Co tu robi Kościół?

Krzysztof Król

|

GN 32/2007

publikacja 08.08.2007 14:48

Punkowcy, hipisi, krisznowcy, harleyowcy, fani Boba Marleya, a także księża. Tak rozmaitych ludzi można spotkać na woodstockowym polu.

Co tu robi Kościół? Przystankowe rozmowy toczą się wszędzie, nie tylko pod krzyżem. Krzysztof Król

Niektórzy gloryfikują woodstockową rzeczywistość, inni zdecydowanie ją potępiają. Do obrazu sutanny i zakonnego habitu stali bywalcy Przystanku Woodstock dawno się już przyzwyczaili. Ktoś, kto jest tu po raz pierwszy, może zadać sobie pytanie: „Co robi Kościół w takim miejscu?”.

Dwa Przystanki
Pierwszy Przystanek Jezus zaczął się w 1999 roku, a już rok wcześniej ks. Piotr Matus pojechał na żarski Przystanek Woodstock, by opowiadać o Jezusie. Do ewangelizujących przyjechał ówczesny biskup pomocniczy diecezji zielonogórsko-gorzowskiej Edward Dajczak, aby poświęcić postawiony na polu krzyż. – Wtedy były pierwsze rozmowy i doświadczenia ludzi, którzy się pogubili – wspomina biskup. – Te spotkania zasygnalizowały mi, że nie może nie być Kościoła w takim miejscu. Ale pod jednym warunkiem, że będzie to Kościół przyjazny, pełen miłości i dający doświadczenie Bożej otwartości, gdyż sporo osób zaczynało swoje rozmowy od wyżalenia się na negatywne doświadczenie Kościoła – dodaje.

– Po pierwszym Przystanku pojawiało się pytanie: „Dlaczego tu jesteśmy?”. Czy to nie jest jakaś forma legitymizacji tego wszystkiego, niekoniecznie dobrego, co dzieje się na Woodstocku? – zauważa ks. Tomasz Matyjaszczyk, współorganizator Przystanku Jezus i duszpasterz Wspólnoty św. Tymoteusza w Gubinie. – Nie jesteśmy tu po to, żeby utożsamiać się z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, ale też nie po to, żeby z nią wojować. Chcemy tutaj dzielić się z młodymi, którzy chcą z nami rozmawiać, naszą wiarą i radością – dodaje.

Obecnie Przystanek Jezus ma już swoje miejsce na Woodstocku. – Przystanek Jezus jest bardzo kolorowy. Zniknęły między nami jakiekolwiek napięcia. To jest miejsce otwarte i każdy może przyjść. Tu młodzi księża spotykają się z rzeczywistością. To jest dla nich najlepsza szkoła – mówi Jurek Owsiak.

To miejsce dla wszystkich
Pierwsze dwa Przystanki robiono z dużym rozmachem. Były koncerty i dużo scenicznego zamieszania. Dziś jest głównie rozmowa. – To wszystko prowadziło do takich ocen, że działalność dwóch Przystanków jest konkurencyjna. Dzisiaj myślę, że nikt nie może nam tego zarzucić. W ostatnich latach ewoluujemy w kierunku Przystanku, który posługuje się tzw. środkami ubogimi, czyli obecność, świadectwo, modlitwa, rozmowa i kontakt. Myślę, że to jest najsilniejszy środek – zauważa ks. Andrzej Draguła, rzecznik PJ.

Rozmowy „przystankowe” toczą się nie tylko przy krzyżu. Kilkanaście metrów od punktu centralnego Przystanku Jezus swoją rozmowę z księżmi kończy Arek Gonat. – Rozmawialiśmy o obrazie Boga. Doszliśmy do tego, że punktem wyjścia jest miłość bliźniego – wyjaśnia. Arek osobiście nie uznaje się za katolika. Mówi o sobie: poszukujący chrześcijanin. Myślisz, że Kościół powinien być w takich miejscach? – pytam. – To miejsce jest dla wszystkich. Także dla księży. Przecież gdyby byli zamknięci w kościołach, to by wypaczali sens tego, co głoszą – odpowiada student historii z Chełma.

 

Tu każdy może zrobić zdjęcie każdemu. Kasia Górzyńska fotografuje się z jednym z ewangelizatorów niosących wielką kukłę. Przyjechała na Woodstock pociągiem z Warszawy. W stolicy pracuje w firmie farmaceutycznej, a na Woodstocku jest drugi raz. – Kościół nie może się zamykać w budynku – twierdzi Kasia. – Tutaj ludzie chętniej przyjadą, porozmawiają i wyspowiadają się niż w kościele. Fajnie, że tutaj przyjeżdżają otwarci księża – dodaje.

Poszedłem i zostałem
Niektórzy z ewangelizatorów przyjeżdżali kiedyś na festiwal Woodstock, dziś są, aby mówić o Jezusie. Po woodstockowym polu chodzi z Biblią Rafał Gajkowski ze Świnoujścia. Opowiada ludziom o swoim życiu. Obecnie mieszka w Irlandii, ma żonę i jest szczęśliwym ojcem. Nie zawsze jednak tak było. Trafił na Przystanek Woodstock w 2003 roku. – Chciałem zagłuszyć swoje bóle muzyką i alkoholem – opowiada. Ewangelizatorzy znaleźli go pijanego w wielkim kontenerze. – Pomogli mi wyjść i pomodlili się nade mną. Zapytali, czy pójdę z nimi na Przystanek Jezus. Poszedłem i zostałem – opowiada. Po Woodstocku zamieszkał na pięć miesięcy w domu Wspólnoty św. Tymoteusza. Potem uciekł i wrócił do narkotyków. – Brałem, a później modliłem się: „Panie Boże, ja chcę brać te narkotyki, ale wiem, że Ty tego nie chcesz. Dla Ciebie ja nie chcę. Ale ty zadziałaj w moim życiu, bo ja zawsze po nie pójdę”. I zadziałał, bo pojechałem pracować do Irlandii – mówi Rafał. Po roku wrócił do Polski. Wziął jeszcze raz. Ostatni raz. – Od tamtej pory nie biorę. Układam sobie życie na nowo w Irlandii – zapewnia Rafał.

Przystanek między blokami
W tym roku Przystanek Woodstock odwiedził abp Józef Życiński. Najpierw spotkał się z młodymi z Przystanku Jezus na Mszy św., a po południu był w woodstockowej Akademii Sztuk Przepięknych. Na pytanie, dlaczego tu jest, odpowiedział: – Przyjechałem, bo to jest to normalna reakcja duszpasterza, który czuje się odpowiedzialny za wszystkie owce, zarówno za te, które są na Przystanku Jezus i Przystanku Woodstock – odpowiada przekonująco. – Rolą Kościoła jest bycie zaczynem, który przemienia świat. Albo będziemy słuchać Chrystusa, który mówił, że dobry pasterz idzie za poranionymi owcami i troszczy się o nie, albo będziemy słuchać osób, które reprezentują styl, który nazwałbym stylem „zgorszonej cnoty”. Zgorszenie nie jest jednak cnotą chrześcijańską – dodaje arcybiskup.

Co będzie z Przystankiem Jezus? Wszystko zależy od tego, czy będzie Woodstock. Jurek Owsiak zapowiada kameralne przedsięwzięcie. Nawet jeśli nie będzie, to pól do działania i ewangelizacji, jak zauważa bp Edward Dajczak, jest wiele. – Trzeba się zastanowić, jak trafić do blokersów, czy do parafii wiejskich, gdzie na przystankach młodzi stoją z piwem. Przystanek Jezus może zatrzymać się także między blokami czy na jakiejś małej wsi – zauważa woodstockowy biskup.