Waterloo Europy

Jacek Dziedzina

|

Nowy Numer 28/2019

dodane 11.07.2019 00:00

Przywrócenie pełni praw Rosji w Radzie Europy to kolejny akt uznania, że Moskwa może robić wszystko – bez żadnych konsekwencji na dłuższą metę.

Ukraińcy protestowali przed budynkiem niemieckiej ambasady w Kijowie przeciwko przywróceniu Rosji pełni praw w Radzie Europy. Ukraińcy protestowali przed budynkiem niemieckiej ambasady w Kijowie przeciwko przywróceniu Rosji pełni praw w Radzie Europy.
STEPAN FRANKO /epa/pap

To miała być – i do niedawna była – jedna z pierwszych konkretnych sankcji nałożonych na Rosję za aneksję i okupację Krymu. W kwietniu 2014 roku Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy zagłosowało za odebraniem Rosji prawa głosu. Rosjanie z czasem stracili również możliwość podejmowania pracy we wszystkich kierowniczych organach tej instytucji. Rosja wkrótce przestała płacić składki członkowskie. Ponieważ dotąd nic się nie zmieniło, jeśli chodzi o powód wykluczenia Rosji (Krym pozostaje i ­– nie ma się co łudzić – już pozostanie w rękach Rosji), wydawało się, że sankcja wykluczenia pozostanie utrzymana. Ale dodajmy od razu: tak mogło wydawać się tylko komuś, kto nie zna realiów „karania” Rosji. Było jasne, że kraje, które na co dzień i tak prowadzą z Rosją znakomite interesy i wspólnie z nią planują kolejne śmiałe projekty, prędzej czy później zechcą odpuścić również i w sferze symbolicznej. I tak też się stało: największymi promotorami przywrócenia pełnych praw Rosji w Radzie Europy (nie mylić z unijnymi instytucjami: Radą Europejską i Radą UE) były Niemcy, Francja i Włochy.

Zwycięstwo obywateli?

Główny argument, jaki podnosili zwolennicy powrotu Rosji do RE, był taki: brak prawa głosu w Radzie wyklucza również rosyjskich obywateli z możliwości składania skarg na swój kraj do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu (i znowu: nie mylić z unijnym Trybunałem Sprawiedliwości w Luksemburgu). Takie stanowisko wyrażał m.in. szef niemieckiej dyplomacji Heiko Mass, który po korzystnym dla Rosji głosowaniu nie krył satysfakcji i napisał na Twitterze: „To wielkie zwycięstwo rosyjskiego społeczeństwa obywatelskiego”. I byłoby to nawet przekonujące, bo faktycznie większość skarg do Trybunału pochodzi właśnie z Rosji, gdyby nie pewne „drobne” szczegóły. Po pierwsze, Moskwa, chcąc właśnie chronić się przed jurysdykcją Trybunału, dwa lata temu przyjęła prawo, które mówi, że wyroki Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, jeśli dotyczą Rosji, muszą najpierw zostać zbadane przez rosyjski Trybunał Konstytucyjny pod kątem ich zgodności z rosyjską konstytucją. Każdy, kto zna naturę działania państwa rosyjskiego, dobrze wie, że to klasyczny rosyjski zabieg mający na celu ignorowanie wyroków z zewnątrz. Po drugie, gdyby powodem przywrócenia Rosji prawa głosu w Radzie Europy była troska o prawa rosyjskich obywateli do skargi na swój kraj, to czy samej Moskwie tak bardzo by na tym zależało? Cały proces odbył się de facto na rosyjskich warunkach, powiększając wrażenie triumfalnego powrotu. Oto bowiem jeszcze przed głosowaniem nad swoim „odwieszeniem” sama Rosja wymusiła na Zgromadzeniu Parlamentarnym RE przyjęcie gwarancji, że to ciało nie będzie już w przyszłości odbierać prawa głosu żadnemu krajowi. I tak też się stało: najpierw przyjęto uchwałę niemal podyktowaną przez Moskwę, a następnie przegłosowano przywrócenie pełni praw Rosji. Prawdziwy majstersztyk zawsze profesjonalnej rosyjskiej dyplomacji.

Czerwone dywany

Żeby jeszcze wzmocnić wrażenie, że to jednak powrót na salony czy też, jak kto woli, rehabilitacja Kremla, warto dodać, że nie bez znaczenia dla Moskwy był moment głosowania – odbyło się ono dosłownie w przeddzień wyboru nowego sekretarza Rady Europy i sędziów Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, co oznacza, że w obsadzie tych stanowisk Rosja brała już czynny udział. Do tego nikt nie zająknął się na temat zaległości Rosji w płaceniu składek członkowskich. Poczucie nieprzypadkowości całego tego spektaklu zapewniła też Francja, która nie kryła, podobnie jak Niemcy, że najbardziej zależało jej na przywróceniu pełni praw Rosji. Dzień po nocnym głosowaniu w ZPRE premier Francji Edouard Philippe przyjął swojego rosyjskiego odpowiednika – i bynajmniej nie w paryskiej siedzibie, ale w swojej rodzinnej miejscowości, co w dyplomacji zawsze oznacza podkreślenie zażyłości relacji. „Musimy otworzyć nową przestrzeń dla dialogu politycznego z Rosją. Dotychczasowa sytuacja prowadziła donikąd” – oświadczył francuski premier bez mrugnięcia okiem.

Wszelkie argumenty, że przywrócenie Rosji pełnego członkostwa to działanie na korzyść rosyjskich obywateli, którzy nie mają gdzie skarżyć się na łamiący ich prawa własny kraj, legły w gruzach także wtedy, gdy okazało się, jak Kreml przygotował się do tej akcji. Oto bowiem na sesję Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, podczas której głosowano nad przywróceniem Rosji prawa głosowania, przyjechała z Moskwy delegacja deputowanych, wśród których było kilka osób objętych sankcjami UE oraz USA i Kanady, w tym zakazem wjazdu na ich terytoria.

Zresztą tuż po zwycięskim dla Rosji głosowaniu rosyjscy delegaci pokazali, jak zamierzają korzystać ze swoich praw. Do litewskiego deputowanego podszedł jeden z Rosjan i jawnie zaczął mu grozić za nieprawdziwe – jego zdaniem – oskarżenia o łamanie praw człowieka w Czeczenii. Nawet rosyjscy opozycjoniści przyznali, że sposób, w jaki Moskwa dobrała delegatów, był jawną prowokacją. Gari Kasparow napisał wręcz, że „Rada Europy jest gorzej niż bezużyteczna. Teraz będzie pomagała Putinowi rozprzestrzeniać jego korupcyjne wpływy w Europie”. To tyle w temacie zwycięstwa „rosyjskiego społeczeństwa obywatelskiego”.

A sprawa polska?

Pikanterii całej sprawie dodaje mało znany fakt: za kulisami całej sprawy toczyły się negocjacje, mające na celu wymuszenie na Moskwie obietnicy, że za powrót Rosjan do pełni praw w RE Moskwa uwolni ukraińskich marynarzy zatrzymanych w ubiegłym roku w Cieśninie Kerczeńskiej oraz komisarza ZPRE delegowanego na Krym, a także opłaci zaległe składki. Był to przedmiot umowy między Rosją a Niemcami, Francją i Ukrainą. Tymczasem po korzystnym dla siebie głosowaniu Rosjanie wysłali do Kijowa informację, że marynarzy, owszem, uwolnią, ale pod warunkiem, że ci staną przed ukraińskim sądem. Takiego warunku nie było jednak w umowie, zresztą Ukraina nie mogła dać sygnału, że będzie ulegać rosyjskiej presji na ukraińskie sądownictwo. I sytuacja jest patowa: Rosja uzyskała to, co chciała, reszta została perfekcyjnie – kolejny raz – ograna.

Niestety, w tej historii martwi też niejasność wokół stanowiska polskich władz. Owszem, podczas głosowania w ZPRE wszyscy polscy deputowani (poza jednym, który później tłumaczył się pomyłką) głosowali przeciwko przywróceniu Rosji praw członkowskich. Podobnie jak kraje nadbałtyckie oraz Ukraina, Gruzja czy Słowacja. Tyle tylko, że ponad miesiąc wcześniej w Helsinkach miało miejsce spotkanie Komitetu Ministrów Rady Europy. Wtedy miało dojść do wypuszczenia sygnału za przywróceniem Rosji w prawach, czemu sprzeciwiły się wyraźnie tylko Gruzja, Ukraina i kraje bałtyckie. Przypomnijmy, że to właśnie w kuluarach szczytu Rady Europy w Helsinkach doszło do pierwszego od lat spotkania szefów dyplomacji Polski i Rosji – Jacka Czaputowicza i Siergieja Ławrowa.

Za i przeciw?

Według portalu Onet.pl, powołującego się na źródła w MSZ, Komitet Ministrów przyjął wtedy deklarację mówiącą o tym, że wszystkie państwa członkowskie (a zatem i Rosja) powinny na równych prawach brać udział w pracach Komitetu Ministrów i Zgromadzenia Parlamentarnego. Oznaczało to, że szefowie dyplomacji podjęli decyzję polityczną o powrocie Rosji do Rady Europy. Polski minister teraz zaprzeczał tej wersji, mówiąc, że Polska domaga się przestrzegania przez Rosję prawa międzynarodowego jako warunku członkostwa w Radzie Europy. Zarazem dodawał, że polskie stanowisko w Helsinkach wychodziło naprzeciw oczekiwaniom sekretarza generalnego, który był w Warszawie z wizytą wcześniej, a także jest zgodne ze stanowiskiem naszych partnerów w Unii Europejskiej. „Chodziło o to, by utrzymać i zapobiec kryzysowi tej ważnej organizacji, natomiast nie jest prawdą, że Polska zadecydowała albo głosowała w jakimś momencie, kiedy głosowanie miało miejsce, za członkostwem Rosji w tym Zgromadzeniu Parlamentarnym”.

Trzeba przyznać, że to sformułowanie o „wychodzeniu naprzeciw oczekiwaniom” brzmi na tyle enigmatycznie, że pozwala mieć co najmniej wątpliwości co do spójności polskiego stanowiska na tamtym etapie. Mówiąc bardziej po ludzku – możliwe, że Polska nie dała wtedy jasnego sygnału, że będzie się sprzeciwiać przywróceniu Rosji prawa głosu. Za to już podczas samego głosowania polscy deputowani zagłosowali przeciw. Czy to również jakiś element gry, którą prowadzi nasza dyplomacja, obliczonej na ożywienie różnych kanałów komunikacji z Rosją? Trudno powiedzieć. Owszem, mamy powody, by takie kanały ożywić. Tyle tylko, że po drugiej stronie jest gracz, który wszelkie ustępstwa czy nawet delikatne sygnały mogące sugerować wycofanie, potrafi rozegrać perfekcyjnie na swoją korzyść.•