Produkt bogopodobny

Marcin Jakimowicz

Ja też nie wierzę w Boga, w którego nie wierzą ateiści.

Produkt bogopodobny

„Ja też nie wierzę w Boga, w którego nie wierzą ateiści” – powiedział kard. John Henry Newman. Zgadzam się z przedmówcą. Naprawdę nie dziwię się niewierzącym, którzy znają Kościół jedynie z medialnych opisów. Gdybym karmił się wizją przedstawianą w portalach społecznościowych żerujących na skandalach, też omijałbym świątynie szerokim łukiem. 

„Jeśli ktoś nie zetknął się z Panem Bogiem prawdziwym, tylko z jakimś produktem bogopodobnym, to bardzo dobrze, że go odrzucił” ‒ bez zbędnego owijania w bawełnę podsumowuje jezuita o. Wojciech Ziółek.

To niemożliwe, by spotkać żywego Boga i nie zachwycić się Nim! By ujrzeć Tego, którego „oczy są jak płomień ognia”, i nie zatęsknić za zjednoczeniem. Przy Nim naprawdę wszystko „można uznać za śmieci” (Flp 3,8), a i to słowo jest politycznie poprawną interpretacją greckiego skybala, które oznacza dosłownie: „nawóz, gnój, zwłoki, odchody”.

Kościół balansujący od dwóch tysięcy lat między Chwałą Pana a doświadczeniem własnej nędzy może być zgorszeniem dla tych, którzy nie spotkali żywego Boga. Jedynie napromieniowany obecnością Jezusa, wpatrzony w Jego twarz, skoncentrowany na Oblubieńcu ma siłę przyciągania. 
Jest z nim tak jak z witrażem. Na zewnątrz widać jedynie zakurzone, szare szyby, dopiero po wejściu do środka zachwyca gra pastelowych świateł.

„Gdy Mojżesz zstępował z góry Synaj, skóra na jego twarzy promieniała na skutek rozmowy z Panem”.
Wierzę, że to jedyny klucz do zarażania innych Bogiem i Kościołem, który założył. Widzę to po sobie. Jak inaczej patrzę na rzeczywistość po rekolekcjach, po wyjściu z modlitwy we wspólnocie czy po adoracji.

Opór tych, którzy nie doświadczyli miłości „nie z tej ziemi”, topnieje po spotkaniu z ludźmi, którzy mają świadomość tego, że słowa: „w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” nie są pobożną metaforą.


Zamów tutaj: