Katocelebryci

Marcin Jakimowicz

„Gwiazdorzą zamiast ewangelizować” – słyszę o rozpoznawalnych nad Wisłą osobach „ze świecznika”, które zdecydowały się głosić Dobrą Nowinę.

Katocelebryci

Po pierwsze: śmieszy mnie często przywoływane mediach społecznościowych  określenie „katocelebryci”. Nie wiem, co miałoby oznaczać. To oskarżenie o popularność? Podszytą zazdrością „klikalność” na Youtube?

Nie sądzę, abym nie był sądzony. Na tym powinienem poprzestać. Zostawiam sąd Temu, który bada serca ogniem.
Po drugie: brak anonimowości, niemożność przejścia przez ulicę incognito, to cena, jaką niektórzy zdecydowali się zapłacić. Nie szukali jej.

Widziałem proboszcza, który musiał wziąć za frak mojego znajomego, służącego od lat modlitwą o uzdrowienie. Po to, by znalazł godzinkę, by w spokoju zjeść na plebanii obiad. Ustawiła się długa kolejka osób proszących o modlitwę. Nie obyło się bez prób emocjonalnego szantażu: „To ja przyjechałam tu z niepełnosprawnym synem aż z Wielkopolski, a pan nie ma dla nas czasu? Duch Święty na pewno chce, by pan się teraz pomodlił”. Proboszcz rzucił krótko: „Duch Święty chce, by teraz był obiad”.

– Po rekolekcjach w Spodku czy w Tauron Arenie ustawiają się do was długie kolejki – zaczepiłem dominikanina ojca Tomasza Nowaka. – Każdy ma jedynie chwilę, by wyrzucić z siebie coś najważniejszego na świecie, problem na śmierć i życie, historię choroby, opowieść o ciemności, depresji, zawirowaniach. Ucieka ojciec od takich sytuacji?

– Miałem z tym ogromny problem. Pamiętam, że kiedy szedłem modlić się do Pana Jezusa przy relikwiach bł. Piotra Jerzego Frassatiego, które przyjechały do nas na zakończenie rekolekcji, mówiłem: „Czemu Ty mi to robisz, ja nie chcę tak, żebym nie mógł normalnie przejść ulicą”. I wtedy usłyszałem w sercu głos: „Chcesz być taki jak Ja?”. Odpowiedziałem, że niczego bardziej nie pragnę, a On: „Ja tak miałem”. Wtedy sobie uświadomiłem, że Jezus też nie mógł spokojnie przejść, ale to nie spowodowało, że został gwiazdorem – został Zbawicielem. Jeśli tylko się nie dam od Niego w żaden sposób oddzielić, niech robi, jak uważa. To było dla mnie uzdrawiające, przełomowe i dało mi dużo cierpliwości. Jeśli ktoś mnie zaczepi na ulicy, żeby podziękować czy poprosić o błogosławieństwo, zdjęcie czy cokolwiek, pokornie – na ile umiem – spełniam jego prośbę i idę dalej. Oczywiście badam w sercu, czy nie gwiazdorzę, bo to nie miałoby sensu…

I po trzecie: od lat uspokaja mnie ponadczasowa intuicja Gamaliela: „Jeżeli od ludzi pochodzi ta myśl czy sprawa, rozpadnie się, a jeżeli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć”. Zostaw to. Jeśli to nie jest z Boga, padnie.