Timmermans. Bo tak

Bartosz Bartczak

Frans Timmermans jest forsowany na przewodniczącego Komisji Europejskiej. Po co? Żeby jeszcze bardziej podzielić Europę?

Timmermans. Bo tak

Najważniejsze stanowiska w Unii Europejskiej były zwykle obsadzane w drodze kompromisu. Uwzględniano parytety geograficzne i polityczne. Swoje stanowiska w Europejskiej musieli dostać przedstawiciele Europy południowej, północnej, wschodniej i zachodniej. Stanowiska musiały być też podzielone między chadeków i socjalistów.

Także na czele Komisji Europejskiej stawał zwykle kandydat kompromisowy. Coś się jednak zmieniło wraz z wyborem Jean-Claude'a Junckera. Były premier Luksemburga wzbudzał kontrowersje wśród wielu krajów UE swoimi federalistycznymi poglądami i polityką podatkową w ojczystym kraju. Luksemburg stał się pod jego rządami niejako rajem podatkowym.

Po ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej promowany jest kolejny kontrowersyjny polityk. Frans Timermans, bo o nim mowa, jako wiceprzewodniczący KE popadł w konflikt z kilkoma rządami europejskimi, nie tylko polskim.

Socjaliści, których twarzą w kampanii był Timmermans, osiągnęli najgorszy w historii wynik w wyborach europejskich. Co więcej, wielka koalicja chadeków z socjalistami po raz pierwszy w historii straciła większość w Parlamencie Europejskim. Dlaczego więc promuje się na najważniejsze stanowisko w UE polityka, który poniósł porażkę?

Może unijne elity chcą pokazać, że to one wciąż decydują, mimo coraz mniejszego poparcia społecznego? Może od jedności europejskiej ważniejszy jest rozdział najważniejszych stanowisk UE we własnym gronie, nawet jeśli to grono jest coraz mniejsze?

Po rządach Junckera kraje członkowskie są dużo dalej od siebie niż były przez jego rządami, a zaufanie do instytucji europejskich mocno spadło. Po ewentualnych rządach Timmermansa ten problemy mogą się tylko pogłębić.

Tagi: