Fotograf z Auschwitz

Aleksandra Pietryga

dodane 29.01.2020 15:00

Przez 5 lat, dzień w dzień, fotografował więźniów z transportu. Kto dziś wchodzi w korytarze Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, mija po drodze setki takich czarno-białych fotografii. "Widziałem tylko te oczy, godzina za godziną, jedne za drugimi" - wyznawał po latach.

Fotograf z Auschwitz Wilhelm Brasse był autorem "zdjęć policyjnych" w Auschwitz. Wykonał ponad 50 tys. fotografii MAREK PIEKARA /Foto Gość

 

"Nazywam się Wilhelm Brasse. Jestem fotografem. Od września 1940 roku byłem więźniem w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Wykonałem ponad 50 tys. zdjęć do obozowych kartotek oraz dokumentację eksperymentów doktora Mengele".

Historia młodego fotografa z Żywca ujrzała światło dzienne dopiero po 60 latach od zakończenia II wojny światowej. O tym, co robił w obozie, Wilhelm Brasse milczał przez ponad pół wieku. Po wojnie już nigdy nie wziął do ręki aparatu fotograficznego. Bo kiedy spoglądał w obiektyw, widział ciągle twarze więźniów. Nagie ciała żydowskich kobiet - ofiar eksperymentów pseudomedycznych. I oczy. Te oczy go prześladowały. "Były rozsadzone przerażeniem" - wspominał.

Urodził się w 1917 roku w Żywcu w rodzinie polsko-austriackiej. Otrzymał imię Wilhelm na cześć cesarza. Świetnie znał język niemiecki i ta umiejętność pozwoliła mu przeżyć obóz. Był zdolnym artystą fotografem. Terminował w znanym atelier "Foto-Korekt" w Katowicach. Właścicielką była jego ciotka. Nauczył się tam m.in. sztuki wykonywania zdjęć portretowych, pracy laboratoryjnej, retuszu. Po trzech latach praktyk został czeladnikiem. "Miałem pieniądze. Chodziłem na dancingi. Spotykałem się z dziewczynami, które nosiły medaliony z Hitlerem" - opowiadał.

Beztroską młodość przerwała wojna. Niemcy zaczęli sporządzać spis ludności. Brasse musiał się zadeklarować: Polak czy Niemiec. Po niemiecku mówił równie dobrze, jak po polsku, nosił niemieckie imię i nazwisko, w dodatku był pół-Austriakiem. A jednak jasno i kategorycznie określił siebie jako Polaka. "Urzędnik niemiecki, który oglądał moje papiery, nie chciał ich ode mnie przyjąć i tłumaczył mi, że przecież dziadek był Austriakiem, ojciec był Austriakiem, ja nieźle mówię po niemiecku, więc nie jestem Polakiem" - opowiadał po latach.

Brasse został schwytany podczas próby przedostania się na Węgry, gdzie chciał się zaciągnąć do armii polskiej, i osadzony w więzieniu w Tarnowie. Następnie w drugim transporcie trafił do Oświęcimia - dwa i pół miesiąca po uruchomieniu obozu. Otrzymał numer 3444. "Powiedziano nam, że nie mamy już nazwisk, tylko jesteśmy numerami. (...) Usłyszeliśmy, że stąd nie ma innego wyjścia niż przez komin".

Zobacz:

Przeżył tu 4 lata i 8 miesięcy. Po kilku miesiącach, jako jednego z pięciu więźniów, wybrano go na fotografa obozowego. "To było 'dobre' komando: ciepło, więcej jedzenia, czasem nawet alkohol czy papierosy, kąpiel dwa razy w tygodniu, normalne ubranie" - wspominał.

Najwięcej, bo ponad 50 tys., wykonał "zdjęć policyjnych". W trzech odsłonach: z profilu, en face, z nakryciem głowy. "Bywało, że mieliśmy naraz stu czy dwustu więźniów. Pracowałem wtedy jak automat".

Największą traumą było robienie zdjęć dzieciom. "Tak, poznaję, to moja robota. To jest wstrząsający powrót do przeszłości, o której starałem się zapomnieć - powiedział na widok zdjęcia czterech nagich dziewczynek stojących obok siebie, przygotowywanych do eksperymentów medycznych. To były 13-, 14-letnie dziewczynki, zawstydzone swoją nagością przed nim, młodym mężczyzną, z rozszerzonymi ze strachu oczami. - Starałem się nie podchodzić, nie dotykać tych dzieci. Wszystkie polecenia przekazywałem przez pielęgniarkę" - wspominał.

Fotograf z Auschwitz   - To jest wstrząsający powrót do przeszłości, o której starałem się zapomnieć - powiedział Wilhelm Brasse na widok zdjęcia czterech nagich dziewczynek stojących obok siebie, przygotowywanych do eksperymentów medycznych Kadr z filmu "Portrecista"

Pewnego dnia do zakładu fotograficznego przyszedł szef Bernhard Walter z informacją, że czeka ich robota na całą noc. Przyjechał transport żydowskich więźniów z Francji. Brasse wykonał wówczas 1100 fotografii w jedną noc. "Pracowałem jak automat. Wydawałem komendę: 'Mütze ab und gerade schauen, Mütze auf', a na koniec: 'Weg!' (Zdjąć czapkę i patrzeć przed siebie, Założyć czapkę, Precz!). Formułki wypowiadałem zgodnie z narzuconą procedurą. Czasem więźniowie byli tak przerażeni, że nie nadawali się do zdjęcia".

Więźniom zazwyczaj towarzyszyli Niemcy, kapo. Oni pilnowali, by fotografowani nie uśmiechali się, nie płakali ani nie wyglądali na przerażonych. "Oczy więźniów najpierw były rozsadzone przerażeniem, a z czasem (w obozie - przyp. red.) obojętniały. Wzrok wygłodzonego człowieka (...) jest beznadziejny, patrzący w nieskończoność. Nic go nie interesuje, cała myśl skupiona jest na jedzeniu. To jedyne marzenie, cel, sen...".

Jedną z najbardziej rozpoznawalnych fotografii z Auschwitz jest portret 14-letniej Polki Czesławy Kwoki. Dziewczynka trafiła do obozu razem z matką 13 grudnia 1942 roku w transporcie 318 kobiet. Trzy ujęcia tej samej twarzy ukazują przerażone, zagubione dziecko, z rozciętą wargą. "Była taka młodziutka i taka przerażona - wspominał Wilhelm Brasse. - Dziewczynka nie rozumiała dlaczego tu jest i co się do niej mówi. Więc ta Niemka, kapo wzięła pałkę i uderzyła ją w twarz. Po prostu wyładowała swoją złość na tej dziewczynie. Taka ładna dziewczynka, taka niewinna. Płakała, ale nic nie mgła zrobić. Przed zdjęciem dziewczynka wytarła łzy i krew z rozcięcia na wardze. Czułem się jakbym sam dostał, ale nie mogłem nic powiedzieć. Zabiliby mnie. Nigdy nie wolno było się odzywać".

Widział ofiary eksperymentów medycznych. Fotografował narządy kobiece, które lekarze wyciągali z więźniarek na fotelach ginekologicznych. Fotografował z bliska przerażające doświadczenia doktora Józefa Mengele. Anioła śmierci. Bestii w ludzkim ciele. Wykonał około 500 takich fotografii. Te obrazy nie zatarły się w pamięci fotografa, po kilkudziesięciu latach potrafił odtworzyć je z najdrobniejszymi szczegółami.

Fotografował bliźniaki romskie i żydowskie, trojaczki, przypadki skarlenia, skutki chorób genetycznych i wszelkie inne odstępstwa od normy; tatuaże, okaleczenia, dziwne ozdoby. "Pamiętam szczególnie jednego więźnia, którego przysłał do mnie dr Entress w maju 1941 roku - opowiadał Brasse. - Był Niemcem, pochodził z Gdańska (...). Kazano mi wykonać zdjęcie jego tatuażu na plecach. Był przepięknie zrobiony (...), przedstawiał rajskie drzewo i Ewę podającą Adamowi jabłko (...). Po jakichś kilku tygodniach dowiedziałem się, że zmarł - albo go zastrzelono, albo dostał zastrzyk śmiertelny (...). W krematorium (...) zobaczyłem na stole rozpiętą skórę z pleców. Morawie (Mietek Morawa, znajomy fotografa z Krakowa - przyp. red.) kazano wyciąć ze zmarłego więźnia skórę z takim tatuażem i ją spreparować. Ponoć jakiś Niemiec kazał oprawić weń Biblię...".

Fotograf z Auschwitz   14-letnia Polka Czesława Kwoka, która trafiła do obozu razem z matką 13 grudnia 1942 roku Wikipedia / CC 1.0

Czasem przychodzili do komando oficerowie SS, by zrobił im zdjęcie portretowe, które potem wysyłali w liście do rodziny. "Dla mnie byli zawsze grzeczni, uprzejmi. Pytali: Czy mógłby pan? Czy dałoby się?".

Stracił wiarę w Boga. Puściło dopiero kilka lat po wojnie. Po spowiedzi. "W obozie przekląłem Boga. Przekląłem matkę, że mnie urodziła" - powtarzał to często i zawsze płakał.

Podczas ewakuacji obozu w styczniu 1945 roku otrzymał nakaz zniszczenia wszystkich zdjęć. Z narażeniem życia Wilhelm Brasse i drugi fotograf Bronisław Jureczek, zabezpieczyli materiały. Wrzucili do pieca zbyt duże ilości niepalnych materiałów i tym samym zatkali odpływ dymu. Dzięki temu uratowali około 40 tys. fotografii identyfikacyjnych i innych dokumentów. Brasse został ewakuowany do innych obozów na terenie III Rzeszy. Ostatecznie został wyzwolony w maju 1945 roku przez żołnierzy amerykańskich w obozie Ebensee.

Przez ponad 60 lat nie potrafił mówić o swoim Auschwitz. Nawet żona nie wiedziała, że zna język niemiecki. Ale obrazy zbyt mocno wżarły się w jego pamięć. "Całe życie się to za mną wlecze. Przechodziłem okropne rzeczy. Nie mogę tego zapomnieć i z tym już umrę...". Zmarł 23 października 2012 roku.

Wypowiedzi Wilhelma Brasse zostały zaczerpnięte z filmu dokumentalnego "Portrecista" w reż. Ireneusza Dobrowolskiego i książki "Fotograf z Auschwitz" autorstwa Anny Dobrowolskiej.