Teczka ks. Zbigniewa

Andrzej Grajewski

|

GN 09/2005

publikacja 23.02.2005 00:49

Kandydat na tajnego współpracownika numer rejestracyjny BB-8356 odmawia udzielania informacji. Wyraża niechęć do utrzymywania kontaktów z SB. Po kilku próbach zwerbowania ks. Zbigniewa Powady, oficer bezpieki ppor. Wiesław Wiewióra musiał uznać swoją porażkę.

Teczka ks. Zbigniewa Henryk Przondziono

Widma teczek straszą w Polsce. Wielu stara się przeniknąć tajemnicę kombinacji zer, umieszczonych przed nazwiskami w spisach inwentarzowych IPN. Nie można udawać, że problem nie dotyczy także duchownych. Kościół w PRL do 1980 roku był traktowany jako główny przeciwnik ideologiczny i polityczny. W zapiskach operacyjnych SB odnajdujemy jednak nie tylko dowody słabości, a czasem upadku, lecz także świadectwa odwagi, roztropności i wierności Kościołowi.

O tym, że proboszcz bielskiej katedry, ks. prałat Zbigniew Powada wystąpił do IPN o swoje materiały, wiedziałem od kilku miesięcy. Gdy wybuchła wrzawa wokół tzw. listy Wildsteina i powrócił temat lustracji, poprosiłem go o możliwość zajrzenia do jego materiałów. Nie odmówił. Idąc na spotkanie, sięgałem myślami do przeszłości.

Poznałem go w 1984 r. Był wtedy „początkującym” proboszczem, a czasy były skomplikowane. Stan wojenny przetrzebił szeregi zwolenników „Solidarności”. Wydawało się, że tzw. normalizacja oznaczać będzie długie rządy komuny. Pomimo tego przygarnął do swej parafii grupę działaczy „Solidarności”, którzy stworzyli tam Duszpasterstwo Ludzi Pracy. W jego spotkaniach uczestniczyło m.in. kilkadziesiąt osób, w różny sposób utożsamianych z tzw. podziemiem solidarnościowym.

Modliliśmy się, próbowaliśmy studiować katolicką nakę społeczną, dyskutowaliśmy o sytuacji w kraju. W sierpniu 1985 r. wielu spośród nas złożyło ślubowanie trzeźwościowe. Na widocznej ze wszystkich stron miasta wieży kościelnej umieściliśmy napis „Solidarni w trzeźwości”, który wywołał ostrą reakcję władz. Od 1988 roku w wieży kościelnej odbywały się spotkania nieformalnych jeszcze, odradzających się struktur związkowych. Ks. Zbigniew mógł więc być przekonany, że był obiektem zainteresowania funkcjonariuszy bezpieki. Gdy pytałem, co było motywem wystąpienia z wnioskiem do IPN, powiedział, że ciekawość. Życie jest jednak pełne niespodzianek. Chciał się dowiedzieć, co i kto na niego donosił, a dostał materiały własnego rozpracowania, czyli informacje o tym, jak SB próbowała z niego zrobić tajnego współpracownika.

Sprawa nr 8356
Siedzimy w pokoju księdza. Na stole leży biała, niezbyt obszerna teczka z sygnaturami IPN oraz starym numerem ewidencyjnym BB-8356. Ks. Zbigniew zna jej zawartość. Zapoznał się z aktami swojej sprawy jeszcze w czytelni IPN. – Wie Pan, od czasu gdy dostałem ten materiał, jeszcze go nie oglądałem – śmieje się, gdy wyciągam plik odbitek dokumentów. Ponad 10 lat temu zostały sporządzone przez prowadzącego sprawę ppor. Wiesława Wiewiórę, starszego inspektora Wydziału IV w Bielsku-Białej. Wydział IV był regionalną ekspozyturą osławionego Departamentu IV, centralnej struktury SB odpowiedzialnej za inwigilację oraz represjonowanie duchowieństwa.

Zagłębiam się w lekturę. Strona po stronie śledzę kolejne czynności operacyjne, podejmowane przez funkcjonariusza SB, których celem było zwerbowanie ks. Powady na tajnego współpracownika. „Proszę o zezwolenie na opracowanie w charakterze tajnego współpracownika ks. Powady” – raportował 9 stycznia 1984 r. ppor. Wiewióra do naczelnika Wydziału IV Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Bielsku-Białej, por. Zygmunta Sworznia. Ks. Powada miał być użyty w tzw. sprawie obiektowej, czyli rozpracowaniu środowiska parafii pw. św. Mikołaja w Bielsku-Białej. Zabawne, że funkcjonariusz SB nadał sprawie kryptonim „Katedra”, choć nie była to wówczas parafia katedralna. Dopiero po ustanowieniu diecezji bielsko-żywieckiej w 1992 r. kościół pw. św. Mikołaja stał się katedrą nowej diecezji.

W burzliwej atmosferze
Już w pierwszej rozmowie ks. Zbigniew powiedział funkcjonariuszowi, że „mogą sobie marksiści wywieszać czerwone flagi na budynkach i ulicach, wobec tego oni mogą wieszać krzyże w szkołach i urzędach. Gdyż tam pracują ludzie wierzący. Nie można tego symbolu ograniczać tylko do mieszkań prywatnych i kościołów, gdyż musi on docierać do ludzi wszędzie”. Na zarzut, że „uprawia politykę w kościele”, odpowiedział, że „Kościół musi żyć także sprawami, które są istotne dla społeczeństwa i musi na ten temat zabierać głos”. Na marginesie kolejnej rozmowy, odbytej w czerwcu 1984 r., funkcjonariusz zapisał, że wprawdzie przebiegała w kulturalnej, lecz burzliwej atmosferze i kilkakrotnie doszło do spięć „z powodu jego nie przejednanej postawy”.

Funkcjonariusz wiedział, że jego rozmówca jest aktywny w ruchu oazowym, próbował więc rozmawiać na temat ks. Franciszka Blachnickiego, przebywającego wówczas w Carlsbergu (RFN) i stale atakowanego przez władze PRL. Jak zanotowano w raporcie, w opinii ks. Powady, ks. Blachnicki prowadził „pożyteczną działalność religijną na emigracji”.

Ostatnia rozmowa odbyła się 28 września 1984 r. Funkcjonariusz raportował, że w jej trakcie ksiądz był agresywny. „Zarzucił mi – napisał w meldunku, wyraźnie skonfundowany przebiegiem spotkania – że chodzimy, szpiegujemy, patrzymy im na ręce, a on się tym brzydzi. Stwierdziłem, że owszem przyglądamy się, co się dzieje w niektórych środowiskach, nie tylko środowiskach księży, ale i w innych, co jest uzasadnione konkretnymi faktami, które mówią (tak jest w oryginale), że niektórzy księża korzystając ze stanu duchownego prowadzą działalność antypaństwową, polityczną. Niech się nie dziwi, że się przyglądamy, co się u nich dzieje”.

„Zaniechanie procesu”
Efekt czterech spotkań dla funkcjonariusza SB był żałosny. W raporcie końcowym napisał, że rozmowy, które odbył z proboszczem parafii św. Mikołaja, nie przyniosły żadnego rezultatu. Ks. Powada „przyjmował pracownika z rezerwą, podkreślając, że nie ma zaufania do instytucji, którą on reprezentuje”. Konkluzja tzw. analizy była jednoznaczna: „Proszę o zezwolenie na zaniechanie procesu opracowania kandydata na tajnego współpracownika numer rejestracyjny BB-8356 i złożenie materiałów w archiwum tutejszego Wydziału »C« ze względu na niechęć wyżej wymienionego do utrzymywania kontaktów z SB oraz odmowę udzielania informacji”.

Służba Bezpieczeństwa zre-zygnowała z prób pozyskania jeszcze jednego tajnego współpracownika, ale nie zapomniała o niepokornym księdzu. W zakończeniu materiału widnieje adnotacja, aby „zabezpieczyć” jego paszport oraz zlecić Wydziałowi ds. Walki z Przestępczością Gospodarczą kontrolę „prawidłowości zakupu materiałów potrzebnych do prowadzonego przez ks. Powadę remontu kościoła”. Bezpieka zawsze posługiwała się „kijem” lub „marchewką”. Dla współpracowników miała szeroki asortyment przywilejów, niepokornych szykanowała. W tej praktyce był także pewien zamysł pedagogiczny, adresowany do całego środowiska – patrzcie, nie chciał z nami współpracować, teraz ma kłopoty. Paszportu nie dostanie, zaczniemy grzebać w jego finansach, puścimy plotkę obyczajową w parafię.

Pytam księdza, jak ocenia wiarygodność tych dokumentów. Mówi, że są dość wiernym zapisem rozmów, choć funkcjonariusz pewne rzeczy koloryzował. Służba Bezpieczeństwa w czasie tej operacji udostępniła ppor. Wiewiórze także inne kontakty, aby mógł uzupełnić swoją wiedzę na temat ks. Powady. W tym celu przeprowadzono rozmowy z innymi tajnymi współpracownikami, którzy, a zwłaszcza TW „Michał”, obszernie scharakteryzowali ks. Powadę oraz przedstawili jego relacje z innymi kapłanami oraz Kurią Diecezjalną w Katowicach. W materiałach z IPN jest także kilka meldunków tajnego współpracownika, używającego egzotycznego pseudonimu „Ozyrys”. Sądząc z tego, jak dobrze był zorientowany w wielu sprawach parafialnych, musiał to być ktoś z bliskiego otoczenia księdza proboszcza. Ks. Zbigniew chce poznać nazwiska tych osób. Pytam, co zrobi, gdy dowie się, że byli to ludzie z kręgu jego bliskich znajomych. Pochmurnieje. – Z pewnością nie będę z tego robił żadnych publicznych sensacji – mówi – ale być może porozmawiam z nimi. Właściwie – dodaje – chciałbym im zadać tylko jedno pytanie, dlaczego to robili. Teraz być może będę miał okazję, aby pomóc tym ludziom zakończyć dramat, w którym kiedyś uczestniczyli. Taka sytuacja to także wyzwanie duszpasterskie. Ale aby jemu podołać, razem musimy stanąć w prawdzie. Wówczas możliwe będzie i odpuszczenie, i wybaczenie.