Potrzebujemy alternatywy

Nowy Numer 28/2019

dodane 11.07.2019 00:00

Poseł Marek Biernacki, były minister sprawiedliwości oraz spraw wewnętrznych i administracji, mówi, dlaczego nie wystartuje ani z listy PO, ani z PiS.

Potrzebujemy alternatywy Tomasz Gołąb /Foto Gość

Andrzej Grajewski: Dlaczego Platforma Obywatelska w ostatnich latach tak mocno skręciła w lewo, nie tyle w sprawach socjalnych, ile światopoglądowych i obyczajowych?

Marek Biernacki: Dawniej Platforma była ugrupowaniem konserwatywnym, ale rzeczywiście w ostatnich latach przeszła znaczącą ewolucję, przesuwając się w wielu istotnych kwestiach mocno na lewo. Zaczęło się to już w trakcie kampanii prezydenckiej w 2015 roku. Później w trakcie kolejnych wyborów proces ten się pogłębił. Dzisiaj ton w Platformie nadają politycy o przekonaniach liberalno-lewicowych.

Efekty są marne, Platforma przegrała cztery kolejne kampanie…

To prawda. Widać, że znacznej części naszego elektoratu ta zmiana i lewicowy zwrot wyraźnie nie odpowiadają. Pomimo to proces ten trwa nadal. W przededniu kolejnych wyborów łączymy się z ugrupowaniami, z którymi kiedyś nigdy nie było nam po drodze.

Z czego to wynika?

Z jednej strony z siły mediów lewicowo-liberalnych. Wielu polityków Platformy „formatuje” się pod ich wpływem, zabiegając o ich poparcie i będąc przekonanymi, że dzięki temu mogą odnieść sukces. Dotyczy to także polityków, którzy są bardziej konserwatywni, ale nie chcą się wychylać i uważają, że trzymanie się głównego medialnego nurtu jest najbezpieczniejszym sposobem uprawiania polityki w chwili obecnej. Ogromny jest również wpływ środowisk, z którym politycy Platformy są związani przez sieci społecznościowe. Są one ważnym narzędziem uprawiania polityki. Siedząc we własnych bańkach medialnych, nie dostrzegają jednak, że poza nimi społeczeństwo jest inne. Radykalizacja internetu owocuje radykalizacją zachowań polityków i w ten sposób postępuje proces zmiany kursu politycznego. Nie bez znaczenia jest także gotowość do spełniania ideowych oczekiwań międzynarodowego zaplecza Platformy. Z pewnością jest to więc wybór świadomy. Z każdą jednak chwilą oddala on nas od partii deklarującej się w momencie tworzenia jako konserwatywno-centrowa alternatywa dla skrajności z lewa i prawa.

Kiedyś Platforma eliminowała SLD ze sceny politycznej, dzisiaj zawiera z nim sojusze.

Dzięki wsparciu Platformy możliwa była reaktywacja ugrupowania, które dawno powinno zejść ze sceny politycznej. Co więcej, „ekshumowano” w tej formacji ludzi, którzy dawno powinni być na emeryturze. Zamiast tego – wysłano ich do Brukseli. Najbardziej jednak niepokoi mnie udział Platformy w walkach światopoglądowych, choć przecież kiedyś takie zachowanie było obce naszemu środowisku. Wizja przejęcia władzy poprzez wywołanie w Polsce wielkiego konfliktu światopoglądowego jest niebezpieczna i szkodliwa, gdyż rozrywa tkankę społeczną, a takie rany zawsze goją się najtrudniej.

Kiedyś był Pan jedną z najważniejszych twarzy projektu, jakim była Platforma u swych początków. Co Pan zrobi teraz?

Platforma, kiedy trzymała się konserwatywnego programu, wygrywała. Przypomnę, że jej pierwszym sukcesem było zwycięstwo w wyborach do sejmiku pomorskiego w 2002 roku. Myślę, że bardzo przyczyniłem się do tego zwycięstwa. Osiągnąłem wówczas fantastyczny wynik. Potrafiono wyciągnąć z tego wnioski – przyszły kolejne sukcesy w wyborach parlamentarnych i prezydenckich. Jednocześnie starano się unikać eskalacji emocji wokół kwestii światopoglądowych, trafnie wtedy oceniając, że takie działanie nie prowadzi do niczego dobrego.

Teraz liderzy Platformy chcą zawierać koalicję zarówno z SLD, jak i Wiosną, dla których kwestie światopoglądowe są bardzo ważne czy wręcz najważniejsze. Poza antyklerykalizmem partia Biedronia niewiele oferuje.

To prawda, dlatego w takiej koalicji nie ma dla mnie miejsca. Hasło „zawrzyjmy jak najszerszą koalicję, aby odsunąć PiS od władzy” jest w gruncie rzeczy maskowaniem tego skrętu w lewo, jaki dokonuje się od wielu lat w Platformie. Dla mnie jest to droga donikąd. Poza wszystkim jest to też droga nieskuteczna. Wbrew głośnej tromtadracji o odsunięciu PiS od władzy takie działanie w istocie umacnia to ugrupowanie i powoduje, że z wyborów na wybory jest ono coraz silniejsze. Bez programu pozytywnego, samym nawoływaniem do odsunięcia PiS od władzy, niczego się nie dokona. Potrzebujemy alternatywy wobec duopolu Platforma–PiS.

I co dalej? Pozostanie Pan w polityce?

Zobowiązują mnie do tego moi wyborcy, zachęcający do dalszej aktywności. Rozważam dwa scenariusze: start do Senatu, gdzie obowiązują okręgi jednomandatowe, albo na listach Koalicji Polskiej, która – mam nadzieję – powstanie wokół PSL jako ugrupowanie centrowe, konserwatywno-chadeckie.

Czy w Pana ślady pójdą także inni politycy Platformy, rozczarowani jej lewoskrętem?

Zobaczymy, każdy z nas musi sam zdecydować. Myślę, że jeśli PSL zdecyduje się tworzyć taką koalicję o nazwie Koalicja Polska, nie będę w niej jedynym byłym politykiem Platformy. Mam nadzieję, że poza sprawami ideowymi nowe ugrupowanie zaproponuje także inny styl uprawiania debaty publicznej. Bez tego nie dojdzie do rewitalizacji polskiej polityki. Musimy podjąć próbę sklejania społeczeństwa i wspólnego debatowania o sprawach najważniejszych. Pora ku temu jest wielka, gdyż idą trudne czasy. Nie chcę nikogo straszyć, ale mam świadomość wielu niełatwych wyzwań, przed jakimi staniemy w najbliższych latach.

PiS nie zapraszał Pana do siebie?

Miałem propozycje z różnych stron, ale obiecałem moim wyborcom, kiedy startowałem z list PO, że ich nie zawiodę. I dotrzymałem słowa, – nie opuściłem partii. Zostałem z niej jednogłośną decyzją zarządu usunięty. W klubie PO – Koalicja Obywatelska byłem natomiast do chwili obecnej, teraz przed wyborami parlamentarnymi czas na decyzję i zmiany.

Nie bierze Pan pod uwagę wzmocnienia racjonalnego, konserwatywnego nurtu w PiS?

W PiS walce o władzę podporządkowano wszystkie inne kwestie i trudno teraz znaleźć tam ów racjonalny i konserwatywny nurt, jak go Pan nazwał. To partia koncentrująca się wyłącznie na utrzymaniu władzy. Wszystkie jej działania są podporządkowane właśnie temu, a nie dobru kraju. Cierpią na tym praworządność, bezpieczeństwo państwa, polityka zagraniczna, pozycja międzynarodowa w Unii Europejskiej. Łamana jest konstytucja. Tak zwane media narodowe, zwłaszcza telewizja publiczna, codziennie depczą zasady dobrego smaku i przyzwoitości. PiS, aby utrzymać dominującą pozycję w kraju, gotowy jest podporządkować sobie wszelkie instrumenty polityczne, co w moim przekonaniu zagraża polskiej demokracji.

Był pan ministrem sprawiedliwości, kiedy wybuchła afera podsłuchowa. Dzisiaj Marek Falenta twierdzi, że od początku był w kontakcie z politykami PiS, chociaż w śledztwie o tym nie wspominał. Uważa Pan, że jest coś na rzeczy w jego opowieściach?

Zawsze uważałem, że aferę podsłuchową powinno się wyjaśnić według procedur i norm obowiązujących przy zwalczaniu przestępczości zorganizowanej. Niezależna prokuratura poszła jednak innym tropem, dlatego Falenta i jego wspólnicy otrzymali stosunkowo łagodny wymiar kary, a dzisiaj on wygaduje, co chce.

Jaką wartość mają jego rewelacje?

Falenta został prawomocnie skazany. Nie sądzę, aby jego medialna aktywność miała na celu cokolwiek innego poza poprawą własnej sytuacji. W przypadku tych rewelacji, które nie zostały poparte żadnymi dowodami, każdy wierzy w to, co jest dla niego wygodne. Nie wykluczam, że w jego działaniach mogła nastąpić zbieżność z celami politycznymi PiS. Jednak z całą pewnością nie z tego powodu wziął się pomysł nagrywania rozmów prominentnych polityków ówczesnej władzy. Dla Falenty najważniejsze były cele biznesowe. Nagrywał polityków, gdyż miało mu to pomóc w jego przedsięwzięciach gospodarczych. Wątku rosyjskich służb specjalnych także bym nie wykluczał na jakimś etapie tej afery. W moim przekonaniu pierwotnym celem działań Falenty były korzyści biznesowe, jakie chciał w ten sposób osiągnąć. Cele polityczne mogły się pojawić na kolejnych etapach tego procederu.

Rzecznik Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał krytyczną opinię o zmianach przeprowadzonych w polskim sądownictwie, zwłaszcza sposobu wyłaniania Krajowej Rady Sądownictwa oraz Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Co będzie jeśli w podobnym tonie zostanie sformułowany wyrok Trybunału?

Bardo źle oceniam zmiany w sądownictwie przeprowadzone przez PiS. Złamano konstytucję, ponadto w żaden sposób nie wpłynęło to na poprawę jakości orzecznictwa. Nie zmieniła się największa dolegliwość polskiego wymiaru sprawiedliwości, czyli przewlekłości postępowań. One obecnie nawet się przedłużyły. Wymieniono jedynie ludzi, ale czy na lepszych? Bardzo zaszkodziło nam to na arenie międzynarodowej, a także podważyło zaufanie do sądownictwa, które także wcześniej nie było specjalnie wysokie. Jeśli wyrok TSUE zapadnie w kształcie, jaki przedstawił rzecznik tej instytucji, cała reforma sądownictwa pójdzie do kosza.•

Marek Biernacki

prawnik, pełnił funkcję ministra sprawiedliwości oraz spraw wewnętrznych i administracji, a także koordynatora ds. służb specjalnych. Razem z dwójką innych posłów został w styczniu 2018 r. – decyzją zarządu PO – usunięty z partii, ponieważ sprzeciwiał się liberalizacji prawa aborcyjnego.