Powrót do przeszłości

Barbara Gruszka-Zych

|

GN 26/2005

publikacja 29.06.2005 01:33

Białoruś to piękny kraj, w którym ludzie żyją dostatnio i szczęśliwie – przekonuje prezydent Łukaszenka. Sprawdziliśmy, jak jest naprawdę.

Andrzej Pisalnik Andrzej Pisalnik
naczelny wstrzymanego „Głosu znad Niemna” żyje nadzieją, że jego tygodnik znów będzie wydawany.

Granicę polsko-białoruską w Kuźnicy Białostockiej przekraczamy przez ponad pięć godzin. Trzeba uzyskać ileś tam pieczątek na karcie upoważniającej do wjazdu. Przedrzeć się przez biurokratyczno-celniczy kordon. Jakby już na wstępie chciano pokazać, że w tym kraju traci się czas.

Albo – paradoksalnie ceni – bo lepiej już na granicy wszystkich jakoś „zarejestrować”, oznakować pieczątką i badawczym spojrzeniem, a nie szukać potem jak wiatru w polu. Później tracimy czas, czekając na nową zmianę w hotelu „Turist” w Grodnie (pani nie opłaca się nas przyjąć, bo za pół godziny przychodzi zmienniczka).

1. stojąc w kolejce przed zamkniętym, nie wiadomo czemu, kantorem. Już od granicy przenosimy się w nasz świat z końca lat 70. Z niedowierzaniem i przerażeniem wracamy do przeszłości. W centrum Grodna, na prawo od kościoła pw. Znalezienia Krzyża Świętego, pomnik-czołg z wymierzoną w niebo lufą. Właściwie ta lufa skierowana jest w stronę Niemna i granicy. Czy to symbol tego, co tu się dzieje? Przechodnie, których zapytaliśmy o drogę, mówią o krążących od dwóch dni plotkach. Podobno prezydent Łukaszenka wydał rozkaz używania broni wobec większych zgromadzeń. – Dwa i pół miliona z 10 mln Białorusinów pracuje w służbach specjalnych, prawie każdy ma anioła stróża – ściszają głos.

2. Muzeum Elizy Orzeszkowej w Grodnie zamknięte. Muzeum religii – „nie rabotajet”. Nie pracuje też, z innych powodów, redakcja „Głosu znad Niemna”. Wchodzimy do znanego z telewizji Związku Polaków na Białorusi. Na frontonie budynku napis: „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”. Choć jest godz. 18.00, prawie cała redakcja w komplecie. Andrzej Pisalnik (redaktor naczelny przed zakazem) wydał cztery numery tego ogólnokrajowego tygodnika. Przedtem był korespondentem „Rzeczpospolitej”. Dlatego właśnie tam ukazał się nieopublikowany na Białorusi kolejny numer „Głosu”. – O przyszłości pisma możemy rozmawiać wyłącznie w kategoriach nadziei – uśmiecha się.

3. Nazwy ulic to swoista prowokacja. Seminarium grodzieńskie znajduje się przy ul. Komuny Paryskiej. Katedra i seminarium w Pińsku przy Lenina. Związek Polaków przy Dzierżyńskiego. – To była kiedyś Piłsudskiego, dziś 1 Maja – pokazuje nam jedną z ulic Pińska kard. Kazimierz Świątek, przewodniczący Konferencji Episkopatu Białorusi. Na placu w Grodnie pomnik Lenina. Olbrzymi Włodzimierz Iljicz wygląda, jakby chciał pofrunąć. Jakoś nie udaje się wzlatywać młodzieży jeżdżącej na deskorolkach u jego stóp. Czyżby obezwładniała ją obecność wodza rewolucji?

4 W kawiarni-restauracji przy ul. Dzierżyńskiego jak w najgorszej spelunie. Lastrykowa, nierówna podłoga, w powietrzu smog, choć nikt nie pali, ekspedientka kaszle nam do soku winogronowe-go. Akceptują to eleganckie panie sączące piwo przez rurkę i kilku panów w garniturach, którzy wpadli coś zjeść. Przyzwyczajenie zobojętnia na brzydotę.

Za to piękne są mijane na ulicach dziewczęta i ich mamy. Zgrabne, pełne wdzięku. W markowych ciuchach, których nie widać nawet w największym domu towarowym w Grodnie. Tak samo urzekają starsze kobiety, mieszkające w chatach krytych słomą, pół kilometra od muzeum Mickiewicza w Zaosiu. Ich twarze w zawiązanych pod brodą śnieżnobiałych chustkach wydobywają się ze światłocienia jak na obrazach flamandzkich mistrzów. I na drodze do Pińska staruszeczka z rosochatym kijem o rysach pełnych jakiejś harmonii. I modlące się w największej grodzieńskiej cerkwi. Złoto ikon i biel ich szlachetnych twarzy ukrytych pod chustkami, żeby blask włosów nie rozpraszał patrzących na Boga.

5 W katedrze grodzieńskiej (taki sam Chrystus jak przed Świętym Krzyżem w Warszawie) pan Antoni dyżuruje od rana do 8 wieczorem. – Dostaję 15 tys. rubli, za to kupisz kilo kiełbasy – szepce do nas jak na spowiedzi. – Dwie siostry w Polsce, ale nie ma pieniążków pojechać. Odwija zakutaną w kraciastą chustkę do nosa polską dwuzłotówkę. – Tutaj bilonu nie wymieniają, może weźmiecie – wyciąga ją zawstydzony.

6 Z jeziora Świteź miejscowi wiadrami czerpią wodę do picia. Widać biały piasek na dnie. Na brzegu dwa kamienie z pierwszą zwrotką Mickiewiczowskiej ballady „Świteź”. Na jednym tekst po polsku, na drugim po rosyjsku. S. Letycja ze zgromadzenia sióstr nazaretanek w Nowogródku mówi, że w szkole w Mińsku uczono ją, że Mickiewicz był największym białoruskim poetą: – Teraz się dowiedziałam, że on polski.

Adama Mickiewicza ochrzczono w Nowogródku w 1799 r. W latach 1807–1815 uczył się w tutejszej szkole dominikanów. Tu matka modliła się o jego uzdrowienie. Nie wiadomo czy przed Matką Bożą w cerkwi, czy w kościele, którym opiekują się nazaretanki. W muzeum Mickiewicza jest gabinet Adama, jego ojca Mikołaja, listy, binokle... Ale to wszystko atrapy. Na rycinie widok miasta, jaki oglądał z okna. My też przez okno muzeum próbujemy patrzeć w jego czasy. Stąd „wyszedł w świat” i nie wrócił. Jedynie w poezji. Jedynie czy aż?

W Nowogródku można zobaczyć chyba 15 popiersi dojrzałego Mickiewicza. A przecież żył tu jako mały, mówiący po polsku chłopiec, potem podrostek. Siostry nazaretanki żyją świętością swoich poprzedniczek – 12 męczennic. Przed zaśnięciem w ich domu myślę o wiecznym śnie Adama. Nasze sny takie drobne, zwyczajne.

7 W miastach zamiast bill-boardów plakaty z napisem: „60 lat zwycięstwa”. W radiu najczęściej powtarza się słowo „przepiękne”. Mijamy zaniedbane wioski z domami chylącymi się do ziemi. Miasta udają dostatek. Ale po wejściu do sklepu widać, że to atrapa. Jak w muzeum Mickiewicza. – W Nowogródku są dwa dobrze zaopatrzone sklepy, prywatne – podkreśla mieszkanka. Tylko przystanki wśród pól nie zdewastowane. Mało gdzie widać czekających. Na szosach niewiele aut.

8 Tu Polacy od wieków żyli, żyją i żyć będą. To ich rdzenne, matczyne tereny.Kiedyś tu była Polska, Wielkie Księstwo Litewskie, Rosja, teraz Białoruś – opowiada kard. Kazimierz Świątek. – Teraz jedziemy boczną nawą kościoła jezuitów – pokazuje. – Dziś w kolegium znajduje się muzeum osiągnięć socjalizmu, choreografii, etnografii, regionu.

Na kominie w samym centrum starego miasta siedzi bociek. – To stolica Polesia, nie obejdzie się bez bociana – śmieje się Wiktor Wilk, architekt i budowniczy. – Remontował wszystko, co cenne na Białorusi – mówi Kardynał. Kiedy przyznaje, że ze skromności zrezygnował z Pałacu Biskupiego, architekt obrusza się: – Szkoda, uratowalibyśmy jeszcze kawałek Polski.

9 W Brześciu na granicy kilka ciągnących się szeregów samochodów. – Trzeba stać dziesięć godzin, ale za 100 euro przejedziecie od razu – nagabuje nas pośrednik. Wycofujemy się do Sławatycz. – Kolejka na dwanaście godzin. Polak z Białej Podlaskiej wpuszcza nas przed siebie. – Jestem na rencie, trójka dzieci, trzeba dorobić – tłumaczy się. Przemyca benzynę, papierosy, alkohol. – Najgorzej zimą, jak te samochody trzeba grzać, całe pole warczy od silników.

W kilometrowym ogonku samochodów czeka może pięć kobiet. Nie ma turystów. Po sześciu godzinach poddajemy się. Pełni obaw idziemy do celników: „Chcemy jechać szybciej”. Ze stu dolarów wydają nam pięćdziesiąt. W ciągu godziny dołączamy do szeregu wyjeżdżających. Polscy i białoruscy przemytnicy zostają „w pracy”. Ciesząc się, że czeka ich już tylko 8, no, może 6 godzin.