Czas milczenia?

Andrzej Grajewski Andrzej Grajewski

|

GN 05/2020

dodane 30.01.2020 00:00

Prof. Wojciech Świątkiewicz opowiada o reakcji społeczności akademickiej na wszczęcie postępowania dyscyplinarnego wobec prof. Ewy Budzyńskiej.

Czas milczenia? roman koszowski /foto gość

Andrzej Grajewski: 31 stycznia Komisja Dyscyplinarna UŚ rozpatrzy wniosek rzecznika dyscyplinarnego prof. Wojciecha Popiołka o udzielenie nagany prof. Ewie Budzyńskiej za poglądy, które rzekomo miała prezentować podczas wykładu. Jakie znaczenie dla społeczności akademickiej będzie miała ta decyzja?

Prof. Wojciech Świątkiewicz: Dodam, że wniosek prof. Popiołka dookreśla funkcję tej nagany, wskazując na jej prewencyjny charakter zarówno w zakresie prewencji ogólnej, jak i szczegółowej. Muszę powiedzieć, że jestem w najwyższym stopniu zdumiony tymi sformułowaniami. Jak można do postępowania dyscyplinarnego, administracyjnego, wewnątrzuczelnianego wprowadzać pojęcia z obszaru prawa karnego?

Może nagana ma być nie tylko karą dla prof. Budzyńskiej?

Intencja tego wniosku jest taka, aby Komisja Dyscyplinarna, a więc uniwersytecki sąd – gdyż taki jest jej status – orzekała w taki sposób, aby inni pracownicy uniwersytetu wzięli to pod uwagę. Być może, aby się też wystraszyli.

Prawo ma działać jako instrument ograniczający wolność akademicką?

Wolność akademicką, wolność myśli i pluralizm poglądów. Należy wziąć pod uwagę, że uniwersytet jest wspólnotą uczących się i tych, którzy uczą. Wszyscy jej członkowie mają równe prawa obywatelskie, zarówno studenci, jak i nauczyciele akademiccy. Jeśli stoimy na stanowisku – a takie jest moje zdanie – że studenci mają prawo do własnych poglądów, nawet krytycznych, wobec wyników badań naukowych, oceny zjawisk społecznych czy zapisów konstytucyjnych, to takie same prawa mają także profesorowie.

Sprawa bulwersuje środowisko akademickie czy przechodzi się obok niej obojętnie?

W najbliższej mi przestrzeni środowiska akademickiego, w którym uczestniczę, niczego nie słyszę.

Nie rozmawia się o tym?

Nie, przynajmniej w moim środowisku. Milczenie jednak też jest komunikatem społecznym. Niezwykle ważnym.

Profesor Budzyńska pracowała wśród was 28 lat i nie rozmawiacie o tym, dlaczego odeszła?

Nie rozmawiamy. W każdym razie ja w takich rozmowach nie uczestniczyłem. Jest czas milczenia. To jednak bardziej ogólne zjawisko. Doświadczyłem go w różnych sytuacjach życiowych. Jeśli dzieje się coś, co jest kontrowersyjne, trudne, może budzące niepokój, zapada głęboka cisza, która czasami jest symbolem sytuacyjnego konformizmu.

Pan przerwał ją, pisząc list w obronie profesor Budzyńskiej do rektora, dziekana oraz dyrektora instytutu.

Dokument napisałem w styczniu 2019 r., kiedy dowiedziałem się o skardze studentów z końca grudnia 2018 r. Wyraziłem w nim swoje stanowisko, a później zapadła cisza.

Nie musiał Pan zabierać głosu?

Nie musiałem, ale uważam to za mój obowiązek akademicki.

Otrzymał Pan odpowiedź od któregoś z adresatów listu?

Żaden z nich mi nie odpowiedział.

Od blisko 28 lat współpracował Pan z prof. Budzyńską, także jako jej przełożony. W liście wystawił jej Pan jak najlepsze świadectwo.

Mam duże uznanie dla jej dorobku naukowego i pracy dydaktycznej.

Czy w przeszłości pojawiały się krytyczne uwagi ze strony studentów pod jej adresem?

Nigdy takich nie słyszałem, a dodam, że przez osiem lat byłem dyrektorem Instytutu Socjologii Uniwersytetu Śląskiego.

Przez te wszystkie lata prof. Budzyńska sumiennie i rzetelnie wywiązywała się ze swych obowiązków?

Tak to oceniam.

Skarżący się studenci domagali się „podjęcia działań wyjaśniających”. Rektor UŚ nakazał zaś wszczęcie postępowania, co świadczyłoby o jego przekonaniu, że w tej sprawie należy podjąć działania dyscyplinujące.

Pan rektor podjął taką decyzję suwerennie.

Miał inne możliwości zareagowania. Dlaczego więc zdecydował się na takie działanie?

(Milczenie)

Pana milczenie zostanie zaznaczone w naszej rozmowie.

Musimy to tak zostawić. Rzecznik prasowy rektora tłumaczył, że w tej sytuacji rektor nie miał innego wyjścia jak wszcząć postępowanie wyjaśniające. Przyznaję, że mnie to wyjaśnienie nie zadowala. Gdybym był rektorem, nie chciałbym, aby taki obraz przedstawiano społeczności akademickiej. Trudno bowiem przyjąć, że rektor nie ma innych kompetencji niż możliwość przeniesienia papierów z jednej strony biurka na drugą. Tym bardziej że pismo studentów było adresowane „do Rektora przez Dziekana Wydziału i Dyrektora Instytutu”.

Czy ktoś rozmawiał ze studentami, którzy nie podpisali się pod skargą?

Według mojej wiedzy nie. Rzecznik rozmawiał tylko z czterema osobami, które podpisały się pod skargą do rektora.

Studenci rozmawiają o tej sprawie?

Pewnie tak. Ja znajduję się jednak w obszarze milczenia. Choć nie wyobrażam sobie, aby sprawa tak mocno nagłośniona przez media nie była przedmiotem rozmowy w środowisku studenckim.

Wykładowcy UŚ, z którymi rozmawiałem, obawiają się, że wszczęcie postępowania dyscyplinarnego wobec prof. Budzyńskiej zagraża wolności akademickiej.

Ta obawa jest uzasadniona. Abstrahując od tego konkretnego przypadku, od osoby, a nawet od treści tego sporu, to gdzieś u jego podstaw są reguły i zasady wolności i wartości akademickich. Rzecznik dyscyplinarny powinien być strażnikiem tych reguł, a w tym przypadku – w moim przekonaniu – zdecydowanie wykroczył poza tę rolę.

Uderzające jest, że skarga studentów liczy nieco ponad trzy strony, a rzecznik napisał ideologiczny manifest na 38 stron.

Wkraczamy w obszar interpretacji, którą ja określiłbym jako zagubienie wśród reguł i zasad, których powinno się pilnować. Z tego niestety zrobiono spór ideologiczny. A przecież można było pomyśleć o innym rozwiązaniu sprawy.

Jakim?

Koncentrującym się na przykład na aspekcie dydaktycznym. Skarga studentów dotyczy w gruncie rzeczy pewnych relacji o charakterze dydaktycznym. Problemów z komunikacją: co pani profesor chciała powiedzieć, a co oni zrozumieli. Sprawę można więc było rozważyć na tej płaszczyźnie. Było wiele sposobów interpretacji, wybrano ideologiczną, najgorszą z możliwych, moim zdaniem.

W piśmie zwrócił Pan uwagę, że skarga studentów przypomina czasy komunistyczne, gdy aktyw studencki skarżył się na uniwersyteckich profesorów, „którzy nie mieścili się w jedynej słusznej ideologicznej przestrzeni”. Czytając skargę, nie miałem wrażenia, aby to było pismo grupy poirytowanych studentów.

Dlatego gdybym dzisiaj pisał pismo do rektora, dodałbym, że skarżący się studenci w istocie służą jako instrument do zawłaszczania przestrzeni uniwersyteckiej przez „jedynie słuszną ideologię”. W moim przekonaniu studencki „pakiet skargowy” jest ilustracją inwazji „hałaśliwej ideologii”, próbą jej implementacji w katowickie środowisko uniwersyteckie, a postanowienie rzecznika wskaźnikiem etapu i zaawansowania tej penetracji. Ewa Budzyńska była „dobrze wybranym” obiektem: wykłada socjologię rodziny, a rodzina jest obszarem wojny ideologicznej. Ma opinię katolickiej profesorki z poglądami wyrażanymi w „dookreślonym języku”.

Między innymi w związku z tą sprawą wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział nowelizację ustawy o nauce i szkolnictwie wyższym, aby zapewnić ochronę wolności wypowiedzi i badań na uczelniach. Jest ona potrzebna?

Wokół nas jest nadmiar regulacji prawnych. Jestem głęboko przekonany, że zapisami prawnymi wszystkiego nie da się uregulować. Zawsze będą jakieś możliwości interpretacji przepisów lub ich obchodzenia. Liczę więc w tej sprawie na konsultacje oraz mądrość i roztropność tworzących takie regulacje. Jednocześnie pewne gwarancje wolności akademickich są niezbędne, skoro są one naruszane, o czym ostatnio relatywnie często słyszymy. W żaden jednak sposób nie powinno to być włączane w system prawa karnego.

Dzisiaj przy władzy jest formacja prawicowa. Abstrahując od zastrzeżeń wobec jakości jej rządów, niewątpliwie chroni nas przed ideologicznym szantażem zwolenników rewolucji obyczajowej. To się jednak kiedyś zmieni i rządzący być może będą sprzyjać takiemu karaniu.

Wtedy praktyka takich działań, jakich doświadczyła prof. Budzyńska, może się stać powszechna. Na to zagrożenie wskazałem w moim liście z lutego 2019 r. Jest to w jakimś sensie powrót do tamtej rzeczywistości, o której mówimy, że jest słusznie miniona. Dobrze pamiętam ją z czasów, gdy byłem uniwersyteckim asystentem. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych XX wieku zwolniono z uniwersytetu instytutową koleżankę tylko dlatego, że ktoś pokazał władzom PZPR jej zdjęcie, jak bierze udział w procesji Bożego Ciała. Zacząłem pracować w 1975 r. i pamiętam inaugurację roku akademickiego. Przemawiał wówczas ówczesny dziekan, podkreślając, że ktoś, kto nie ma światopoglądu socjalistycznego, nie powinien pracować na uniwersytecie. Wtedy był inny kontekst komunikacyjny. Ta narracja gdzieś się później rozmywała bez poważniejszych konsekwencji. Ne było takiego zacietrzewienia, jakie jest dzisiaj, i rozhuśtania emocji skutkującego erupcją różnych postaci nienawiści, co prof. Budzyńską także dotyka.•

Prof. zw. dr hab. Wojciech Świątkiewicz

Od 1975 r. związany z Uniwersytetem Śląskim, autor wielu publikacji, m.in. na temat socjologii kultury, przez dwie kadencje był dyrektorem Instytutu Socjologii Uniwersytetu Śląskiego.

Tagi: