Dziewięćdziesiąt siedem krzyży

GN 01/2020

dodane 02.01.2020 00:00

O mało znanych polskich osiedlach, szkole generała Zarzyckiego i dziewczętach służących w RAF-ie opowiada prof. Hubert Chudzio, twórca Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie.

Renowacja cmentarza w Rusape  (Zimbabwe), listopad 2019. Renowacja cmentarza w Rusape (Zimbabwe), listopad 2019.
Hubert Chudzio

Krzysztof Błażyca: W listopadzie w ramach działań Waszego ośrodka odbudowaliście w Zimbabwe kolejne miejsce pamięci o Polakach. W lutym ukaże się książka podsumowująca dziesięć lat Waszej pracy. Jakie były początki?

Prof. Hubert Chudzio: Książka wyjdzie w 80. rocznicę pierwszej wywózki na Sybir. To publikacja „Zmarli Polacy w drodze do ojczyzny. Polskie cmentarze w Afryce Wschodniej i Południowej 1942–1952”. Jeszcze dziesięć lat temu sprawa ta była prawie nieznana. Dowiedziałem się o niej w 2000 roku, gdy ówczesny dyrektor telewizji krakowskiej Jan Rojek przyszedł do mnie z filmem nagranym wraz z Robertem Pencakiem w Ugandzie. Salezjanin ks. Jan Marciniak zabrał ich wtedy do Koja, pokazał polski cmentarz. Wtedy dowiedziałem się o polskich cmentarzach w Afryce. Osiem lat później, podczas inwentaryzacji grobów wojennych na terenach Małopolski ze studentami, rzuciłem, że inwentaryzację polskich grobów można robić nawet w Afryce.

Byli gotowi tam jechać?

Trzech od razu. Ale trzeba było zebrać środki, przekonać uczelnię… Dziesięć lat temu moi koledzy historycy mówili: „Jakie polskie cmentarze? W jakiej Afryce?”. Szlak Andersa był znany, historia II Korpusu: Bliski Wschód, Monte Cassino, Ankona, Bolonia… Ale szlak ludności cywilnej już mniej. A po układzie Sikorski–Majski, przy 80-tysięcznej polskiej armii, wyszło w 1942 roku ze Związku Sowieckiego dodatkowo 40 tys. cywilów. To kobiety, dzieci i mężczyźni niezdolni do walki. Rozmieszczono ich głównie w krajach, które były brytyjskimi koloniami czy protektoratami. Najpierw trafili na teren Iranu, a stamtąd część do Indii, a ponad 18 tys. do 22 osiedli na terenie Afryki Wschodniej i Południowej. Dodatkowo, gdy Indie uzyskały niepodległość w 1947 roku, wielu Polaków z osiedli w Indiach dołączyło do osiedli „Afrykańczyków” (sybiraków osiedlonych w krajach Afryki – K.B.). Wszystko było w tych osiedlach: kościoły, biblioteki, teatry, katolickie świetlice, sodalicje, harcerstwo i szkoły na różnych poziomach nauczania. Działało też wiele czasopism i polskie radio nadające z Nairobi.

Co wiemy o rozmieszczeniu ludności w tych osiedlach?

W Ugandzie były dwa duże ośrodki: Masindi z ok. 4 tys. mieszkańców i Koja nad Jeziorem Wiktorii z ok. 3 tys. ludzi. Na terytorium Tanzanii, czyli ówczesnej Tanganiki, największe było Tengeru, gdzie przewinęło się nawet do 5 tys. osób. Inne to: Kidugala, Kigoma, Morogoro, Ifunda. Były też dwa osiedla w Kenii. Jedno w Makindu, osiedle przejściowe, drugie to Rongai. Działał tam ośrodek dla dzieci prowadzony przez siostry. Wcześniej w Rongai stacjonowało lotnisko brytyjskie i prowadzono tam szkołę dla polskich dziewcząt do służby pomocniczej w RAF-ie. Ale była też Afryka Południowa: Rodezja Północna (dzisiejsza Zambia) i Rodezja Południowa (Zimbabwe). W Rodezji Płn. istniało osiedle w Abercorn (dzisiejsza Mbala), bardzo wysunięte na północ. Docierało się tam statkiem przez Tanganikę. Następnie Fort Jameson, położony na wysokości 3,5 tys. m n.p.m. Mieszkało tam ok. 170 osób. Były też duże osiedla, jak Lusaka czy Bwana Mkubwa, gdzie mieszkało ok. tysiąca osób. Polacy funkcjonowali też w Livingstone przy Wodospadach Wiktorii, ale bardziej w zarządzie, bo osiedla jako takiego tam nie było. Natomiast w Rodezji Płd. bardzo ważne są trzy miejsca: Marandellas (dziś Marondera) – ok. 600 osób – i oddalone o ok. 80 km Rusape, gdzie przebywało ok. 700–800 osób. Osiedla w Rusape i Marandellas funkcjonowały 3–4 lata. Po 1946 r. ludność została przeniesiona do Gatoomy (Gadoma), gdzie działał wcześniej obóz jeniecki dla Włochów. Tam też w zeszłym roku odnaleźliśmy cmentarz. Ważne osiedle funkcjonowało też niedaleko Marandellas, w Digglefold. Znajdowała się tam szkoła zarządzana przez generała Ferdynanda Zarzyckiego, przedwojennego senatora i ministra. Powstała jako szkoła mieszana, potem było to gimnazjum żeńskie. Co niesamowite, od lat 40. XX w. do dzisiaj na jednej ze ścian wisi portret generała. Na wejściu widać wyhaftowanego orła, a przed wejściem jest orzeł ułożony z cegieł. Placówka działa dla miejscowych dzieci. Było też osiedle dla ok. 500 polskich sierot w Oudtshoorn, niedaleko Kapsztadu, w RPA.

O ilu polskich cmentarzach w Afryce wiemy?

W książce zebraliśmy piętnaście cmentarzy w takich krajach jak Uganda, Tanzania, Zambia i Zimbabwe. Przez ostatnie dziesięć lat odbudowaliśmy niemal od zera trzy cmentarze: w Koja, Abercorn i Rusape. Trzy kolejne zostały poddane renowacji: Tengeru, Masindi i Marandellas. Ten ostatni czeka na pełną renowację. Pozostałe dziewięć cmentarzy, jakie odnaleźliśmy, zostało na razie zinwentaryzowanych. Są też nekropolie, które nie zostały jeszcze poddane takim działaniom, jak Oudts- hoorn w RPA.

W poprzednich latach publikowaliśmy w „Gościu” reportaże z Tengeru czy Masindi. To tu zaczynaliście Wasze prace. Pomagali Wam misjonarze?

Tengeru, Koja i Masindi to pierwszy wyjazd, 2009 rok. Mieliśmy ograniczone środki. W Tanzanii mieszkaliśmy na misji franciszkańskiej u o. Michała Sabatury. Bardzo miło nas przyjął. W ciągu tygodnia udało się odnowić kilkadziesiąt nagrobków. Pomagał nam Joseph, miejscowy opiekun cmentarza. Spotkaliśmy tam ostatniego żyjącego wtedy w Tanzanii sybiraka, Edwarda Wójtowicza. Dał nam na drogę 3 kg kiełbasy domowej roboty. Stamtąd ruszyliśmy przez Kenię do Ugandy. Zatrzymaliśmy się u salezjanina o. Ryszarda Józwiaka. Niezwykła postać. Stan cmentarza przy polskim kościele był w miarę dobry. Z kolei w Koja w tamtym czasie nie było już żadnego nagrobka. Cmentarz przeznaczono do wyburzenia, bo to był teren prywatnej farmy. Wszystko zniszczone przez buldożer, porośnięte krzakami. Został tylko pomnik, który wcześniej odnowił ks. Marciniak, a na nim 97 nazwisk.

Po tym wyjeździe zaproponowałeś odbudowę pierwszego cmentarza…

Pomyślałem, że skoro mamy 97 nazwisk, to można postawić 97 krzyży. Zacząłem szukać pieniędzy. Jeden krzyż to ok. 200 zł. Wystarczy więc znaleźć 97 osób. Ktoś z rodziny, ktoś ze znajomych… Zgłaszali się sybiracy, każdy dawał na jeden krzyż. Ten cmentarz w pierwszej fazie, jeszcze w 2009 roku, odnowiliśmy z napisem na pomniku: „Zmarli Polacy w drodze do ojczyzny” (takim, jaki był na fotografiach z lat 40. XX wieku). W roku 2012 odbudowaliśmy go całkowicie: biało-czerwony cmentarz nad Jeziorem Wiktorii. Było piękne otwarcie z występami podopiecznych ks. Józwiaka. Przyjechali sybiracy, władze polskie i ugandyjskie, ugandyjski kardynał Wamala, zorganizowano sesję naukową. Obecnie opiekę nad cmentarzem objęła Ambasada RP w Nairobi.

Obok cmentarza w Koja w 2017 r. powstało Centrum Zdrowia im. Polskich Sybiraków.

W zamyśle miał to być pomnik nie tylko dla zmarłych, ale i dla żywych. To głównie inicjatywa sybiraków „Afrykańczyków” ogłoszona podczas konferencji w 2012 roku w Ugandzie. O przejęcie zbiórki na budowę ośrodka poprosiłem ks. Adama Parszywkę z Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego. Potem dołożyło się państwo polskie. I udało się. Ośrodek działa i służy mieszkańcom okolic Koja.

Na kolejne polskie cmentarze natrafiliście w Zambii?

W 2015 roku wraz z ambasadą polską w Pretorii (RPA) stworzyliśmy projekt odbudowy cmentarza w Abercorn w Zambii. Miejsce to odkrył Witold Majewski, attaché ambasady w Pretorii, i polski misjonarz – salezjanin ks. Piotr Malec, prawdopodobnie otruty w Afryce. Był bardzo zaangażowany, pisał do nas zaledwie kilka godzin przed śmiercią… W Abercorn działało polskie osiedle, a na jego środku stał pomnik Orła Białego. Gdy tam trafiliśmy, orzeł był prawie cały zasypany pod czterema kwitnącymi dżakarandami. Po odkopaniu okazało się, że pomnik ma metr wysokości. Było widoczne zaledwie 15 cm. Z tyłu miał miejsce na maszt. Jest na nim napisane: „Honor i ojczyzna”.

To była ciekawa wyprawa. Na specjalnie skonstruowanym dachu wieźliśmy dwadzieścia kilka krzyży, które wykonał za darmo pan Stefan Herok z Johannesburga. Udało się odnowić całe Abercorn. To drugi cmentarz odbudowany przez nasze centrum i pracowników Uniwersytetu Pedagogicznego, tym razem przy współpracy i pomocy Ambasady RP w Pretorii. W Zambii zinwentaryzowane są też cmentarze w Bwana Mkubwa i w Lusace.

Zaczęliście też szukać polskich śladów w sąsiednim Zimbabwe?

Tam, obok wspomnianych już osiedli w Rusape i Marandellas, mamy dwa cmentarze. W listopadzie 2019 roku zakończyliśmy odbudowę nekropolii w Rusape, rozpoczętą w 2018 r. w ramach wspólnej misji naszego centrum i ZHR z Warszawy. Wtedy cmentarz został oczyszczony z porastającego go buszu. Pojechaliśmy tam wspólnie z harcmistrzem Michałem Synowcem, aby prowadzić i nadzorować prace nad ostateczną odbudową nekropolii. Najpierw postawiliśmy ceglany mur dookoła. Tam często pali się busz, w efekcie czego nagrobki pękałyOgrodzenie je ochroni. Jest też pomnik pamięci polskich uchodźców zmarłych w Rusape i trzynaście nagrobków. Wcześniej jedenaście z nich to były krzyże połamane na kilka części. Teraz krzyże zostały przez nas poklejone, odmalowane. Godło z pomnika, które było w kilkudziesięciu częściach, kleiłem osobiście. Nagrobki zostały obsypane jasnymi kamykami, pomalowane na biało z czerwoną otoczką. Efekt końcowy to jak polskie Monte Cassino w Zimbabwe. Tak to teraz wygląda. Prace dofinansowywał IPN.

Co wiemy o późniejszych losach „Afrykańczyków”?

Niewiele osób zostało, gdy kończyła się angielska dominacja. RPA było właściwie jedynym krajem, gdzie można było zostać. My w Johannesburgu nagrywaliśmy wywiady z ostatnimi żyjącymi „dziećmi z Oudtshoorn”. W projekcie tym szczególnie ważną rolę odegrała Barbara Kukulska, szefowa Zjednoczenia Polskiego w Johannesburgu. Byli sybiracy na jej zaproszenie zjeżdżali z całego RPA, aby się z nami spotkać. Trochę osób zostało w Zimbabwe, trochę w Zambii, bardzo niewiele w Kenii, praktycznie nikt w Ugandzie (jedna pani żyła w Kampali) i pojedyncze osoby w Tanzanii. To był duży problem, gdyż wszystkim kazano wyjeżdżać. Ludzie nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. Najpierw była radość z zakończenia wojny, a potem wielki smutek, gdy dowiedzieli się, że kraj kończy się na Bugu. Trzeba pamiętać, że to byli w większości Kresowiacy. Do Polski wróciło jakieś 15 proc. sybiraków „Afrykańczyków”, czyli ok. 3 tys. osób. Większość wyjechała do Wielkiej Brytanii, Kanady i Australii.

Wydaliście 5-tomowy cykl „Pokolenia odchodzą”. Spotykacie ostatnich świadków, przywracacie pamięć o mało znanej, a tak ważnej historii ich życia, która jest zarazem historią Polski.

W lutym 2020 r., wraz z nową książką o nekropoliach, chcielibyśmy zorganizować sesję naukową poświęconą dziesięcioleciu prac wokół polskich cmentarzy w Afryce. To bardzo ważne. Bo ten kontynent, zwłaszcza jego części wschodnia i południowa, pozostawał dotychczas miejscem niewspominanym, jeśli chodzi o losy Polaków. A te kilkanaście cmentarzy to przywracanie pamięci. Najważniejsze jest to, że przez kolejne lata dołączało coraz więcej ludzi, a także różne instytucje. Dziś o Polakach i polskich cmentarzach w Afryce wie coraz więcej osób. A wszystko zaczęło się od akcji ze studentami historii.

Tagi: