Zobaczyli, bo uwierzyli

GN 16/2022

publikacja 21.04.2022 00:00

Nikt nie widział momentu zmartwychwstania, ale niektórzy spotkali Zmartwychwstałego. I to były wyjątkowe spotkania – mówi o. Olivier-Thomas Venard OP.

Zobaczyli, bo uwierzyli ks. Rafał Bogacki /foto gość

Ks. Rafał Bogacki: Dlaczego we wszystkich Ewangeliach czytamy, że kobiety i apostołowie znaleźli najpierw pusty grób?

O. Olivier-Thomas Venard OP: Żydzi żyjący w Judei w I wieku wierzyli w zmartwychwstanie ciała. Także w wielu miejscach basenu Morza Śródziemnego mówiono o zmartwychwstaniu. Na przykład w literaturze hellenistycznej tamtego czasu możemy przeczytać o bohaterach, którzy zmartwychwstali, ale ich doczesne szczątki pozostawały w grobie. Chodziło zatem o jakiś rodzaj zjawy. Ewangeliści chcieli mocno podkreślić, że Jezus został faktycznie pochowany. I że po zmartwychwstaniu w grobie nie zostały Jego szczątki.

Ewangeliści mówią o zewnętrznych znakach świadczących o zmartwychwstaniu.

Jest kamień odsunięty od grobu, pusty grób, zwinięte płótna – zewnętrzne znaki, które wszyscy mogą oglądać. Nikt jednak nie uczestniczył w momencie zmartwychwstania, podobnie jak nikt nie uczestniczył w momencie stworzenia. Zmartwychwstanie jest działaniem Boga, które wymyka się ludzkim kategoriom czasu i przestrzeni, a także ludzkiej narracji. We wszystkich filmach, które starały się to ukazać, zmartwychwstanie wygląda raczej zabawnie. Nikt nie widział momentu zmartwychwstania Chrystusa, ale niektórzy spotkali Zmartwychwstałego. Te spotkania mają w sobie coś nadzwyczajnego: dzieją się jednocześnie w naszym świecie i w innej przestrzeni. Widać to wyraźnie w Ewangelii Mateusza: aż do śmierci Jezusa ewangelista daje bardzo wiele wskazówek dotyczących geografii i czasu, co pomaga śledzić akcję, jak gdyby krok za krokiem podążać za Jezusem. Ale kiedy opisuje świadectwa dotyczące zmartwychwstania, nie znamy ani czasu, ani miejsca akcji. Jakby chciał nas przenieść w inny wymiar, w którym przestrzeń i czas nie są zgodne ze zwyczajną opowieścią.

Dlaczego Chrystus Zmartwychwstały ukazuje się najpierw kobietom?

Bo one najbardziej Go ukochały. Pozostały przywiązane do Jego ciała nawet po śmierci, do momentu złożenia w grobie. „Ona wszystko zrozumiała” – powiedział Jezus o kobiecie, która w Betanii namaściła drogocennym olejkiem Jego ciało (por Mt 26,6n). Ona przeczuwała przez miłość, ponad wszelkim zrozumieniem, logikę totalnego daru Jezusa! Podczas męki mężczyźni nic nie zrozumieli, kłócili się, uciekli, natomiast kobiety kontemplowały, pozostając pod krzyżem. Mężczyźni, którym Jezus powierzył ciało i krew w znakach eucharystycznych, nic nie zrozumieli. A kobiety, przywiązane do Niego miłością, pozostały blisko Jego ciała. Dlatego one pierwsze Go spotkały.

Jak zatem zrozumieć to, że Maria Magdalena, podobnie jak uczniowie, nie rozpoznała Chrystusa przed grobem?

Magdalena w pierwszej chwili pomyliła Chrystusa z ogrodnikiem, rozpoznała Go dopiero po głosie, gdy przemówił. Podobna sytuacja spotkała uczniów w drodze do Emaus. Nie rozpoznali Mistrza od razu. Opowiadali Mu o swoim smutku spowodowanym Jego śmiercią, zarzucali Mu, że nie wie, co się wydarzyło. A On z czułością tłumaczył, a nawet żartował z nich, prosząc, by wszystko Mu opowiedzieli. A kiedy tłumaczył Pisma, ich serce zaczęło pałać. Ostatecznie rozpoznali Go w geście łamania chleba. Widać tutaj wyraźną pedagogię: Chrystus Zmartwychwstały pozwala tylko trochę zobaczyć, wiele natomiast usłyszeć. Ta sama logika obecna jest w liturgii, na którą składa się to, co widzialne, i to, co słyszalne. Taka jest wymowa wszystkich teofanii opisanych w Biblii. Kiedy Bóg objawia się na górze Synaj, widzimy dialog między tym, co widzialne, a tym, co słyszalne. Biblia mówi, że „cały lud widział głosy” (Wj 20,18). Widzieć głosy – to coś zaskakującego. Gdy Bóg się objawia, dostępne jest „coś”, co można zauważyć, a także „coś”, co można usłyszeć. Jezus, który jest tym samym Bogiem, kontynuuje tę pedagogię: gdy głosił w synagodze w Kafarnaum, wszyscy zgromadzeni mieli oczy utkwione w słowach łaski wychodzących z Jego ust (por. Łk 4,22). W zmartwychwstaniu widać ten sam fenomen. To kontynuacja logiki objawienia.

Zmartwychwstały mówi do Marii Magdaleny: „Udaj się do moich braci i powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego” (J 20, 17). Dlaczego Jezus mówi o braciach?

Chrystus w Ewangeliach określa, kim są „Jego bracia” – to ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je (por. Mt 12,49). Jezus ustanawia więc nową formę genealogii, która nie jest oparta na pokrewieństwie. Pojawia się przy tym nowe nasienie – słowo Jezusa. Jest to absolutne novum w ówczesnym judaizmie, ponieważ słowo nigdy nie było przedstawiane jako ziarno. W Księdze Izajasza jest mowa o tym, że słowo Pana jest jak deszcz, który sprawia, że ​​nasienie kiełkuje. Ale to Jezus jest pierwszym, który porównuje swoje słowo do nasienia. Także w tajemnicy zmartwychwstania słowo odgrywa zasadniczą rolę.

W spotkaniach ze Zmartwychwstałym jest wezwanie do misji. Jak dzisiaj odpowiedzieć na to zawołanie?

Jest to pięknie pokazane przez św. Mateusza. Czytając 28 rozdział jego Ewangelii, można odnieść wrażenie, że tekst się powtarza, ponieważ anioł, który ukazuje się kobietom, wyznacza im misję, by szły i głosiły zmartwychwstanie. Gdy odchodzą i spotykają Jezusa, powtarza im to samo. Niektórzy egzegeci sądzili, że to pomyłka kopisty, ale w rzeczywistości jest to wyraz finezji św. Mateusza. Istotną częścią doświadczenia zmartwychwstania jest… przekazywanie świadectwa zmartwychwstania. Kobiety zostały posłane i wyruszyły w drogę, a okazując posłuszeństwo aniołowi, spotykają samego Jezusa! Dzieje się tak dlatego, że najpierw w Niego uwierzyły, zasłużyły na osobiste spotkanie. To także wielka pociecha dla nas. Otrzymujemy świadectwo i jeśli postanowimy dzielić się nim z innymi, Chrystus objawia się w nas. Jest to doświadczenie tych wszystkich, którzy głoszą: kaznodziejów, katechetów, ale i ochrzczonych, którzy doświadczają „magnetyzmu słowa”, w którym przekazywane jest życie Boga.

Ewangelista Łukasz pisze, że ​​podczas spotkania ze Zmartwychwstałym wątpliwości uczniów mieszały się z radością (por. Łk 24,41). Także inni zanotowali, że uczniowie nie wierzyli słowu świadectwa i wątpili nawet wtedy, gdy objawił się im Chrystus (Mt 28,17). Skąd to wahanie?

We wszystkich relacjach o zmartwychwstaniu Chrystus objawia się w dosyć dziwny sposób. W pewnym sensie nie jest podobny do siebie! Jak gdyby chciał nam powiedzieć, że aby w Niego wierzyć, nie wystarczy widzenie zewnętrzne, potrzebne jest także słowo objaśnienia. Do Marii Magdaleny Jezus przemawia bezpośrednio, podobnie w dialogu z Tomaszem i uczniami z Emaus. Spotkanie ze Zmartwychwstałym nie jest wizją, którą można wywołać. Inicjatywa zawsze wychodzi od Jezusa. I tu też widzimy Bożą pedagogikę. Uczniowie są tacy jak my. Chrystus wychodzi nam na spotkanie, a my często rozpoznajemy Go dopiero po pewnym czasie. Pomaga nam Go zobaczyć pamięć oświecona przez Ducha Świętego.

Dlaczego dialogi między Zmartwychwstałym a uczniami lub kobietami są tak krótkie?

Nowy Testament potwierdza, że Jezus objawił się świadkom, których wcześniej wybrał: każde spotkanie z Nim było osobiste i intymne. Narracje obecne na końcu każdej z czterech Ewangelii zachowują ten osobisty charakter. Mamy historię Marii Magdaleny, Kleofasa, Tomasza… Wspólnota otrzymała te świadectwa jako słowa konkretnych osób. Natomiast inne fragmenty ziemskiego nauczania i życia Jezusa, najpierw ustnie przekazywane, stały się dobrem wspólnoty. Zostały więc w pewien sposób ustandaryzowane. Nikt jednak nie odważył się poprawiać świadectw spotkań ze Zmartwychwstałym ze względu na ich osobisty charakter. Widać to wyraźnie u św. Marka – znajdujemy tam podsumowanie tego, o czym czytamy w innych Ewangeliach. Ewangelista nie pozwolił sobie na poprawianie przekazywanych świadectw.

Odwołując się do naszego osobistego doświadczenia, możemy pomyśleć, że po latach wiara i gorliwość apostołów mogły nieco przygasnąć. W jaki sposób ci, którzy widzieli Zmartwychwstałego, podtrzymywali tę wiarę?

W trakcie mowy pożegnalnej Jezus zapowiedział zesłanie Ducha Świętego, który po Jego odejściu nadal będzie ich nauczał. Jest to obietnica tajemniczej i bardzo intymnej więzi pomiędzy Duchem a pamięcią apostołów. W trakcie ziemskiego życia słuchali słów, patrzyli na czyny Jezusa, nawet ich nie rozumiejąc. Po zmartwychwstaniu Duch pogłębiał w nich rozumienie tego, czego doświadczyli, a nawet pozwolił rozwinąć znaczenie słów Chrystusa: „Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca” (J 14,12). W ścisłym sensie uczynki te są przede wszystkim… słowami! To proroctwo Jezusa spełnia się najpierw w Ewangeliach, a po nich w całym przepowiadaniu Kościoła.

Co można zrobić, aby liturgia bardziej wyrażała wiarę w Zmartwychwstałego?

Po pierwsze liturgia musi być wpisana w nieprzerwany łańcuch świadectw od czasów apostolskich. Należy zatem zrezygnować z ciągłego jej unowocześniania, a taka tendencja występuje w Kościele od 50 lat. Absolutnie konieczne jest, aby to, co celebrujemy, było zakorzenione w przeszłości, która sięga czasów Świątyni Jerozolimskiej. Oznacza to, że należy celebrować tradycyjną liturgię. Ponadto liturgia musi na nowo stać się dziełem sztuki. Oprócz dzieł miłosierdzia, które ujawniają triumf życia nad śmiercią, potrzeba także „dzieł piękna”, które ukazują moc tego zwycięstwa. Dlatego należy dbać także o jakość pieśni liturgicznych, o piękno obrzędu. W ten sposób ujawnia się rewolucja przyniesiona przez zmartwychwstanie, które pozwala przezwyciężyć lęk przed śmiercią! Kapłani muszą zatem na nowo odkryć radość celebrowania obrzędu jako dzieła sztuki, bo Msza św. jest najpiękniejszym dziełem sztuki. Dzięki liturgii nawet najbiedniejsi mogą mieć dostęp do wielkiego piękna. Aby było jednak ono żywe, konieczne jest zaangażowanie artystów. A współpraca z nimi nie oznacza, że ​​trzeba iść za każdą proponowaną modą. ​​Muzycy, malarze, aktorzy – ci ludzie są zachwyceni, gdy Kościół daje im zlecenia i pomaga je realizować, wprowadzając ich w tajemnice i formy wiary. Tak więc kluczem do tego, by zamanifestować zmartwychwstanie w sposób liturgiczny, jest połączenie tradycji – dla nas łacińskiej – i sztuki. Tak naprawdę nikt do tej pory nie odważył się tego zrobić.•

Ojciec Olivier-Thomas Venard

dominikanin, doktor nauk biblijnych, teolog, wykładowca École Biblique et Archéologique w Jerozolimie, konsultor Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.