Elektrozagadka

Jakub Jałowiczor

|

GN 26/2019

dodane 27.06.2019 00:00

Cena prądu dla gospodarstw domowych została zamrożona na kolejne pół roku. Jednak koszt produkcji energii elektrycznej będzie rósł z powodu opłat za emisję CO2 i koniecznych w Polsce inwestycji.

Elektrozagadka infografika studio gn zdjęcie henryk przondziono /foto gość

Pod koniec zeszłego roku uchwalono ustawę zamrażającą ceny energii elektrycznej. Aby nie doszło do wzrostu wysokości rachunków, obniżono czterokrotnie podatek akcyzowy (z 20 zł do 5 zł za megawatogodzinę) oraz o 95 proc. zmniejszono opłatę przejściową (płaconą przez wszystkich i będącą wsparciem dla firm energetycznych z powodu rezygnacji z kontraktów długoterminowych). Jak wówczas zakładano, miało to kosztować budżet nieco ponad 4 mld zł. Kolejne 4 mld pochłonęło stworzenie funduszu, z którego przedsiębiorstwa energetyczne dostają rekompensaty za utrzymywanie niższych cen, a 1 mld przeznaczono na wsparcie inwestycji zmniejszających emisję gazów cieplarnianych przez polską gospodarkę. Po 30 czerwca ceny nadal będą zamrożone, ale nie dla wszystkich. Rachunki na dotychczasowym poziomie zapłacą gospodarstwa domowe, których jest 15 mln, a także mikrofirmy (niecałe 2 mln), małe firmy (57 tys.), placówki służby zdrowia (1 tys.) i niektóre jednostki sektora finansów publicznych (np. samorządy, łącznie ponad 60 tys. podmiotów). Dostawcy energii będą mogli wystawić wyższe rachunki dużym i średnim firmom. Tym z kolei wolno będzie wystąpić o rekompensaty wynoszące do 200 tys. euro w ciągu 3 lat. Ciągle nie wiadomo, czy Komisja Europejska nie uzna polskiego systemu obniżania cen prądu za niedozwoloną pomoc publiczną.

Kup pan limit

Ceny prądu w Polsce należą do wyższych w Europie, co zauważa Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii. Resort wyliczył, że w latach 2015–2018 statystyczny Polak zapłacił o 20 proc. więcej od Niemca, o 23 proc. więcej od Czecha i o 18 proc. więcej od Słowaka. Koszty produkcji energii elektrycznej rosną w całej Europie. Jednym z głównych powodów jest wzrost opłat emisyjnych i innych związanych z ekologią. Jak wynika z senackiej analizy, zielone daniny w 2008 r. stanowiły 14 proc. kwoty, którą w rachunku stanowią podatki. W 2015 r. było to już 33 proc.

Opłaty emisyjne wiążą się z postanowieniami tzw. protokołu z Kioto, który wszedł w życie w 2005 r. Zakłada on obniżenie ilości gazów cieplarnianych produkowanych przez przemysł krajów, które podpisały dokument. Państwa dostają określony limit spalin, w tym dwutlenku węgla, które mogą wyprodukować. Ograniczenie to jest coraz surowsze. Jeśli w danym kraju emisja jest niższa od wyznaczonego limitu, nadwyżkę można sprzedać innym. Z tego powodu rozwinął się handel zezwoleniami na emisję CO2, który podnosi ceny samych zezwoleń, a co za tym idzie – również energii pochodzącej z elektrowni emitujących dwutlenek węgla. W październiku 2014 r. za jedno uprawnienie płacono od 5 do 6,5 euro. W październiku 2018 r. cena ta wzrosła do 17 euro – Polska miała wówczas 113 tys. niewykorzystanych uprawnień. W tej chwili kosztują one od 25 do 27 euro.

Kabel zza Odry

W przypadku Polski problemem są także zbyt małe moce produkcyjne elektrowni. Zapotrzebowanie na prąd stale rośnie. W 2018 r. wyniosło niemal 171 terawatogodzin i było o 1,7 proc. wyższe niż rok wcześniej. Poza dwoma latami spadku (2009 i 2014) od dekady notujemy tendencję wzrostową – w 2008 r. konsumowaliśmy 154 TWh prądu. Produkcja rośnie wolniej, a w zeszłym roku spadła nawet o 0,3 proc. Z tego powodu, jak podaje portal wysokienapiecie.pl, sprowadziliśmy z zagranicy o 5,7 TWh więcej, niż sprzedaliśmy. To historyczny rekord, bijący ten z 1984 r., kiedy to przez granicę dotarło do nas 4,6 TWh energii elektrycznej netto. Jesteśmy w stanie sprowadzać prąd (lub go sprzedawać) z Niemiec, Czech, Słowacji, Litwy oraz Szwecji, z którą łączy nas kabel podmorski. Mamy też dwa połączenia z Ukrainą, ale jedno służy tylko do importu, a drugie nie działa od 1993 r., choć Ukraińcy planują jego ponowne uruchomienie. Polsko-białoruskie linie energetyczne nie funkcjonują, a połączeń z Kaliningradem nie ma. Rozbudowę przesyłu z Ukrainy, umożliwiającego kupowanie tańszego prądu, miał rozważać Jan Kulczyk, ale śmierć biznesmena uniemożliwiła realizację tych pomysłów. Polski rząd zakłada z kolei, że nasz kraj nie powinien uzależniać się od zagranicznych dostaw, zwłaszcza ze wschodu. Mogłoby to powodować problemy podobne do tych, które mamy z gazem. W tej sytuacji nie ma innego rozwiązania niż budowa nowych elektrowni i rozbudowa istniejących.

Co wy tam palicie?

W tej chwili buduje się prawie 40 elektrowni i elektrociepłowni lub nowych bloków w działających już zakładach. Mniej więcej co drugi z tych obiektów będzie przynajmniej w części korzystał z gazu ziemnego. Jak wyliczył dr inż. Andrzej Strupczewski z Narodowego Centrum Badań Jądrowych, wyprodukowanie megawatogodziny prądu z węgla kamiennego kosztuje dziś niecałe 90 euro, z czego 34 euro to koszt samego węgla, a 25 euro – opłata za emisję dwutlenku węgla. W przypadku węgla brunatnego za paliwo trzeba zapłacić 23 euro, a za emisję CO2 – 31 euro. Wytworzenie megawatogodziny będzie kosztować o 2 euro mniej niż z węgla kamiennego. Taka sama ilość energii elektrycznej pochodzącej z gazu to koszt 123 euro, z czego 94 euro pochłonie sam zakup paliwa. Opłata emisyjna wyniesie natomiast 16 euro, ponieważ spalanie gazu wyzwala mniej CO2. Jeśli zatem ceny zezwoleń na emisję będą dalej rosnąć albo jeśli wprowadzone zostaną dodatkowe utrudnienia w korzystaniu z węgla, różnica kosztów może się zmniejszać. Podobny wpływ miałby spadek ceny gazu, który może nastąpić po zwiększeniu jego ilości na polskim rynku dzięki oddaniu do użytku gazociągu Baltic Pipe i rozbudowie gazoportu w Świnoujściu. Mimo to węgiel pozostaje głównym paliwem dla polskich elektrowni. W 2017 r., jak podał GUS, 46,4 proc. energii elektrycznej pochodziło z węgla kamiennego, a 30,6 proc. z brunatnego. Bloki gazowe dostarczyły zaledwie 5,7 proc. prądu. Niewiele większy był udział elektrowni wiatrowych – 8,7 proc., a tych wykorzystujących biomasę – 3,1 proc. Ta ostatnia metoda polega na spalaniu substancji biologicznych albo korzystaniu z metanu powstającego w wyniku ich rozkładu. Dość niska skuteczność tej metody sprawia, że jest to raczej sposób na pozbywanie się śmieci niż istotne źródło energii.

Bardziej opłacalna jest energia wiatrowa, choć w jej przypadku wysokie są koszty inwestycji. Aby wiatrak stojący na lądzie wytworzył jedną megawatogodzinę energii, trzeba wydać 84 euro. Gdyby nie opłaty emisyjne, których elektrownie wiatrowe nie płacą, korzystanie z węgla byłoby zatem tańsze. Jeśli wiatrak ustawiono by na morzu, koszt megawatogodziny wyniesie 103 euro. Polityka Unii Europejskiej zmierza jednak do zwiększenia znaczenia elektrowni wiatrowych i innych korzystających z odnawialnych źródeł energii (OZE). Nasz rząd, zgodnie z dokumentem „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku”, chce, żeby w 2030 r. z OZE pochodziło 21 proc. energii wytwarzanej w naszym kraju. Udział węgla ma do tego czasu spaść do 60 proc. Do 2033 r. ma też zacząć działać pierwszy blok elektrowni atomowej. Każdy z jej dwóch bloków miałby mieć moc 3 tys. MW (dla porównania – największe z oddawanych ostatnio do użytku bloków węglowych mają po 1 tys. MW). Według zeszłorocznych zapowiedzi ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego jej budowa może pochłonąć 70–75 mld zł. Tak ogromna inwestycja nie będzie raczej możliwa bez zagranicznego wsparcia. Podczas niedawnego pobytu w Stanach Zjednoczonych prezydenta Andrzeja Dudy podpisano memorandum w sprawie polsko-amerykańskiej współpracy w dziedzinie energetyki nuklearnej. Nieoficjalnie wiadomo, że konkrety mają zostać przedstawione jesienią. •

Tagi: