Wielkie nic

Tomasz Rożek

|

GN 37/2020

publikacja 10.09.2020 00:00

Kilkanaście dni temu ekscentryczny wynalazca i przedsiębiorca Elon Musk zaprezentował światu Neuralink. Urządzenie, które ma komunikować mózg z komputerem. Tak przynajmniej zapowiadał. Prezentacja była zrobiona dobrze, choć urządzenie, które pokazał, jest niewypałem.

Wielkie nic istockphoto

Łączenie mózgu z komputerem wydaje się naturalnym kierunkiem rozwoju technologicznego. W zasadzie w pewnym sensie nasze mózgi już ściśle współpracują z elektroniką, a w niektórych przypadkach ta współpraca jest dosłowna. Na przykład implanty dla osób sparaliżowanych czy dla cierpiących na niektóre choroby neurologiczne pozwalają wielu z nich funkcjonować w społeczeństwie. Jest jednak bardzo cienka (a może nie ma jej wcale?) granica pomiędzy pomocą potrzebującym a wspomaganiem zdrowych. Tej granicy nie da się zdefiniować. Bo jeżeli dzięki rejestracji i interpretacji fal mózgowych można sterować wózkiem inwalidzkim albo syntezatorem mowy, dlaczego dokładnie tego samego urządzenia nie można użyć np. do sterowania samolotem albo do obsługi urządzeń elektronicznych?

Centrum dowodzenia

Mózg to urządzenie bioelektryczne. Informacje przekazywane pomiędzy poszczególnymi jego elementami mają charakter impulsów elektrycznych (a mówiąc ściślej – chemicznych i elektrycznych). To zresztą domena nie tylko mózgu, ale całego układu nerwowego. Gdy się skaleczymy, gdy poczujemy na języku coś gorącego albo kwaśnego, gdy spadnie nam na palec u nogi młotek, mózg informowany jest o tych faktach dzięki przesyłaniu impulsów elektrycznych przez komórki nerwowe. Impulsy nerwowe wędrują też w drugą stronę, od mózgu w kierunku narządów czy mięśni. To dzięki impulsom mięśnie kurczą się – a więc serce bije, przepona pracuje (czyli oddychamy), chodzimy i szybko cofamy rękę, gdy ukłujemy się w palec. Jednak centrum dowodzenia nie tylko odruchami i reakcjami, ale także analizami i przemyśleniami, jest mózg.

Czy mierząc prądy płynące w mózgu, jesteśmy w stanie podsłuchiwać jego pracę? Teoretycznie tak, ale w praktyce to jeszcze bardzo długo będzie niemożliwe. I to z wielu powodów. Prądy płynące pomiędzy komórkami nerwowymi w mózgu są bardzo słabe. Nijak się mają do tych, które płyną np. w gniazdku elektrycznym. A to znaczy, że ich pomiar jest kłopotliwy, bo aby robić to dokładnie, trzeba byłoby podłączyć się do komórek nerwowych, albo chociażby do ich grup. A to przecież niewykonalne, bo oznaczałoby ingerencję w strukturę mózgu. Z elektrodami trzeba byłoby dostać się do środka mózgu, i to w wiele różnych miejsc. Z praktycznego i etycznego punktu widzenia nie da się tego u człowieka zrobić. Dzisiaj nawet u zwierząt laboratoryjnych to niewykonalne. Oczywiście w bardzo ograniczonym zakresie robi się tego typu eksperymenty w laboratoriach, np. na myszach czy szczurach, ale dotyczą one odczytywania prądów albo inicjowania reakcji w którymś konkretnym obszarze mózgu, a nie w całym mózgu równocześnie. Jest jeszcze coś, co może jest najważniejsze. Zarejestrowanie sygnałów to jedno, a ich rozumienie to coś zupełnie innego.

Podglądanie pamięci

W 1929 roku powstał pierwszy zapis sygnału EEG, czyli elektroencefalografia. To metoda polegająca na rejestrowaniu aktywności elektrycznej mózgu, ale bez konieczności przeprowadzania operacji i wszczepiania do mózgu elektrod. Wspomnianą aktywność mierzy się na powierzchni skóry czaszki. Tym sposobem możemy „podsłuchiwać” mózg, ale nie cały, tylko neurony leżące najbliżej powierzchni czaszki, a więc te, które budują korę. Dzięki tym podsłuchom można wyciągać wnioski dotyczące stanów padaczkowych, niektórych chorób, a nawet niektórych zatruć (np. metalami ciężkimi). Można sprawdzać, czy mózg pracuje, stwierdzić stany śpiączki, a także próbować leczyć zaburzenia snu. Nie ma jednak mowy o odczytywaniu myśli, o „podglądaniu” pamięci czy snów. Dzięki falom mózgowym można sterować wózkiem inwalidzkim, zaawansowaną protezą czy syntezatorem mowy. Jednak ich przydatność jest ograniczona, a urządzenia zwane interfejsami mózg – komputer nie mają tak szerokich zastosowań, jakbyśmy chcieli (albo jak widzieliśmy w fantastycznych filmach).

I tutaj na scenę wchodzi Elon Musk i mówi, że wybuduje urządzenie, które naprawdę połączy komputer z mózgiem człowieka. Pierwsze próby zostały wykonane w 2019 roku, w czasie eksperymentów prowadzonych na szczurach. Mocno zapowiadana konferencja Muska sprzed kilku dni miała przynieść rewolucję. To na niej miał zaprezentować urządzenie, które „zmieni wszystko”. Konferencja odbyła się, ale nawet najwięksi fani ekscentrycznego wynalazcy byli zawiedzeni. Elon pokazał urządzenie, ale w zasadzie – poza słowami – nie zaprezentował żadnych jego funkcjonalności.

Neuralink ma być wszczepiany bezpośrednio do mózgu, a w czasie konferencji pokazano jego działanie na przykładzie świni o imieniu Gertrude. Na człowieku (i całe szczęście) nie został jeszcze przetestowany.

Po co to?

Świnia nie chodziła po scenie, była w zagrodzie, a Elon pokazywał aktywność jej mózgu. No ale to mógł zrobić bez wiercenia jej dziury w czaszce i wszczepiania procesora wprost do mózgu. Mógł jej po prostu przykleić elektrody do czaszki. Urządzenie jest w bardzo wstępnej fazie opracowania, a finalna jego wersja ma mieć sieć ponad 1000 elektrod, które będą wprowadzone w różne części mózgu. Komunikacja z komputerem dzisiaj odbywa się za pomocą bezprzewodowego modułu Bluetooth, ale sami twórcy Neuralinka wspominają, że szukają innego rozwiązania. Bluetooth nie pozwala na szybki transfer danych, a ten jest podstawą działania interfejsu. Chip w mózgu jest wyposażony w baterię, która wystarczy na mniej więcej dobę pracy. Jej ładowanie ma być bezprzewodowe. Czyżby ładowarka indukcyjna wszyta w poduszkę? Wszczepienie Neuralinka wymaga zrobienia otworu w czaszce, który po zainstalowaniu urządzenia będzie uzupełniany usuniętym wcześniej fragmentem czaszki. Aby tego typu operacje przebiegały w przyszłości sprawnie, Musk już zapowiedział stworzenie specjalnego robota chirurgicznego, który będzie takie operacje wykonywał samodzielnie, bez udziału człowieka.

Po co komu Neuralink? Tutaj Elon był bardzo wylewny. Stwierdził, że dzięki niemu będzie można zapisywać i odtwarzać wspomnienia, choć nie zdradził nawet słowem, jak chce to zrobić. Urządzenie mogłoby się komunikować np. z urządzeniami domowymi, choć z drugiej strony już dzisiaj można się z nimi komunikować za pomocą głosu, elektronicznego zegarka albo smartfona. Na konferencji podkreślano też funkcję diagnostyczną, ale i tutaj elektroniczne smartzegarki radzą sobie całkiem dobrze. Są i bardziej abstrakcyjne zastosowania, takie jak np. wzmacnianie pamięci czy wgrywanie informacji. I znowu na konferencji nie wyjaśniono, jak te niezwykle skomplikowane procesy mają zostać przeprowadzone. Podobnie nie wiadomo, jak Neuralink ma leczyć depresję czy uszkodzenia mózgu.

Wydmuszka

Mózg jest najbardziej skomplikowaną częścią naszego ciała. Im więcej o nim wiemy, tym wyraźniej widzimy, że jego złożoność nas przerasta. To, co obiecywał Elon Musk, jest nie do przeprowadzenia na fundamencie naszej dzisiejszej wiedzy. Kiedyś może będzie to możliwe, ale budowane dzisiaj urządzenie nie może mieć funkcjonalności, których dzisiaj nie ogarniamy. Musk wspomniał, że Neuralink jest w początkowej fazie rozwoju, a na jego opracowanie przyjdzie jeszcze poczekać kilka lat. Może lepiej było wtedy zorganizować konferencję?

Cyborgizacja to proces, z którym już mamy do czynienia. Na razie elektroniczne chipy czy stymulatory wszczepiamy ludziom chorym, ale historia wskazuje, że jak tylko zajdzie potrzeba i będzie odpowiednie narzędzie, zaczniemy je wszczepiać zdrowym. Czy jednak tym, co nasi potomni będą mieli w mózgu, będzie Neuralink? Mam poważne wątpliwości. Na razie to projekt czysto wizerunkowy. Żeby nie powiedzieć – wydmuszka.•