Jesteś dla nas darem

Krzysztof Błażyca

|

GN 2/2022

publikacja 13.01.2022 00:00

Uciekła z Tigraju. W czerwcu trafiła do ośrodka dla uchodźców w Polsce. Jej amharskie imię znaczy „Dar od Boga, ta, która łączy, która jest jednością”. Od grudnia Samrawit mieszka w lubelskiej wspólnocie sióstr białych. – Czuję się jak w domu. Przyjęta, zaakceptowana. Za to dziękuję.

S. Anafrida Biro, przełożona lubelskiej wspólnoty Sióstr NMP Królowej Afryki (z prawej) rozmawia z Samrawit, która od połowy grudnia mieszka ze wspólnotą misjonarek. S. Anafrida Biro, przełożona lubelskiej wspólnoty Sióstr NMP Królowej Afryki (z prawej) rozmawia z Samrawit, która od połowy grudnia mieszka ze wspólnotą misjonarek.
Krzysztof Błażyca /foto gość

Próbuje żyć, aby – jak mówi – „wszystko było dobrze”. Ale nie jest to łatwe. – W moim kraju dzień w dzień umierają ludzie. To ludobójstwo. Nie chcą nas. Ucinają ręce, zabijają. Okaleczają kobiety, aby nie rodziły. Nie chcą ani jednego więcej tigrajskiego dziecka. Wszyscy są na wojnie. Mój wujek, kuzyni… Ich matkę zabili na ich oczach. Siostrę wujka zgwałcili na jego oczach. Wszyscy mają powód, by walczyć – szlocha.

Pochodzi z okolic Mekelie, stolicy Tigraju, regionu w Etiopii. Ma dwie siostry. Studiowała na Wollo University w Dessie. – Lubię architekturę, rysunek, malarstwo. Chciałam zostać architektem, ale ojciec postanowił, że będę inżynierem – opowiada. Dziś nie ma kontaktu z rodziną. Nie wie, co się z nią dzieje. W Tigraju wszystko odcięte. Prąd, dostawy żywności, woda raz w tygodniu. Sieć komórkowa jest dostępna dopiero w regionie Amhara.

Ta rozmowa jest trudna dla Samrawit. Trudno jej wspominać: czas z rodziną odległy, rany wojny świeże. Wiele razy opowiadała o sobie, starając się o azyl. – W mojej historii nic się nie zmienia. Mnóstwo wspomnień, ale dotykanie ich bardzo boli… – mówi delikatnym głosem przez łzy. Ma rodzinę w Addis Abebie. – Jeśli przybywasz tam z Tigraju, nienawidzisz siebie. Jeśli usłyszą, że mówisz w języku tigrinia, to wezmą cię do więzienia, nawet zabiją. Wierzą, że jeśli zabiją choć jednego Tigrajczyka, otrzymują klucz do nieba – wyrzuca podniesionym głosem.

Ucieczka

Uciekła z kuzynkami. – Nasi sąsiedzi zostali zabici, wiele dziewcząt zgwałcono. Niełatwo żyć w takim kraju. Nie ma żadnego powodu, by zostać. Dlatego uciekłyśmy – mówi.

Z Adigrat w Tigraju przez miesiąc szły pieszo do Chartumu w Sudanie. Przez rzekę i dzikie, porośnięte chaszczami tereny. To była większa grupa ludzi. Wszystko zorganizowane. W Sudanie spędziły trzy miesiące. Stamtąd przedostały się do Turcji. Za transport i dalszą drogę każda z nich musiała zapłacić 3000 euro. Pomogła rodzina z Wielkiej Brytanii. W Turcji szmuglerzy zażądali więcej. Spędziły tam 11 tygodni. – Próbowałyśmy dostać się do Europy. Życie w Turcji jest bardzo trudne, gdy nie masz papierów. Bardzo się bałyśmy...

Te dni opisuje jako „życie pełne podejrzliwości”. Trafiły na opuszczoną stację benzynową, sześć godzin od Stambułu. Miejsce przeczekania dla nielegalnych migrantów. Spędziły w tym miejscu cztery noce. Potem pewien mężczyzna zabrał je do Izmiru, gdzie udało im się wejść do przyczepy tira. Tam pozostawały przez pięć dni. Był czerwiec. W przyczepie gorąco. – Próbowałam zlokalizować na mapie, gdzie jesteśmy, ale bateria w moim telefonie się wyładowała. Skończyło się jedzenie, woda… – opowiada Samrawit. Ostatniego dnia samochód zatrzymał się na długi postój. Trudno już było oddychać. Wołały kierowcę. – Przyszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich dał nam wodę, trzy tabliczki czekolady i kazał być cicho. Kierowca sprawiał wrażenie, że nic o nas nie wie – wspomina.

Noc spędziły w tirze. Nad ranem znalazła je policja. – Zabrali nas. Mogłyśmy się wyspać i wziąć prysznic.

Dobro

Samrawit mówi w tigrinia, po amharsku i angielsku. Kuzynki tylko w tigrinia. Dostały więc tłumaczy. – Było wiele pytań o rodzinę i o to, skąd jesteśmy. Co chcemy robić, gdzie jechać. Powiedziałam, że tam, gdzie jest bezpiecznie, gdzie nie ma wojny. „Jesteście w Polsce” – powiedzieli. Odparłyśmy, że chcemy zostać. Pozwolili nam aplikować o azyl. Bardzo to wszystko doceniam – mówi.

Historia Samrawit dotarła do ks. Mieczysława Puzewicza z Lublina. To dzięki niemu dziewczyna uciekająca z ogarniętego wojną Tigraju, która w czerwcu znalazła się w ośrodku dla uchodźców w Białej Podlaskiej, trafiła do wypełnionego rodzinną atmosferą domu Sióstr Białych Misjonarek Afryki. – Jestem tylko personelem naziemnym. Tu działa Pan Bóg – żartuje ks. Puzewicz. Od ponad 30 lat pomaga uchodźcom wraz z grupą ponad stu osób z lubelskiego Centrum Wolontariatu i Stowarzyszenia Solidarności Globalnej. – Zadzwonił do mnie Tomek Sieniow, założyciel Fundacji Instytut na Rzecz Państwa Prawa – opowiada. – Zajmują się pomocą prawną dla uchodźców. Powiedział mi o trzech dziewczynach z Etiopii, a potem dodał, że jest jeszcze czteroosobowa rodzina kubańska i sześcioosobowa afgańska. Skontaktowałem się z siostrami białymi. Pomogły też nazaretanki, franciszkanki, misjonarki miłości, ojcowie biali. Zaczęły się zgłaszać również osoby indywidualne. Kilku biskupów zaoferowało pomoc finansową. Po 24 godzinach mieliśmy miejsca dla 40 osób – opowiada ks. Puzewicz. W pomoc dla uchodźców angażuje się od 1992 r., kiedy prowadził duszpasterstwo w Łęcznej. – Zebraliśmy wtedy dwa tiry pomocy dla Bośni, z inicjatywy Janiny Ochojskiej. Rok później trafili tu uchodźcy z Bośni. Jeden z pierwszych ośrodków pomocy uchodźcom znajdował się w Lublinie. Były dwie główne migracje. Pierwsza po wojnie czeczeńskiej, druga po World Trade Center. Wtedy już powołałem Centrum Wolontariatu, a po śmierci Jana Pawła II powstało Stowarzyszenie Solidarności Globalnej – wspomina.

Droga

Przez lata wypracowano formy działania. – Wiedzieliśmy, jak jest na granicy. Liczą się przede wszystkim procedury. Chcieliśmy to odwrócić. Wolontariusze najpierw interesują się, jak ludzie się czują. Liczy się ciepłe, ludzkie podejście i to, że są osobą pierwszego kontaktu ze znajomością języka – mówi ks. Puzewicz. Centrum prowadzi m.in. przedszkola w ośrodkach pobytowych i realizuje autorski projekt partnerstwa rodzin skierowany do uchodźców. – By nastąpiła integracja, potrzebne jest autentyczne spotkanie. Braliśmy na weekend rodziny polskie i czeczeńskie. Jechaliśmy nad jezioro, rodziny się poznawały. Potem tamci zapraszali na bajram, nasi na wigilię, dzieci razem się bawiły…

Pojawiały się kolejne działania pomocowe w Gruzji, Armenii, na Ukrainie, w Kurdystanie. Na Białorusi w latach 2016–2018 Stowarzyszenie Solidarności Globalnej prowadziło ośrodek pomocy dla Czeczenów, uciekających przed prześladowaniami Ramzana Kadyrowa. – Do czasu, aż służby Łukaszenki uniemożliwiły działalność. Dziś niestety nie ma nas na Białorusi – mówi ks. Puzewicz. Wolontariusze pomagają Straży Granicznej i w ośrodkach pobytowych dla uchodźców od Białegostoku do Przemyśla. – Działamy od 1999 roku. Czasem wystarczy pomóc znaleźć mieszkanie na kilka miesięcy. W Ewangelii czytamy: „Byłem przybyszem i przyjęliście mnie”. Nie ma tu mowy o różnicach kulturowych, narodowych, religijnych. Przybysz jest kategorią religijną samą w sobie. Zdajemy sobie sprawę z różnic, ale przez lata nauczyliśmy się tego, co łączy – wspólne poczucie korzeni, ciężkiej drogi – mówi ks. Puzewicz.

Wdzięczność

Samrawit w ośrodku pobytowym dla uchodźców spędziła sześć miesięcy i dwa tygodnie. – Było trudno. Każdy szuka swojego miejsca. Dziewczyna z Syrii chce się modlić, inna chce śpiewać. Trudno o ciszę, spokojny sen – wspomina.

Co piątek odbywała spotkania z psychologiem. Otrzymywała różne zadania. Żeby było zajęcie. Od niedawna ma swój pokój w gościnnym domu pięcioosobowej, międzynarodowej (Tanzania, Ghana, Uganda, Polska) wspólnoty sióstr białych.

Siostra Anafrida (z Tanzanii), przełożona wspólnoty, przyznaje, że telefon od ks. Mieczysława z pytaniem o przyjęcie Samrawit odebrała krótko po modlitwie, na której myślała o tych, którzy potrzebują pomocy. – I pojawiła się ona. Dziś jest jedną z nas. Dzieli się z nami pięknem, jakie ma w sobie – misjonarka uśmiecha się, patrząc na świąteczne ozdoby wykonane przez Samrawit. Na razie otrzymała czasowy paszport. Ksiądz Mieczysław pomaga w zorganizowaniu studiów inżynieryjnych na jednej z uczelni.

– Mam poczucie pustki, bo mój kraj mnie nie akceptuje. Ta sytuacja jest dla mojego pokolenia dramatyczna. Nic nie możemy zrobić. Tylko czekać i modlić się.

Ale tu czuję się jak w domu. Przyjęta, akceptowana. I chcę dziękować. Kamila (jedna z sióstr – przyp. K.B.) powiedziała: „Modliłam się o przyjaciółkę, a Bóg dla mi ciebie”. Wszystko jest po coś. Czuję już tylko pokój. A kiedy przychodzą myśli o moim kraju, to idę do kaplicy – opowiada.

Ksiądz Mieczysław Puzewicz podkreśla, że wierzy w polski naród: – Wierzę, że powiedzenie: „Gość w dom, Bóg w dom” nie jest dla nas, Polaków, pustym sloganem. Bo przyjmować innych, uchodźców, to akt głęboko religijny i zbawienny. „Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie”. Jeśli zgłębi się teologię, to widać przecież, że o Bogu też jest napisane, że jest Inny. Ale przyjmowany, staje się bliski. •