Biegun rosyjski

Tomasz Rożek

|

GN 33/2007

publikacja 16.08.2007 14:41

Rosjanie ogłosili, że zajęli biegun północny i Morze Arktyczne. Po co im taka góra lodu? Z pewnością nie o lód tu chodzi.

Biegun rosyjski Rosyjska miniaturowa łódź podwodna umieszcza na dnie morza pod biegunem północnym rosyjską flagę. east news/AFP PHOTO/NTV

Kilkanaście dni temu dwa rosyjskie batyskafy z kilkoma członkami załogi osiadły na dnie Morza Arktycznego, na głębokości ponad 4 tys. metrów. Operacja była planowana od wielu miesięcy. Schodzenie batyskafów pod wodę nawet częściowo przećwiczono. W ekspedycji udział brał atomowy lodołamacz „Rossija” i statek badawczy „Akademik Fiodorow”. Po kilku godzinach opadania Mir 1 i Mir 2 – bo tak nazywały się batyskafy – znalazły się na dnie, gdzie pobrały próbki gruntu, flory i fauny. Mir 1 zanurzył się na głębokość 4261 metrów, a Mir 2 na głębokość 4302 metrów.

Podwodne bogactwa
Próżno szukać szczegółowych relacji z wyprawy. Wiadomo, że trwała około 9 godzin i że w jej trakcie do pasażerów dwóch batyskafów dotarły gratulacje z orbity. Po rosyjsku, ma się rozumieć. W oficjalnej depeszy poinformowano, że dno Morza Arktycznego na głębokości ponad 4 kilometrów ma żółty kolor. Jeden z batyskafów pozostawił na dnie wykonaną z kawałka tytanowej blachy rosyjską flagę i kapsułę z przesłaniem dla przyszłych pokoleń. Rosjanie wzywają w nim, by ludzkość oszczędzała ziemską przyrodę. Wezwanie napisano oczywiście tylko po rosyjsku. Rosjanie zachowują się tak, jak gdyby Morze Arktyczne i biegun należały do nich.

W całej historii wcale nie chodzi o ponad milion kilometrów kwadratowych Morza Arktycznego z całkiem sporym kawałkiem bieguna północnego. To co prawda ponad trzy razy więcej niż obszar Polski, ale z drugiej strony tylko trochę ponad 5 proc. powierzchni Rosji. W historii (i histerii) z przejęciem bieguna najważniejsze są pieniądze. Pieniądze, jakie Rosjanie chcą zarobić na wydobyciu ropy, gazu, diamentów, niklu i platyny.
Różne szacunki mówią, że pod północnymi lodami znajdować się może nawet trzecia część nieeksploatowanych jeszcze światowych złóż ropy naftowej. Nie tak prosto do nich jednak się dostać. Po pierwsze dlatego, że teren jest skuty miejscami wielometrową warstwą lodu, a to w praktyce uniemożliwia wydobycie. Po drugie dlatego, że Arktyka jest bezpaństwowa. Biegun północny i Morze Arktyczne nie należą do żadnego państwa, a więc nikt nie może wydobywać stamtąd bogactw naturalnych.

Różne szacunki mówią, że pod północnymi lodami znajdować się może nawet trzecia część nieeksploatowanych jeszcze światowych złóż ropy naftowej. Nie tak prosto do nich jednak się dostać. Po pierwsze dlatego, że teren jest skuty miejscami wielometrową warstwą lodu, a to w praktyce uniemożliwia wydobycie. Po drugie dlatego, że Arktyka jest bezpaństwowa. Biegun północny i Morze Arktyczne nie należą do żadnego państwa, a więc nikt nie może wydobywać stamtąd bogactw naturalnych.

Zrezygnować? Nigdy!
W opinii specjalistów jednym z efektów zmian klimatycznych na Ziemi będzie zmniejszająca się grubość pokrywy lodowej na biegunach. Jeżeli badacze mają rację, z czasem wydobycie surowców powinno być coraz prostsze. Pozostaje jednak problem poważniejszy. Rosjanie nie mogą przywłaszczyć sobie ropy czy diamentów z terenów, które znajdują się na obszarze bezpaństwowym. Na oszustwo czy kradzież też nie ma szans. Bogactwa ukryte pod dnem Morza Arktycznego są zbyt cenne, by społeczność międzynarodowa biernie przyglądała się czerpaniu przez Moskwę nieuprawnionych zysków. Rosjanie o tym wiedzą. Nie mają zamiaru podkradać czyichś bogactw. Nie mają też zamiaru udawać, że nic o międzynarodowym status quo nie wiedzieli. Postanowili więc udowodnić, że… biegun północny należy do nich. No może nie w całości, ale w dosyć sporej części.

Jeżeli Rosja udowodni, że Arktyka jest przedłużeniem jej terytorium kontynentalnego, ONZ będzie musiała uznać, że biegun jest rosyjski. Wtedy olbrzymie Morze Arktyczne też przypadnie Rosji, bo będzie akwenem wewnętrznym. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Strategia jest taka, by naukowo wykazać, że Arktyka i Eurazja są „jednym kawałkiem”, tylko miejscowo zalanym Morzem Arktycznym. Jak tego dokonać? Wspomniany akwen między Rosją a biegunem jest bardzo głęboki. Po to, by przedstawić wspólnocie międzynarodowej jakiekolwiek dowody geologiczne, konieczne jest zbadanie jego dna. Temu właśnie miała służyć wyprawa rosyjskich batyskafów. Rosja chce udowodnić, że jeden z szelfów, tzw. Grzbiet Łomonosowa, jest częścią kontynentu od strony Rosji, a konkretnie Wysp Nowosyberyjskich. Szelf to przedłużenie kontynentu, ale znajdujące się pod wodą. Morze (ocean), który szelf przykrywa, nazywany jest morzem szelfowym. Z definicji wynika jednak, że szelf sięga do głębokości kilkuset metrów poniżej poziomu wody, tymczasem Grzbiet Łomonosowa znajduje się kilka tysięcy metrów pod wodą.

Nasze głębiny!
Wyniki badań dwóch batyskafów nie są jeszcze znane, ale nietrudno się domyślić, jaki będzie ich rezultat. W Rosji od wielu tygodni sprawa „lądowania” na dnie Morza Arktycznego nie schodzi z czołówek. Słowo „lądowanie” jest tutaj jak najbardziej uzasadnione. Rosjanie wyprawę porównują do lądowania człowieka na Księżycu. Choć sporo w tym przesady, to trzeba przyznać, że, z racji ekstremalnie wysokiego ciśnienia, osiadanie na dnie oceanu ponad 4 kilometry poniżej jego powierzchni jest nie lada wyczynem.

Wydarzenie z propagandowego punktu widzenia jest wykorzystywane do granic możliwości. Ze znajdującymi się pod wodą ludźmi (w dwóch batyskafach zasiedli naukowcy i politycy) rozmawiali podobno rosyjscy astronauci, okrążający Ziemię na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Przekaz jest jednoznaczny. Do nas należą przestworza, do nas należą głębiny. Najbardziej politycznym gestem było jednak umieszczenie przez jeden z batyskafów na dnie, tuż przy brzegu bieguna, rosyjskiej flagi narodowej. W przeszłości w taki właśnie sposób mocarstwa wchodziły w posiadanie nowych, bezpaństwowych w ówczesnym rozumieniu, ziem. Umieszczenie flagi na ziemi niczyjej oznaczało włączenie jej do swoich terytoriów.

Dowód naukowy
Oficjalnie wyprawa nie ma nic wspólnego ze zdobywaniem nowych terytoriów. Zorganizował ją badawczy Instytut Arktyki i Antarktyki z Petersburga z okazji ogłoszonego przez ONZ Międzynarodowego Roku Polarnego. Jej szefem jest Artur Czilingarow, naukowiec i podróżnik, badacz Arktyki, oraz… wiceprzewodniczący Dumy – rosyjskiego parlamentu. Pytani o intencje, zaangażowani w projekt naukowcy opowiadają długo o niezbadanej florze i faunie podbiegunowych głębin, a dopiero na samym końcu, mimochodem, wspominają o chęci sprawdzenia, jak daleko sięgają granice Rosji.

To, co naukowcy być może ukrywają, politykom bez problemu przechodzi przez usta. – Celem rosyjskiej wyprawy nie jest zdobywanie Arktyki, lecz zebranie naukowych dowodów, że duża jej część prawnie nam się należy – powiedział bez zbędnego mydlenia oczu szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow. Ma rację. Gdyby wyprawa miała tylko i wyłącznie cel naukowy, nie poświęcano by jej w Rosji tyle uwagi. Poza tym nie często zdarza się, by w misji naukowej brali udział parlamentarzyści, a tak było tym razem.

Mówi się też, że Rosjanie koniecznie chcieli być na podbiegunowym dnie pierwsi, bo podobną ekspedycję szykują Amerykanie. Pretensje do części arktycznych terytoriów roszczą sobie także Dania, Norwegia i Kanada. Ta ostatnia poczuła się zagrożona „misją naukową” Rosjan i przeprowadza właśnie ogromne manewry wojskowe w okolicach bieguna. Zapowiada też stworzenie flotylli małych lodołamaczy, które będą patrolowały tereny okołobiegunowe.