Polska bieda

Piotr Legutko

|

GN 08/2005

publikacja 16.02.2005 20:09

Połowa Polski żyje w biedzie. Porażające dane GUS jakoś nie spędzają snu z oczu rządzących, nie są także tematem poważnych debat publicznych. A powinny. Skutki ubóstwa dotykają przecież wszystkich. Także tych, którym dobrze się wiedzie.

Polska bieda

Biedę można opisać językiem statystyki, wyliczyć, za ile złotych dziennie musi przeżyć rodzina, ilu ojców pozostaje bez pracy, ile dzieci jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia je w szkole. Można także pokazać polską mapę biedy, wskazać regiony szczególnie dotknięte ubóstwem. Tym zajmują się odpowiednie instytucje, i robią to rzetelnie. Ale nic z tego nie wynika. Cyfry nie robią już wrażenia, a biedy nie da się opisać współrzędnymi geograficznymi. Ona jest wszędzie.

To kryzys społeczny
Krok dalej idą socjologowie. Zadają ludziom pytania, starają się spojrzeć na biedę oczyma tych, którzy muszą się z nią zmagać na co dzień. Z otrzymanych odpowiedzi sporządzają raporty... które zwykle lądują na dnie szuflad urzędników i polityków. A szkoda, bo można z nich wyczytać parę ważnych rzeczy, pomagających zrozumieć, dlaczego w kraju, którego gospodarka się rozwija, a PKB wciąż rośnie, tak wielu ludzi cierpi ubóstwo.

To nie jest tylko kwestia braku pieniędzy. To przede wszystkim ludzka bezradność, swoiste ubezwłasnowolnienie, nieumiejętność radzenia sobie ze zmieniającą się sytuacją. To także samotność, brak wiary w możliwość odmiany swojego losu.

Wnioski z badań socjologów są jednoznaczne: bieda jest stanem ducha, dlatego nie da się jej zaradzić wyłącznie poprzez odpowiednią politykę socjalną, zwiększenie zasiłków, czy podniesienie minimalnej płacy. Polska bieda nie jest patologią, zjawiskiem marginalnym, dziedzicznym czy genetycznym. Mamy do czynienia z poważnym kryzysem społecznym, dotykającym ponad 20 milionów ludzi. Zwyczajnych, przeciętnych, zamieszkałych zarówno na wsi, jak i w mieście.

Odarci z godności
O kryzysie społecznym powinniśmy mówić nie tylko ze względu na skalę zjawiska. Bieda ma bowiem konsekwencje daleko wykraczające poza pusty portfel. Przede wszystkim oznacza wykluczenie milionów obywateli z pełnego uczestnictwa w życiu publicznym.

Dotyczy to zwłaszcza dzieci, pozbawionych szans na dobrą edukację, co w konsekwencji oznacza brak perspektyw na przyszłość. Dla ludzi chorych i starszych bieda przekłada się na większe kłopoty ze zdrowiem, na niemożność uniknięcia cierpienia. Dla ojców rodzin bieda jest źródłem szczególnej frustracji, związanej z niemożliwością wywiązania się ze swojej roli społecznej. Rodzice, bezradni wobec otaczającej rzeczywistości, przestają być autorytetem dla dorastającej młodzieży, coraz częściej szukającej wzorców na ulicy i w świecie przestępczym.

Bieda rodzi wreszcie brak poszanowania dla instytucji państwa. Staje się swoistym alibi nie tylko dla postaw roszczeniowych, ale wręcz dla łamania prawa.

Bieda odziera z godności, jakże często deprawuje, a życiowe problemy skumulowane w jednym miejscu (bloku, osiedlu) wytwarzają swoistą kulturę biedy. Coraz częściej to jedyna kultura, z jaką mamy do czynienia w tzw. Polsce B.

A mury rosną
O tym, że mamy dziś jakby dwie Polski, wiadomo od dawna. Najbardziej przerażające jest to, że w ostatnich latach wyraźnie pogodziliśmy się z takim stanem rzeczy. Dotyczy to zarówno rządzących, jak i rządzonych. Nie ma praktycznie żadnych państwowych programów przeciwdziałających postępującej segregacji społecznej. Za to coraz większe pieniądze wydaje się na budowanie murów oddzielających ludzi sukcesu od ludzi bezradnych. Strzeżone, luksusowe osiedla i komunalne getta, to dziś polska codzienność. Ale nadzieja wygranych, że bezpieczeństwo i spokój ducha można sobie kupić za pieniądze, jest złudna.

Tak naprawdę Polska jest jedna, a bieda prędzej czy później uderzy także w bogatych. Niekoniecznie włamując się do samochodu albo letniej daczy. Po prostu przy takim spadku dochodów połowy populacji państwo nie udźwignie rozrastających się systemów pomocy społecznej i rozsypią się finanse publiczne. Zreformowanie ich też stanie się niemożliwe, bo – zgodnie z regułami demokracji – nie pozwolą na to miliony wyborców uzależnionych od zasiłków z budżetu. I tak koło się zamyka. Bieda już stała się w Polsce problemem bogatych.

Co robić?
Wśród polityków modne są dwie szkoły walki z ubóstwem. Jedna, „janosikowa”, mówi: podnieść podatki bogatym i zwiększyć skalę pomocy dla biednych. Druga, liberalna, radzi, by skupić się na wzroście gospodarczym, a wyższy PKB sam rozwiąże wszystkie kłopoty. Obie szkoły prowadzą na manowce. Pierwsza, bo jest karykaturą solidarności społecznej, w praktyce podnoszącą tylko koszt tworzenia nowych miejsc pracy. Druga, bo nadal pozostawia ludzi samym sobie, a jako się rzekło, bieda rodzi się z bezradności.

Tak jak nie wymyślono lepszego systemu niż demokracja, tak w gospodarce najefektywniejszy jest wolny rynek, a systemy zasiłkowe utrwalają wykluczenie, trzymają ludzi z dala od rzeczywistości, dla której nie ma alternatywy. Rzecz w tym, by nauczyć ludzi stąpać po twardym gruncie.

Ojciec Święty, mówiąc o wykluczeniu społecznym jako istocie ubóstwa, używa określenia „czwarty świat”. Zatrzymaniu procesu wykluczenia milionów Polaków powinny sprzyjać zarówno rządowe programy, jak i działalność pomocowa stowarzyszeń charytatywnych. To będzie największe wyzwanie nie tylko dla nowego parlamentu, także dla nas wszystkich, bo bez społecznej solidarności staniemy się krajem nie trzeciego, a czwartego świata.