„Tak” Bogu – dar dla ludzkości

Lucia Abignente

|

GN 05/2020

dodane 30.01.2020 00:00

Opatrzność wzywała ją, by otworzyła nowe szlaki chrześcijańskiego życia, ale potrzeba było odwagi, by iść naprzód...

Jan Paweł II z wizytą w Międzynarodowym Centrum Ruchu Focolari  w Rocca di Papa,  19 sierpnia 1984 r. Jan Paweł II z wizytą w Międzynarodowym Centrum Ruchu Focolari w Rocca di Papa, 19 sierpnia 1984 r.
zdjęcia © CSC audiovisivi

To były moje zaślubiny. Poślubiłam Boga… W tych kilku słowach Włoszka Chiara Lubich (1920–2008) po latach oddaje najgłębszy sens swojego całkowitego, na zawsze, poświęcenia się Bogu. Było to 7 grudnia 1943 roku w Trydencie. Miała wtedy 23 lata. Wcześniej wyraźnie usłyszała: „Podaruj mi się cała”. Powiedziała o tym kapłanowi, który, chcąc ją wystawić na próbę, uświadomił jej: „Twoje rodzeństwo będzie miało rodziny, ty zostaniesz sama”. A ona na to z głębokim przekonaniem: „Dopóki na ziemi będzie choć jedno tabernakulum, nie będę sama”.

Poświęciła się Bogu wczesnym rankiem mroźnego, zimowego dnia. Bez rozgłosu, zwyczajnie – trzy czerwone goździki były jedyną oznaką święta. Nic nie zapowiadało przygody, która się właśnie rozpoczynała. Dzień ten przeszedł do historii jako dzień narodzin Ruchu Focolari (oficjalna nazwa to Dzieło Maryi). Zaraz potem, w Wigilię Bożego Narodzenia 1943 r., precyzuje się zasadniczy aspekt powołania Chiary i perspektywy, która się otwiera. Czuje, że Bóg chce, aby zostawiła wszystko. Postanawia wstąpić do klasztoru. „Powiedziałam Bogu »tak«, chociaż wśród łez i rozdarcia, ponieważ coś się we mnie buntowało” – opowie później.

Bilet wstępu do świętości

Spowiednik jednak – widząc, że wokół Chiary zaczynają się gromadzić młodzi ludzie – zapewnia, że klasztor nie jest dla niej wolą Bożą. W duszy młodej Chiary pojawia się światło: „Zrozumiałam, że z pewnością istnieją bardziej lub mniej doskonałe stany życia, jednak doskonałość osiąga się wyłącznie dzięki spełnianiu woli Bożej”. A później kolejna myśl: „Aby zostać świętym, wystarczy czynić wolę Bożą”. Oczom Chiary ukazuje się droga do świętości dostępna dla każdego człowieka: „mężczyzn i kobiet, ludzi wykształconych i prostych, intelektualistów i robotników, matek i osób konsekrowanych, świeckich i kapłanów, młodych i starszych, rządzących i obywateli”. Wola Boża staje się niejako „biletem wstępu do świętości” dla rzesz.

Każdy, kto chce podążać za Chrystusem, niezależnie od obranej drogi, nie może nie przylgnąć do największej tajemnicy Odkupienia. Dla Chiary przylgnięcie to wyraża się w decyzji, by kochać Jezusa w momencie, który stanowi szczyt Jego cierpienia i miłości. Jest to chwila, kiedy na krzyżu, krótko przed swą śmiercią, głośno woła do Ojca: „Boże mój, Boże mój, dlaczego Mnie opuściłeś?”. Zaczyna rozumieć, że cierpienie człowieka jest nieodłącznie związane z tym wołaniem, które jest nieskończonym paradoksem, i że nigdy nie ogranicza się jedynie do własnego tylko życia.

Doświadcza tej prawdy 13 maja 1944 roku. Tego dnia Trydent zostaje mocno zbombardowany. Rodzina Lubich musi szukać innego schronienia, ponieważ jej dom został zniszczony. Chiara jednak wcześniej obiecała, że nie wyjedzie z Trydentu i nie opuści osób, które skupiły się wokół niej, dlatego z bólem żegna rodziców i rodzeństwo i idzie w stronę leżącego w gruzach miasta. Po drodze spotyka zrozpaczoną kobietę, która straciła czterech swoich bliskich. Wtedy uświadamia sobie, że musi odsunąć na bok własne cierpienie, aby móc objąć cierpienie ludzkości. Pociągnięte jej przykładem także inne dziewczęta postanawiają wybrać Boga. Zamieszkują razem z Chiarą i tak rodzi się pierwsza wspólnota focolare.

Pojawia się tzw. czwarta droga, której powstanie Chiara przeczuła, mając zaledwie 19 lat, kiedy w październiku 1939 r. była w Loreto. Tam według tradycji znajduje się dom przeniesiony z Nazaretu, w którym mieszkała Święta Rodzina. „Czwarta droga” zawiera w sobie elementy każdego z trzech powołań powszechnie podejmowanych wówczas w Kościele (życie kapłańskie lub zakonne, małżeństwo, konsekracja osób świeckich), ale nie wyczerpuje się w żadnym z nich.

Na wzór Świętej Rodziny z Nazaretu focolare jest wspólnotą żyjącą pośród świata, składającą się z osób konsekrowanych i małżonków, wszystkich – choć na różne sposoby – poświęconych Bogu. Później Chiara Lubich określi focolare jako „niebiański wynalazek macierzyńskiej miłości Maryi, aby Jej dzieci mogły się formować i stawać podobne do Niej”.

Mówi również, że każdy członek wspólnoty powinien wzrastać „pomiędzy dwoma ogniami”, gdzie wysiłek osobisty jest mocno połączony z wymiarem wspólnotowym. Wyjaśnia: „Asceza fokolarina polega na utrzymywaniu głębokiego zjednoczenia z Bogiem w sobie (słuchając głosu sumienia, który wskazuje wolę Bożą, adorując Boga w Eucharystii, kochając Go w rozważaniu, obejmując na krzyżu za każdym razem, gdy On się objawi, żyjąc Słowem Życia i realizując nauczanie Kościoła), i z Bogiem obecnym we wspólnocie: z Jezusem pomiędzy dwoma lub więcej, z Jezusem szczególnie obecnym w odpowiedzialnym (…) i z Jezusem obecnym w innych braciach, których należy kochać i którym należy nieustannie służyć – tak, by Jezus, Brat par excellence, był zawsze obecny pomiędzy wszystkimi”.

Jest to forma konsekracji w świecie, wśród ludzi – jak Jezus, Maryja i Józef – i jako dar dla świata. Dziewictwo jest dla Chiary „synonimem miłości, która jak ogień spala wszystko, jest uczestnictwem w życiu Boga-Miłości”. Chodzi więc o dziewictwo promienne, które nie jest ucieczką od ludzi, lecz raczej pełnią: „Tak więc, aby być czystym, nie trzeba pozbawiać serca miłości i tłumić uczuć. Trzeba rozszerzyć serce na miarę Serca Jezusa i kochać wszystkich” – powie Chiara.

Serce matki

Świecki charakter tej nowej rzeczywistości kościelnej od samego momentu jej pojawienia się posiada bardzo innowacyjne cechy. Podkreślił to przewodniczący ówczesnej Papieskiej Rady ds. Świeckich kard. Stanisław Ryłko, mówiąc o roli Chiary Lubich: „To był początek lat 40. XX wieku: nie do pomyślenia były wówczas zbliżający się Sobór Watykański II, rzeczywistość ruchów kościelnych – dziś tak powszechna i budząca nadzieję – oraz sama koncepcja »ruchu kościelnego«. Opatrzność wzywała ją, by otworzyła nowe szlaki chrześcijańskiego życia, ale potrzeba było odwagi, by iść naprzód... Chiara odpowiedziała »tak«”. Z tego powodu „w pewnym sensie nie jest przesadne stwierdzenie, że to właśnie ona, Chiara, była prekursorką w tych odległych latach 40. ubiegłego wieku tej »nowej epoki stowarzyszeń« i tej nowej »wiosny Ducha«, które przeżywamy teraz w Kościele”.

Łaska charyzmatu Bożego przyjęta w wierności – oświecona także przez dar intensywnego doświadczenia mistycznego w roku 1949, kiedy to Bóg w nowym świetle daje poznać Chiarze odwieczne prawdy wiary – sprawiła, że jej życie dało Kościołowi i ludzkości strumień nowego życia duchowego, proroczego, uniwersalnego jednocześnie. Powołanie, by odpowiedzieć na modlitwę Jezusa do Ojca: „Aby wszyscy byli jedno” (por. J 17,21), które Chiara mocno czuła już w czasie wojny, było przez nią nieustannie realizowane poprzez wysiłek, by na każde ludzkie cierpienie patrzeć jako na wyraz opuszczenia Jezusa na krzyżu. Można więc powiedzieć, że żadna sytuacja, żadna osoba nie były jej obce.

Ludzie w różnym wieku, różnego powołania i pochodzenia społecznego, różnych wyznań chrześcijańskich, religii, a także przekonań znaleźli otwarte matczyne serce w Chiarze, która z wielką mądrością łączyła wierność Bogu i Kościołowi z akceptacją i przyjęciem każdego bez jakichkolwiek uprzedzeń. Nie dziwi zatem, że na audiencji udzielonej grupie biskupów, przyjaciół Ruchu, Jan Paweł II zwrócił się do nich: „Wasza matka, Chiara!”. Nie zdumiewa również, że tajlandzki mnich buddyjski Phramaha Thongratana Thavorn tak się publicznie wyraził: „Często mówię moim chrześcijańskim braciom i siostrom z Ruchu Focolari: »Mama Chiara jest nie tylko wasza, jest także nasza«. Co więcej, ona należy do całego świata”.

Otrzymała wiele odznaczeń: od Nagrody Templetona za postęp w dziedzinie religii (Londyn, 1977), przez Nagrodę ­UNESCO za Wychowanie dla Pokoju (Paryż, 1996), po 16 doktoratów honoris causa (pierwszy otrzymała na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w 1996 r.). Przyjęła je wyłącznie na chwałę Bożą. Były one jakby echem tego żarliwego pragnienia z młodości, by kochać Boga i sprawić, by inni Go kochali; pragnienia, które – w miarę zbliżania się ostatecznej godziny spotkania z Nim – sprawiło, że głęboko odczuła jako swoje słowa belgijskiego teologa Jacquesa Leclercqa: „W Twoim dniu, mój Boże, przyjdę do Ciebie z moim najśmielszym marzeniem: przynieść Ci świat w moich ramionach”.

tłumaczenie Hanna Bzikot

Człowiek obok człowieka

Oto, co najbardziej pociąga   w naszych czasach:   wejść w najwyższą kontemplację,   a pozostawać wśród ludzi,     człowiek obok człowieka.     Chciałabym powiedzieć więcej:   zniknąć w tłumie,   aby przepoić go tym, co Boże,   tak jak nasiąka   kawałek chleba w winie.     Chciałabym powiedzieć więcej:   włączeni w zamysł Boga   wobec ludzkości   wplatać w rzesze wątek światła   i jednocześnie dzielić z bliźnim   poniżenie, głód, ciosy, chwile radości.     Ponieważ tym, co najbardziej pociąga   i w naszych, i w każdych czasach   jest to, co najbardziej ludzkiego, a zarazem Boskiego   można pomyśleć:   Jezus i Maryja,   Słowo Boże – syn cieśli,   Stolica Mądrości – matka domu.   Tekst napisany w 1959 r.

Nie wybrałem kapłaństwa, lecz Boga

Urodziłem się w Pradze, w Czechach, w chrześcijańskiej rodzinie. Jako chłopiec myślałem o kapłaństwie, ale... zostałem lekarzem.

Poznałem Ruch Focolari w gimnazjum. Wtedy zacząłem również przeżywać swoje pierwsze doświadczenia z żywym Słowem. Pamiętam, że w domu z młodszym bratem musieliśmy codziennie ścielić łóżko do spania. Ponieważ żaden z nas nie robił tego chętnie, zamienialiśmy się każdego wieczoru. Pewnego dnia brat powiedział, że już więcej nie będzie tego robił. Wtedy powiedziałem sobie – spróbuję. I zacząłem ścielić łóżko codziennie. Po jakimś czasie wieczorem brat wchodzi do kuchni i mówi: „Już przygotowałem łóżko”... Dla mnie była to odpowiedź Boga. Przekonałem się, że Ewangelia „działa”!

Zastanawiałem się wciąż, czego Bóg chce ode mnie... Studiowałem medycynę, a gdy byłem w połowie studiów, fokolarini z Pragi zaprosili mnie do NRD na spotkanie Ruchu, zwane Mariapoli. Miałem inne plany, ale zgodziłem się pojechać. To właśnie w tych dniach usłyszałem w duszy głos: „Idź do focolare!”. Wmówiłem sobie wtedy, że to wytwór wyobraźni… Jednak ten głos wciąż mi towarzyszył! Poszedłem do mojego spowiednika, a on zapytał mnie: „A nie sądzisz, że może to być głos Jezusa?”. I nie mogłem powiedzieć „nie”... Tak zaczęła się moja przygoda, która trwa od ponad 30 lat.

Kiedy zaczynałem pracę jako młody lekarz, tym, co dawało mi szczęście, było proste codzienne życie z Jezusem obecnym wśród nas, w naszej małej wspólnocie focolare. Gdy pracowałem na oddziale intensywnej terapii dzieci, moi mali pacjenci stali się pacjentami nas wszystkich – moi bracia z focolare też się za nich modlili. Zacząłem spotykać się też ze śmiercią dzieci, której nie sposób po ludzku zrozumieć. Wiele z nich w tych latach zmarło na moich rękach... Musiałem też opanować sztukę komunikowania się z rodzinami moich pacjentów. Nie jest łatwo powiedzieć rodzicom, że ich dziecko zmarło lub że jego stan jest bardzo poważny. Ale starałem się również wtedy wprowadzać w życie słowa Ewangelii: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Tak więc należało nie tylko widzieć Jezusa w tych rodzicach, lecz także rozmawiać z nimi tak, jakbym rozmawiał z Jezusem – a zatem nie mogłem kłamać, musiałem mówić prawdę – i wtedy sam Jezus, o czym jestem przekonany, podpowiadał mi odpowiednie słowa.

Po wielu latach życia w focolare w mojej duszy znowu pojawił się głos, jak wiele lat temu – „kapłaństwo”. Zrozumiałem, że był to Jego głos. Podzieliłem się tym z moimi braćmi. Rozpocząłem studia teologiczne. Po ich ukończeniu nie stałem się kapłanem automatycznie. Czekałem na odpowiedni moment. Dopiero kilka lat później podjąłem decyzję przyjęcia święceń. Ja nie wybrałem kapłaństwa. Wybrałem Boga, aby iść za Nim, a to On chciał, abym został kapłanem. Moje kapłaństwo przeżywam, służąc także wspólnocie Ruchu w różnych miejscach. Chociaż jestem księdzem, nadal pracuję w pogotowiu.

Martin Uher z Katowic

Dla Ciebie, Jezu

Kiedy miałam 16 lat, pojechałam na pierwsze spotkanie Ruchu – były to letnie rekolekcje Mariapoli. Tematem przewodnim był Jezus opuszczony.

Niewiele zrozumiałam z usłyszanych tematów i świadectw, ale pod wpływem atmosfery, jaka tam panowała, zapragnęłam całą sobą ukochać Jezusa opuszczonego. Miałam w tym czasie niełatwy kontakt z tatą, choć go kochałam. Było mi trudno spojrzeć na niego nowymi oczami, ale właśnie z miłości do Jezusa opuszczonego podjęłam takie postanowienie. Kiedy wróciłam do domu, okazało się, że tata jest w szpitalu. Dzień wcześniej miał operację. Diagnoza: rak krtani. Ostatnie sześć miesięcy jego życia to czas stałej obecności Jezusa w naszym domu, ukochania Jezusa cierpiącego w osobie taty. Kiedy wracałam ze szkoły, powtarzałam: „Dla Ciebie, Jezu”, gdy zmieniałam tacie opatrunki mówiłam: „Dla Ciebie, Jezu”, i tak przy każdej czynności. Stan zdrowia taty pogarszał się stopniowo. Wtedy pewien kapłan powiedział mi, że gdy tata będzie umierał, przyjdą po niego Jezus i Maryja. Pewnej nocy postanowiłam czuwać przy nim. Nie umarł tamtej nocy, ale właśnie wtedy, czuwając, usłyszałam w sercu głos Jezusa i poczułam, że chcę oddać moje życie tylko Jemu.

W tym roku mija 35 lat, od kiedy zamieszkałam we wspólnocie. Kolejne wydarzenia w moim życiu były już konsekwencją tego wyboru. Moje poświęcenie się Bogu, złożone śluby mają pomóc w tym, by zawsze stawiać Boga na pierwszym miejscu. Ślub czystości, bym była wolna od innych osób, bym moje relacje z każdą osobą budowała ze względu na Boga; ślub ubóstwa, by żadna rzecz nie zajmowała Jego miejsca; ślub posłuszeństwa, bym była wolna od siebie samej.

Irena Poloczek z Poznania

Tagi: