Krople octu i morze słodyczy

Piotr Sacha

W listach Edyty Stein do polskiego filozofa odnalazłem wzorzec – wiernej przyjaźni pomimo różnic, religijnych i światopoglądowych.

Krople octu i morze słodyczy

Ona: 21-letnia Niemka, wychowana w tradycyjnej żydowskiej rodzinie. Przyjechała z Wrocławia.
On: 20-letni Polak o intrygująco holendersko brzmiącym nazwisku. Przyjechał ze Lwowa.
Tak się zaczęło. Edyta Stein i Roman Ingarden poznali się w Getyndze. Przerwali dotychczasowe studia, aby spróbować szczęścia w słynnym niemieckim miasteczku uniwersyteckim. Był 1913 rok. Później piszą do siebie, gdy nie mogą się już widywać. Początkowe dwa lata to aż 63 listy i pocztówki nadesłane przez Edytę. Nie wiadomo, jak często odpisywał Roman. Ocalała tylko jej korespondencja. A tam ślady myśli i uczuć Ingardena.

Kartkuję kolejne listy, strona po stronie (ukazały się w formie książkowej w Wydawnictwie Karmelitów Bosych). Wiele z nich przypomina mi znany wiersz ks. Jana Twardowskiego: „Nie przyszedłem pana nawracać / zresztą wyleciały mi z głowy wszystkie mądre kazania / jestem od dawna obdarty z błyszczenia / jak bohater w zwolnionym tempie”. Jakby ks. Jan cytował świętą karmelitankę.

„Przez ostatnie lata dużo więcej żyłam niż filozofowałam” – Stein pisze Ingardenowi 15 października 1921 r. Tuż obok pada stwierdzenie, które musiało zszokować Polaka: „Jestem teraz w przededniu przejścia na katolicyzm”. List Edyta nadaje z Wrocławia. Jest właśnie po rozmowie z matką. Ani Roman Ingarden, ani Augusta Stein nie potrafią zaakceptować tej decyzji. Czy w późniejszych latach dwójka znakomitych filozofów mogła być duchowo blisko siebie? Wydaje się, że dzieliła ich przepaść. Edyta jest podekscytowana zwrotem, jaki nastąpił w jej życiu. Chciałaby o tym mówić, mówić, mówić. Unika jednak tematu wiary w listach do Romana. Słusznie podejrzewa, w jakim tonie otrzyma odpowiedź. Wiara płynie z łaski. Zapewnia o tym Polaka 1 stycznia 1928 r. Nie zamierza go nawracać. „Pamiętam wszak dobrze, jak było ze mną, zanim łuska opadła mi z oczu” – wspomina własny opór. Pisze dalej: „Ale kiedy pewnego dnia dokona się już w Panu ten przełom, to wszystko, co mogłabym teraz Panu powiedzieć, sam Pan będzie mógł prawdopodobnie wytłumaczyć sobie dużo lepiej”.

Z pewnością Edyta Stein była w życiu Romana Ingardena kimś ważnym nie tylko ze względu na wspólną dyscyplinę naukową. Jak przyznaje w polskim wydaniu listów Stanisław Roman Ingarden, syn filozofa, w mieszkaniu obok biurka ojca wisiały cztery portrety: Husserla, Schelera, Stein i żony.

Gdy w maju 1934 r. Ingarden rozpieczętował we Lwowie kopertę nadesłaną z Niemiec, był świeżo nominowanym profesorem. Wyciągnął kartkę. W środku było coś jeszcze. Zobaczył na zdjęciu przyjaciółkę w sukni ślubnej i karmelicki obrazek z fragmentem psalmu (Ps 27,1). Podpis własnoręczny: Teresia Benedicta a Cruce O.C.D. Autor „Sporu o istnienie świata” wpatrywał się w pamiątki z obłóczyn Edyty. Nie potrafił jednak cieszyć się z jej wyboru tak, jak tego by chciała. „Na piękną uroczystość moich obłóczyn dostałam tylko kwaśną namiastkę życzeń” – skarży się w liście karmelitanka.

Ale przecież jedna jedyna kropelka octu niewiele jest w stanie zdziałać w morzu słodyczy

– dodaje zaraz potem.

Testament świętej karmelitanki zawiera niesamowite słowa ofiarowania Bogu życia „za wszystkich tych, których mi dałeś, aby żaden z nich nie zginął”. Na liście przyjaciół nie mogło zabraknąć Ingardena. Wierną przyjaźń Niemka nosiła w sercu do 1942 roku. 2 sierpnia przerywa pisanie „Kreuzeswissenschaft” („Wiedza Krzyża” poświęcona św. Janowi od Krzyża) w Klasztorze w Echt w Holandii. Do furty dobija się gestapo. Siostra Teresa Benedykta od Krzyża rusza w ostatnią podróż. A z nią 1000 Żydów, przez Niemcy i Czechosłowację do Oświęcimia. 9 sierpnia ginie w komorze gazowej. Roman Ingarden po wojnie jest profesorem filozofii w Krakowie. Umiera 14 czerwca 1970 roku w wieku 77 lat.

 

 

Tagi: