Grób pod aniołem

Beata Zajączkowska

|

Nowy Numer 28/2019

dodane 11.07.2019 00:00

Czy w końcu uda się rozwikłać jedną z największych zagadek Watykanu, jaką jest zaginięcie Emanueli Orlandi? Po prawie 40 latach śledczy otrzymali wskazówkę: sprawdźcie grób pod aniołem…

Cmentarz w Watykanie. Cmentarz w Watykanie.
roman koszowski /foto gość

Najgorsza jest niepewność, a my wciąż nie wiemy, co się stało z Emanuelą – mówi Pietro Orlandi, brat zaginionej dziewczyny, który niestrudzenie bada każdy trop pojawiający się w tej sprawie. – Przez lata mieliśmy wrażenie, że Watykan blokuje śledztwo i nie udostępnia nam wszystkich posiadanych w tej sprawie dokumentów. Dlatego tak ważna jest dla nas decyzja o wszczęciu poszukiwań ciała Emanueli na watykańskim cmentarzu – podkreśla. Zgodę wydali kard. Pietro Parolin – watykański odpowiednik premiera oraz Gian Piero Milano, promotor sprawiedliwości w Trybunale Państwa Miasta Watykan (w świeckiej nomenklaturze prokurator). O wszystkim informowany jest papież Franciszek. Jest to reakcja na list, jaki prawnik rodziny Laura Sgrò otrzymała w ubiegłym roku. Zawierał on fotografię jednego z nagrobków znajdujących się na cmentarzu przy bazylice św. Piotra. Przedstawia on anioła trzymającego w dłoni tabliczkę z napisem „Requiescat in pace”. Anonimowy nadawca stwierdza, że choć grób pochodzi z 1857 r., jest jednym z nielicznych, na którym „zawsze leżą świeże kwiaty i pali się znicz”, i podpowiada śledczym: „szukajcie tam, gdzie wskazuje anioł”.

Watykański rzecznik prasowy poinformował, że prace na Campo Santo Teutonico są reakcją na informacje mówiące o możliwości ukrycia w tym miejscu zwłok Emanueli. Operacja zostanie przeprowadzona 11 lipca w obecności reprezentantów prawnych rodziny Orlandi i krewnych osób pochowanych w grobach na nekropolii, a także żandarmerii watykańskiej. Będzie to pierwszy etap złożonego postępowania, obejmującego również badania DNA. Zostanie otwarty nie tylko grób wskazany w liście, ale również drugi, podobny. – Moja mama bardzo to przeżywa. Wciąż wierzy, że przed śmiercią pozna prawdę o losie córki – wyznaje Pietro. Rodzina Orlandi nadal mieszka w Watykanie, a mama Maria często zachodzi na tamtejszy cmentarz modlić się za swą zaginioną córkę. Dom i cmentarz dzieli w linii prostej zaledwie kilkaset metrów.

Kto widział Emanuelę?

Był 22 czerwca 1983 r. 15-letnia wówczas Emanuela opuściła mury Watykanu i poszła do Rzymu na popołudniowe zajęcia w szkole muzycznej. Do domu nie wróciła. Były to czasy, gdy nie można jej było zlokalizować po logowaniu telefonu czy dzięki monitoringowi miejskiemu. Świadków było niewielu, a ich zeznania często nawzajem się wykluczały. Wiadomo, że Emanuela po zajęciach w szkole Ludovico da Victoria (leżącej w centrum Rzymu, przy bazylice św. Apolinarego) poszła z koleżanką w stronę przystanku autobusowego, by wrócić do Watykanu, gdzie mieszkała z rodzicami i czworgiem rodzeństwa (jej ojciec był pracownikiem Prefektury Domu Papieskiego, a cała rodzina miała watykańskie obywatelstwo). I tam wszelki ślad po niej zaginął. Jej przyjaciółka Raffaella zeznała, że przed lekcjami rozmawiała z jakimś mężczyzną, który oferował jej intratną pracę przy sprzedaży kosmetyków. Słowa te potwierdza siostra zaginionej. Emanuela miała dzwonić do domu, by poradzić się mamy w tej sprawie. Telefon odebrała siostra i zapytana o radę, zaleciła jej wielką ostrożność ze względu na nadzwyczajną wysokość proponowanego wynagrodzenia. Kilku świadków zeznało w śledztwie, że widziało, jak Emanuela, zamiast do autobusu, wsiadła do czarnego bmw, na którego tylnym siedzeniu leżały torby z kosmetykami. Jej bliscy są przekonani, że musiała znać kierowcę, bo z nieznajomym mężczyzną nigdy by dobrowolnie nie pojechała (pojawiły się hipotezy, że mógł to być ktoś z jej bliskich lub pracowników Watykanu, ale śledztwo nie potwierdziło tych podejrzeń).

Emanuela miała przy sobie flet i partytury utworów, których się uczyła, by zagrać we wrześniu na ślubie siostry. Zostały one później podrzucone śledczym, jednak badania nie potwierdziły ich autentyczności. Tak samo jak i listów pisanych do rodziców. Alarm podnieśli przyjaciele nastolatki, gdy wieczorem nie przyszła na umówione spotkanie. Gdy po kilku godzinach rodzice zgłosili zaginięcie córki, włoska policja potraktowała to jako typową ucieczkę nastolatki z domu i nie przejęła się sprawą. Dzień później wujek dziewczyny przekonał znajomego dziennikarza do opublikowania zdjęcia zaginionej z dopiskiem „Kto widział Emanuelę?”. Trzy dni później rodzice odebrali pierwszy telefon z informacjami o rzekomym miejscu przebywania córki – miała sprzedawać kosmetyki i grać na flecie przy rzymskim placu Campo de’ Fiori. Rodzina oblepiła całe miasto tysiącami czarno-białych plakatów ze zdjęciem uśmiechniętej Emanueli w przepasce na włosach. Potem były kolejne telefony. Choć nowe informacje wlewały w serca bliskich nadzieję, śledztwo nie ruszyło z miejsca nawet o krok i tak jest praktycznie do dziś. Wciąż jest więcej pytań niż odpowiedzi.

Dowodów brak

O tym, że za zniknięciem Emanueli może kryć się coś więcej niż ucieczka z domu, jako pierwszy publicznie powiedział Jan Paweł II podczas spotkania na „Anioł Pański” 3 lipca 1983 roku: „Chcę wyrazić szczere współczucie dla rodziny Orlandich, którzy stracili 15-letnią córkę. Dziewczyna od 22 czerwca nie wróciła do domu. Podzielam lęk i obawę rodziców, nie tracąc przy tym nadziei i wiary w człowieczeństwo tego, kto może być za to odpowiedzialny”. W kolejnych dniach sprawa nabrała tempa. Do watykańskiego biura prasowego zadzwonił mężczyzna, twierdząc, że Emanuela jest zakładniczką, a ceną za jej wolność miało być oswobodzenie Mehmeta Alego Ağcy, który dwa lata wcześniej dokonał zamachu na Jana Pawła II. Następnie ta sama osoba 16 razy dzwoniła do rodziców dziewczyny, puszczając im nagrania głosu córki. Śledczy przestrzegali, że mogą to być stare nagrania, rodzice chcieli jednak wierzyć. Rozmówca naciskał na otoczenie Jana Pawła II, by doprowadziło do uwolnienia zamachowca. W tym samym czasie pojawiały się informacje, że dziewczynę widziano na południu Włoch, w Paryżu, w Holandii, gdzie miała przejść operację plastyczną, w Lucernie, gdzie wyszła za mąż za Turka, a nawet w Kolumbii. W 1997 r. sprawę zaginięcia Emanueli umorzono z powodu braku dowodów. Temat jednak co jakiś czas wraca i jak zawsze budzi ogromne zainteresowanie, ponieważ jest jedną z największych tajemnic współczesnej Italii i zagadek Watykanu.

Zagadka pewnego sarkofagu

Przełomowy dla śledztwa miał być rok 2005. Po emisji we włoskiej telewizji programu poświęconego osobom zaginionym, w sprawie Emanueli do redakcji zadzwonił mężczyzna, który twierdził, że rozwiązanie zagadki znajduje się w sarkofagu w bazylice św. Apolinarego. Wszczęto śledztwo, a dzięki współpracy Watykanu otwarto sarkofag, w którym pochowany był Enrico de Pedis (zwany Renatino), mafijny boss kierujący jedną z najprężniejszych wówczas rzymskich organizacji kryminalnych, zwaną „bandą z Magliany”. Zginął w 1990 r. w strzelaninie i, jak donosiły włoskie media, „został pochowany w bazylice za przekazanie na Kościół ogromnej sumy pieniędzy”. Szczątków dziewczyny w sarkofagu jednak nie odnaleziono, a przy okazji zwłoki gangstera przeniesiono na jeden z rzymskich cmentarzy. Jednocześnie wypłynął na światło dzienne temat prania brudnych pieniędzy w banku watykańskim za czasów abp. Marcinkusa. Kochanka przestępcy zeznała, że zamordował on Emanuelę i następnie zabetonował pod Rzymem, by wymusić zwrot pieniędzy zainwestowanych przez bandę w watykańskim banku. Śledztwo nigdy tego nie potwierdziło.

W 2012 r. pojawiła się kolejna rewelacja. Najsłynniejszy włoski egzorcysta ojciec Gabriele Amorth oświadczył, że Emanuela mogła zostać porwana na seks-imprezę, a później zamordowana. Ojciec Amorth utrzymywał, że „zbrodnia miała motyw seksualny. Organizowano erotyczne przyjęcia, a pewien watykański urzędnik rekrutował dziewczyny”. W siatkę miał być uwikłany personel dyplomatyczny z zagranicznej ambasady w Watykanie, a Emanuela miała stać się ofiarą tego kręgu. Nie znaleziono konkretnych dowodów potwierdzających te informacje, ale brat zaginionej stwierdził wówczas, że „Watykan nabrał wody w usta, by uniknąć kompromitującej prawdy, i milczy do dziś”. Rok temu opinię publiczną zelektryzowała informacja, że podczas prac remontowych w siedzibie nuncjatury apostolskiej w Rzymie robotnicy odnaleźli ludzkie szczątki. Sprawa Emanueli znów trafiła na czołówki gazet, badania DNA wykazały jednak, że były to męskie kości.

Obudzona nadzieja

Sprawa Emanueli Orlandi dotknęła wielu wątków: terroryzmu, prania brudnych pieniędzy, wewnętrznych watykańskich intryg, powiązań ze światem przestępczym i afer seksualnych. Jednak żadne z dotychczasowych śledztw nie przyniosło wyjaśnienia tej jednej z największych zagadek kryminalnych minionych dekad. Nic więc dziwnego, że obecna zgoda Watykanu na otwarcie dwóch grobów budzi duże nadzieje na rozwikłanie tej tajemnicy. Wciąż nie wiadomo bowiem, kto i dlaczego porwał nastolatkę, nie ma też dowodów przemawiających za tym, że żyje, ani za tym, że została zamordowana. Brat zaginionej głęboko wierzy, że „poszukiwania tam, gdzie wskazuje anioł”, pozwolą znaleźć odpowiedź na te pytania i największa współczesna zagadka Watykanu zostanie rozwiązana. 36 lat temu Jan Paweł II mówił: „Podzielam niepokoje i udręki rodziców (...). Zanoszę swoją modlitwę do Pana, aby Emanuela mogła wrócić cała i zdrowa w objęcia swoich bliskich, którzy czekają w nieopisanych mękach”. Oby anioł wskazał Emanueli drogę do domu.•