyjechali, wojna była tematem tabu. Dopiero 50-, 60-latkowie zdecydowali się o niej mówić. Hildegard Schmitz z Bad Bergzabern urodziła się w 1950. – W mojej rodzinie były ofiary i kaci – zwierza się. Jej dziadek Karl Kirchhof za swoje antynazistowskie poglądy został rozstrzelany przez gestapo w noc sylwestrową 1941 r. Natomiast wujek – Karl Anton Wieland, brat matki, niemiecki esesman, brał udział w oblężeniu Stalingradu, a zginął pod Monte Cassino. – Czuję bliskość z dziadkiem, ale i z wujkiem, bo przecież i on był człowiekiem – mówi. – Modlę się – to tak jakbym wyznawała im miłość. Tylko ona pozwala to ogarnąć.

Milczenie Agnes
Erdmuthe Muller, też powojenny rocznik ’48, wychowała się na lekturach Else Ury – niemieckiej Żydówki, straconej w Auschwitz. – Nikt tak pięknie nie pisał po niemiecku. Niemcy stracili kogoś, kto ukochał ich ojczyznę, dlatego że był Żydem – nie może się z tym pogodzić. Jej ojciec, Friedrich, podczas wojny stacjonował z wojskiem niemieckim we Francji. – Nie mówił nic złego o tamtych latach. Matka milczała. Erdmuthe, tak jak jej matka Agnes, została pielęgniarką w Czerwonym Krzyżu. Agnes podczas wojny razem z niemieckim wojskiem przywędrowała aż do Charkowa. Zapamiętała krakowskie getto, wagony jadące w stronę Oświęcimia. – Na Ukrainie działały bojówki partyzantów – opowiada Erdmuthe. – Żołnierze niemieccy sadzali na tory ukraińskie kobiety, żeby w ten sposób zabezpieczyć je przed wysadzeniem. Moja matka nie umiała im pomóc, czuła się bezradna i zagubiona. W 1989 r., kiedy razem z córką zwiedzały w Murmańsku muzeum okupacji, matka o mało nie zemdlała. – Musieli przynieść jej krzesło, kiedy zobaczyła na zdjęciach tamte ukraińskie kobiety – mówi. – Wtedy zrozumiała, że najważniejszy jest spokój sumienia. I że trzeba odzyskiwać go co dzień.

Pokuta i pojednanie
Stoimy przed bramą obozu Birkenau. Siwowłosa Ingrid Wester, też z Bad Bergzabern, opowiada, że tu dokonywał zabójczych eksperymentów medycznych jej wuj – Johann Kremer, profesor patologii. – Przyjeżdżam do Auschwitz-Birkenau nie tylko po to, żeby pokutować za grzechy rodziny – mówi. – Modlę się, by przezwyciężyć tamto zło, które może nadal dzielić, utrudniać pojednanie.

Magdalena Stefan od 1992 r. mieszka w Niemczech. Dziś ma podwójne obywatelstwo. – Najważniejszy jest dla mnie człowiek, obojętnie jakiej narodowości – wyjaśnia. – I dlatego mogę mieszkać w Niemczech. Joanna Borowska na swoich obrazach, które wiszą w Centrum, przedstawiła dłonie dotykające światła. – Nie wiadomo, czy ono samo przychodzi, czy to skutek naszych pragnień, żeby nadeszło. Światło jest jej malarską metaforą łaski. Tory kolejowe, na których na chwilę przysiedli moi rozmówcy, błyszczą w pełnym słońcu. Jego światło spływa na nich z góry niepohamowanie.