Dopuściłem się bluźnierstwa. A potem...

dodane 22.01.2019 09:18

Uciekałem przed Bożym Miłosierdziem. Wolę nawet nie myśleć, do czego byłbym zdolny, gdybym uległ wtedy rozpaczy.

Dopuściłem się bluźnierstwa. A potem... HENRYK PRZONDZIONO /Foto Gość

Chciałem podzielić się świadectwem, o tym jak Bóg zdziałał wielkie rzeczy w moim życiu, jak wiele dobra od Niego otrzymałem i jak moje życie odmieniło się dzięki sakramentowi spowiedzi świętej. Pisanie tego świadectwa nie przyszło mi łatwo, bo zbierałem się do niego od dłuższego czasu i zbytnio się ociągałem, znajdując zawsze coś ważniejszego do zrobienia. Ponadto potrzebowałem trochę czasu, aby sobie wszystko uporządkować, bo droga do mojego nawrócenia była długa, pokrętna, pełna upadków. Dopiero po czasie, patrząc z odpowiedniej perspektywy widać, że Pan Bóg pisze prosto po liniach krzywych.

Pochodzę z rodziny wierzącej i praktykującej, sam również do czasu mojego nawrócenia, kilka lat temu, uważałem się za taką osobę, ale patrząc z dzisiejszej perspektywy były to pozory, bo tak naprawdę moje duchowe życie było dwulicowe, pełne uwikłania w grzech, niechęci do jego odrzucenia, braku zaufania względem Pana Boga i ciągłej ucieczki przed Bożym Miłosierdziem. Swoją postawę mogę skomentować dwoma fragmentami Pisma Świętego:

„Obłudnicy, dobrze powiedział o was prorok Izajasz: Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi” (Mt 15, 7-9)
oraz:  „Nie każdy, który Mi mówi: „Panie, Panie!”, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie.” (Mt 7, 21)

Ale nie zawsze tak było.

Pierwsze lata mojego duchowego życia jako kilkuletnie dziecko i w pierwszych klasach szkoły podstawowej oceniam pozytywnie. Moja wiara była żywa, miałem bliską relację z Bogiem, bo był On dla mnie kimś bliskim, kto chce dla mnie wszystkiego co najlepsze, kto mnie kocha i nigdy nie skrzywdzi. Do dziś pamiętam pierwszą spowiedź św., z jak dużym przejęciem się do niej przygotowywałem i jak radośnie i lekko się czułem po odpuszczeniu grzechów. Także Pierwsza Komunia Święta była dla mnie niezwykłym duchowym przeżyciem i wydawało mi się wówczas, że nikt i nic nie odbierze mi szczęścia z obcowania z Bogiem. Wkrótce miało się to jednak zmienić. Czym to było spowodowane? Z perspektywy czasu można by się doszukiwać różnych przyczyn: problemy w domu rodzinnym, zły wpływ rówieśników, telewizji, niewłaściwych książek, zbyt płytka edukacja religijna. Jednak tak naprawdę byłoby to usprawiedliwianie się i szukanie winy u innych, zamiast realnego spojrzenia na własne postępowanie i wybory życiowe.

To, co zniszczyło moją szczerą i prawdziwą relację z Bogiem, było spowodowane faktem, że już od wczesnej młodości prowadziłem „podwójne życie”. Rodzina i najbliższe otoczenie uważało mnie za miłe, grzeczne, dobrze ułożone dziecko i tak się zachowywałem, gdy wypadało takim być. W otoczeniu rodzeństwa lub rówieśników postępowałem inaczej. Rozrabialiśmy, używaliśmy dużo wulgaryzmów, dokuczaliśmy sąsiadom, wymyślaliśmy zabawy krzywdzące innych. Robiliśmy wiele złych i głupich rzeczy, z których dawniej byłem dumny, a obecnie wstydzę się i łapię się za głowę, jak sobie o tym przypomnę. Sam nie tylko w tym uczestniczyłem, ale byłem często pomysłodawcą wielu grzechów.

To samo działo się w moim życiu religijnym. Wprawdzie modliłem się codziennie, prosząc Boga o pomoc i opiekę, na lekcjach religii byłem uważany za dobrego ucznia, a co niedzielę z rodziną chodziłem do kościoła na Mszę św., ale z drugiej strony obrażałem Boga, wyśmiewając się z osób prawdziwie wierzących, przedrzeźniając księży, drwiąc z sacrum (przerabiając np. modlitwy lub pieśni religijne, zmieniając ich znaczenie lub, co gorsza, dodając wulgaryzmy). Jednocześnie nadal uważałem się za dobrego chrześcijanina, traktując moje postępowanie za „niewinne żarty”, nie widząc jednocześnie tego, że coraz bardziej otwierałem się na zło.

Nie trzeba było długo czekać na smutne skutki takiego postępowania. Najgorsze w tym wszystkim było to, że zwątpiłem w dobroć i miłosierdzie Boga. Pewnego razu idąc do spowiedzi (będąc jeszcze w szkole podstawowej) wiedziałem, że powinienem przyznać się do pewnej rzeczy, którą zrobiłem, a która wydawała mi się niewłaściwa. Jednak w konfesjonale zataiłem to ze wstydu przed księdzem, którego znałem. Od razu po skończonej spowiedzi usiadłem w ławce, spojrzałem na tabernakulum i wiedziałem, że okłamałem nie tylko księdza, ale również Pana Jezusa. Zacząłem przepraszać Boga za to, co zrobiłem, ale zamiast jeszcze raz pójść do spowiedzi i wyznać szczerze wszystkie grzechy, pomodliłem się tylko chwilę i wyszedłem z kościoła.

To wówczas straciłem coś naprawdę cennego – dziecięcą niewinność i przekonanie, że Bóg jest dobry i naprawdę mnie kocha, jest miłosierny i bliski każdemu człowiekowi. Od tego momentu Bóg stał się dla mnie bardziej sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze. Zamiast prawdziwej bojaźni wynikającej z miłości zacząłem się po prostu Boga bać, a szatan bardzo szybko wykorzystał sytuację, w jakiej się znalazłem.

Będąc jeszcze uczniem szkoły podstawowej dopuściłem się bluźnierstwa – przechodząc z grupą rówieśników koło przydrożnego krzyża splunąłem pod niego. Sam do tej pory nie wiem, dlaczego to zrobiłem, czy „dla zabawy”, czy może aby „zaimponować grupie”, choć teraz to mało istotne. Najważniejsze było to, że w momencie, w którym to zrobiłem, poczułem przynaglenie, aby zrobić to w formie bluźnierstwa przeciw Jezusowi, który wisiał na tym krzyżu. Nikt się jednak nie śmiał, a chyba nawet nie zauważył tego, co zrobiłem, ale ja wiedziałem, że było to coś złego i tym samym dałem szatanowi przyzwolenie na wejście z dużą siłą w moje życie. Nie musiałem czekać długo na efekty.

Wkrótce potem w tym samym miejscu, w którym dopuściłem się bluźnierstwa, zostałem potrącony przez samochód na przejściu dla pieszych. Samego momentu wypadku nie pamiętam, poczułem tylko uderzenie i obudziłem się po jakimś czasie, leżąc zakrwawiony na ulicy, z tłumem gapiów nade mną, a potem podróż karetką do szpitala, zapłakani rodzice nad moim łóżkiem, operacja… W tamtej chwili otarłem się o śmierć. Leżąc przez miesiąc przykuty do szpitalnego łóżka, przestraszyłem się nie na żarty i oczywiście połączyłem ten wypadek z tym, co zrobiłem wcześniej. Obwiniłem o wszystko Boga i uznałem, że to Jego kara, bo przecież On za dobre wynagradza, a za złe karze. Nie myślałem wówczas o Jego miłosierdziu, że powinienem być Mu wdzięczny, że jeszcze żyję, że dał mi szansę na nawrócenie. Nawet przysłał do mnie księdza, zapewne kapelana szpitalnego, który chciał mnie wyspowiadać, ale ja nie byłem na to gotowy. Pomyślałem wówczas, że mój grzech był tak ciężki, że ksiądz mi go nie odpuści, ponadto bałem się jego reakcji i co pomyśli rodzina, gdy się dowie co zrobiłem i jaka była prawdziwa przyczyna tego, że znalazłem się w szpitalu. Uczyniłem wtedy w duchu mocne postanowienie, że jeżeli wyspowiadam się kiedykolwiek z tego grzechu, to będzie to pod koniec życia, najpewniej na łożu śmierci. Z perspektywy czasu widzę jak bardzo złe i głupie było moje rozumowanie. Byłem wówczas po prostu przestraszonym dzieckiem, które pozwoliło, aby strach zaczął rządzić moim życiem.

Po wyjściu ze szpitala, stopniowo odzyskiwałem zdrowie fizyczne, ale wypadek pozostał dla mnie traumą psychiczną i duchową na całe życie, starałem się więc najczęściej nie wracać do niego pamięcią. Mogę to porównać do źle zagojonej rany, zarośniętej blizną. Z pozoru wyglądało w porządku, a pod spodem wszystko ropiało i każde mocniejsze dotknięcie powodowało ból. Najgorsze było jednak to, że szybko zapomniałem o niewyspowiadanych grzechach, przez co naraziłem swoją duszę na wielkie niebezpieczeństwo. Z pozoru pod względem duchowym wszystko wróciło do normy. Generalnie nadal uważałem się za tzw. „praktykującego katolika” (przez większą część mojego życia Msza Święta co niedzielę, spowiedź św. i Komunia św. przynajmniej dwa razy w roku). Niestety, moja wiara była już bardzo letnia, niby wierzyłem w Boga, ale nie całkowicie Jemu ufałem, chodziłem na Mszę Świętą, ale mało co z niej wynosiłem, modliłem się, ale w pośpiechu, bez uwagi i byle jak, stopniowo coraz mniej i coraz rzadziej; chciałem czytać Pismo Święte, ale miałem duże problemy, żeby się do tego zmobilizować. Do spowiedzi chodziłem też bardziej ze strachu albo z przymusu, bo trzeba się wyspowiadać przed świętami, a nie dlatego, żeby spotkać się z Jezusem w konfesjonale, a potem w Komunii Św. i żyć w stanie łaski uświęcającej. Teraz już wiem, że działo się tak dlatego, że liczyłem tylko na własne siły i myślałem, że zbawię się samemu, że moje dobre uczynki przeważą zło, które uczyniłem.

W takim stanie pozostawałem przez ponad 20 lat i z każdym rokiem było coraz gorzej. Nie chcę tu opowiadać wszystkiego o sobie, ale generalnie podsumowując ten okres swojego życia, widzę jak wiele spraw oddalało mnie od Boga i uniemożliwiało rozwijanie wiary. Pycha, egoizm, nieposłuszeństwo niszczyły mnie wewnętrznie, ale także sprawiły, że po drodze zraniłem sporo osób. Było we mnie bardzo dużo złości względem bliźnich (brak przebaczenia innym za krzywdy, nawet wówczas, gdy chodziło o drobnostki sprzed wielu lat). Ponadto przez połowę mojego życia byłem uwikłany w pornografię, onanizm, uzależnienie od komputera i gier komputerowych (na początku rozwijających i spokojnych, później coraz brutalniejszych, a nawet z elementami okultyzmu, co jeszcze kilka lat temu było dla mnie nie do pomyślenia). Miałem również myśli samobójcze, szczególnie natarczywe myśli atakującymi sacrum (objawiające się głównie w modlitwie lub podczas Mszy Świętej przekleństwami wobec Najświętszej Maryi Panny oraz Najświętszego Sakramentu), a także nagłe, przelotne uczucie gniewu i nienawiści wobec bliskich lub osób, z którymi naprawdę nie miałem żadnych sporów lub kłótni. To wszystko towarzyszyło mi już od czasu, gdy byłem nastolatkiem. W końcu odstawiłem Pana Boga na bardzo daleki plan i sięgałem coraz bardziej duchowego dna. Taki był efekt świętokradzkich spowiedzi, Komunii Świętych, ucieczki przed Bożym Miłosierdziem i zniewolenia przez zło. Ten okres mogę podsumować cytatem z 1 Listu do Koryntian: „Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie. Dlatego też kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej. Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije nie zważając na Ciało [Pańskie], wyrok sobie spożywa i pije. Dlatego to właśnie wielu wśród was słabych i chorych i wielu też umarło.” 1 Kor, 11, 26-30

Dlaczego jeszcze żyję?

Odpowiedź wydaje się prosta, bo Bóg tego chciał. W Piśmie Świętym jest taki fragment „Nie chcę śmierci grzesznika, lecz pragnę, aby się nawrócił i miał życie.” Ez 33, 11. Z dzisiejszej perspektywy jestem pewien w stu procentach prawdziwości tych słów. Pan Bóg w ciągu całego mojego życia ani na chwilę mnie nie zostawił, mimo że to ja coraz bardziej się od Niego oddalałem, wybierając życie w grzechu. Cały czas szukał drogi do mnie, aby mnie z wyrwać z tego bagna i wielokrotnie dawał mi okazje do nawrócenia, jednak nigdy nie naruszał mojej wolnej woli. Oto kilka przykładów:

- gdy grzeszyłem przeciwko czystości pornografią czy onanizmem, słyszałem głos wewnętrzny/wyrzuty sumienia – „Co robisz? Co powiedziałaby Twoja rodzina, gdyby ciebie teraz widziała? Zasmucasz swojego Anioła Stróża”. Niestety zamiast opamiętania wybierałem najczęściej grzech.

- gdy modliłem się w kościele do Jezusa ukrytego w tabernakulum, pojawiał się w moim sercu głos: „Nie każdy, który Mi mówi: »Panie, Panie!«, wejdzie do królestwa niebieskiego”. Bardzo dziwiłem się wówczas tym słowom, które budziły we mnie niepokój, ale moje serce nie chciało się zmienić.

- przychodziły czasem do mnie chwile refleksji, gdy zastanawiałem się nad wiecznością oraz jaki los czeka mnie po śmierci. Zawsze odczuwałem wtedy duży strach i nie byłem w stanie zbyt długo o tym myśleć, bo czułem jakąś barierę w głowie. Nie myślałem o Niebie jako miejscu stałego obcowania z Bogiem, pełnym radości, miłości, dobra. Intuicyjnie czułem, że życie jakie prowadziłem, grozi raczej potępieniem, ale oszukiwałem się, że przecież nie jestem taki zły, inni grzeszą bardziej niż ja, co najwyżej zasługuję na czyściec, a na Sądzie moje dobre uczynki przeważą nad grzechami.

- wierzący rodzice, którzy starali się dbać o mój rozwój duchowy i abym był zawsze blisko Boga. Pamiętam jak zaproponowali całej naszej rodzinie pieszą pielgrzymkę do Częstochowy, na którą udaliśmy się, gdy miałem kilkanaście lat. Niestety osobiście nie chciałem na nią iść, woląc ten czas spędzić przed komputerem. Uważając, że jestem przymuszony, zmarnowałem wiele owoców tej pielgrzymki, przez większą część czasu gniewając się na rodziców i cały świat, że muszę robić to, co mi się nie podoba.

- Bóg wielokrotnie ratował mnie i moich bliskich z opresji, zagrażających nawet życiu np. wtedy, gdy z żoną podczas jazdy małym samochodem osobowym cudem nie zostaliśmy rozjechani przez rozpędzonego tira, co skończyłoby się dla nas tragicznie.

- „Dzienniczek” św. Faustyny, który odegrał w życiu mojej rodziny ważną rolę, bo każdy z bliskich, kto się z nim zetknął, przeżywał radykalne, a często bolesne nawrócenie, które kończyło się całkowitym przewartościowaniem życia. Sam odczuwałem lęk przed tą książką, widząc jak wielkie zmiany wprowadza w życie bliskich mi osób, co według mnie ocierało się nawet „o szaleństwo”. Postanowiłem, że nie chcę skończyć jak oni i nie będę czytał tej dziwnej książki.

- „Jak trwoga to do Boga”, w ciężkich chwilach mojego życia zwracałem się zawsze do Boga, licząc na pomoc i nie było sytuacji, abym nie został wysłuchany, oczywiście jeżeli to o co prosiłem, było dla mnie dobre. Niestety moja relacja z Bogiem była niewdzięczna i roszczeniowa. Modliłem się głównie wtedy, gdy czegoś chciałem, a za mało dziękowałem oraz obiecywałem, że będę lepszym człowiekiem i chrześcijaninem, ale szybko zapominałem o złożonych obietnicach.

- Robiąc rachunek sumienia przed spowiedzią często słyszałem głos wewnętrzny, przypominający mi o wypadku i wzywający do zastanowienia się nad tym, co było przed nim. Ponieważ jednak myślenie o tym traktowałem jako traumę, więc bardzo szybko wyrzucałem ten głos z głowy. Do grzechu bluźnierstwa nie chciałem się przyznać sam przed sobą, a tym bardziej go wyznać, zasłaniając się niepamięcią, albo że wszelkie ewentualne zło odpokutowałem tym wypadkiem.

Jak widać ciągle uciekałem przed Bożym Miłosierdziem, a trwało to ponad 20 lat.

Nawrócenie

Moje prawdziwe nawrócenie do Boga miało miejsce na przełomie 2014 i 2015 roku, jednak droga do niego była długa, kręta i pełna niezwykłych przypadków. Z dzisiejszej perspektywy wiem jednak, że w naszym życiu nic nie dzieje się przypadkowo, gdyż każde dobro jest efektem działania Bożej Opatrzności.

Poważne zmiany w moim życiu nastąpiły już w 2010 r., kiedy poślubiłem moją żonę. To że w ogóle ją poznałem, jest prawdziwym cudem i znakiem, że Bóg nigdy mnie nie opuścił. Przez większość życia byłem osobą samotną i zamkniętą w sobie, rozpaczliwie szukającą miłości. Bez większego powodzenia. Zmęczony szukaniem na własną rękę, zwróciłem się w końcu do Boga i w wytrwałej, codziennej modlitwie prosiłem o znalezienie dobrej, kochającej żony. Bóg nie tylko znalazł dla mnie osobę z cechami charakteru, o które prosiłem, ale dał mi o wiele więcej, niż mogłem sobie wymarzyć. Niestety z powodu mojego uwikłania w grzech nie potrafiłem docenić tego, co otrzymałem. Chociaż z pozoru wszystko się układało - miałem pracę, kochającą rodzinę, w sercu czułem jednak lęk i duchową pustkę. Praca i ludzie, z którymi się spotykałem coraz bardziej mnie denerwowali, a relacja z żoną była podkopywana przez uwikłanie w pornografię. Coraz bardziej czułem, że tak dłużej żyć się nie da, że trzeba coś zdecydowanie zmienić. Z pomocą przyszła mi koleżanka z pracy, z którą często rozmawialiśmy o życiu i wierze. Widząc, że coraz bardziej męczę się w pracy, w której pogarszała się atmosfera, podsunęła mi myśl, żebym zwrócił się o pomoc do św. Józefa i napisał do niego list (dała do przeczytania ciekawy artykuł z „Niedzieli”, w którym było kilka świadectw konkretnego działania tego świętego w życiu ludzi). Początkowo potraktowałem to jako ciekawostkę, lecz po pewnym czasie stwierdziłem, że nie mam nic do stracenia.

W lutym 2012 r. napisałem list do św. Józefa z prośbą o pomoc w znalezieniu pracy, w której będzie lepsza atmosfera niż dotychczas, martwiłem się też o sprawy materialne i zapewnienie bytu mojej rodzinie. List włożyłem do Pisma Świętego wraz z obrazkiem św. Józefa i o nim zapomniałem. Tymczasem dość szybko znalazłem pracę z lepszymi warunkami niż poprzednio, jednak niestety była ona tylko sezonowa. Po kilku miesiącach stałem się bezrobotnym. Tracąc wiarę w interwencję Opatrzności, postanowiłem zaryzykować i w lutym 2013 r. wyjechałem do pracy do Wielkiej Brytanii, a po dwóch miesiącach ściągnąłem do siebie żonę. Bardzo szybko znaleźliśmy zatrudnienie i materialnie zaczęło nam się nieźle powodzić. Oczywiście sukcesy w tej dziedzinie przypisałem sobie, a nie pomocy „z góry”. Jednak w życiu duchowym nadal źle się układało. Miał rację Św. Augustyn, pisząc: „Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu”.

Bóg ciągle robił jednak wszystko, żebym wreszcie do Niego wrócił i nie poszedł na zatracenie. Posyłał na moją drogę ludzi, którzy, jestem tego pewien, wypełniali Jego wolę. Bardzo dużo zawdzięczam rodzinie i przyjaciołom z Polski, którzy martwili się, abyśmy nie zagubili się na emigracji. Rodzice przekazali nam poświęconą pasyjkę i motywowali nas do codziennej modlitwy, upominali nas również, abyśmy nie odchodzili od Boga, byli wierni praktykom religijnym, odmawiali różaniec i uważali na siebie. Znajoma z byłej pracy, o której już wspominałem, przywiozła nam natomiast z pielgrzymki do Wilna obrazek z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego, z napisem „Jezu Ufam Tobie” i koronką do Miłosierdzia Bożego na odwrocie. My przyjmowaliśmy grzecznie ich rady i prezenty, ale sądziliśmy, że nie będą nam potrzebne, bo damy sobie sami świetnie radę. Jakże się myliliśmy…

Tymczasem Bóg interweniował bezpośrednio w moim życiu. Miało to miejsce w niewielkim kościele parafialnym w Anglii. Pamiętam, że poszedłem do niego, aby się wyspowiadać przed świętami. Udałem się do niej jak zwykle nieprzygotowany, tj. po szybkim rachunku sumienia, w którym „przypomniałem” sobie swoje grzechy, unikając jednak głębszego zastanowienia się nad przeszłością. Stojąc przed konfesjonałem przeżyłem coś dziwnego, co trudno opisać. Obudziło się długo tłumione sumienie, które upominało mnie, że muszę przestać szukać wymówek, zasłaniać się niepamięcią i powinienem wyznać wreszcie grzech bluźnierstwa, który miał miejsce przed wypadkiem. Nie było możliwości dyskusji, wiedziałem, że to wewnętrzne natchnienie pochodziło od Boga i że muszę wybrać: albo prawda i pójście za Nim, albo wybór kłamstwa i zła, wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami, oraz koniec z pozorami „bycia dobrym chrześcijaninem”.

Niestety wybrałem życie w kłamstwie, bo podczas spowiedzi stchórzyłem i nie wyznałem prawdy. Świętokradzka spowiedź i Komunia św. dopełniła tylko dalszego upadku. Na efekty mojego wyboru nie trzeba było długo czekać. Byłem całkowicie zniewolony przez pornografię, w którą zacząłem nawet wciągać moją żonę. Czas wolny spędzałem tak, aby tylko nie zastanawiać się nad swoim życiem, uzależniony od telewizji, internetu, gier komputerowych. Żyłem w ciągłym hałasie. W moim wnętrzu narastała dziwna złość i agresja do bliskich mi osób oraz do Boga, dla którego miałem coraz mniej czasu. Ktoś może mnie uznać za wariata, ale czułem wówczas stałą obecność kogoś lub czegoś złego w mojej obecności, miałem trudności ze snem, bo często śniły mi się koszmary. Bałem się też zostawać samemu w ciemnym pokoju, miałem rosnącą awersję do sacrum, bluźniercze myśli na Mszy Św. i skierowane przeciwko Najświętszej Maryi Pannie. Czułem podświadomy wstręt do sakramentów świętych, najchętniej już nigdy bym się nie spowiadał. Nawet przeglądając się w lustrze i patrząc w głąb moich oczu, widziałem, że to nie są już moje oczy, bo były pełne nienawiści i agresji, skierowanej w kierunku mnie. Wydawało się, że już nie ma dla mnie nadziei.

Nagle w sierpniu 2014 r. moja żona postanowiła modlić się w intencji znalezienia stałej pracy, bo u niej pod tym względem nie działo się najlepiej. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że postanowiła w tym celu odmawiać Nowennę Pompejańską. Dowiedzieliśmy się o niej od koleżanki, która przekazała nam ulotki z instrukcją jak się modlić i że jest to modlitwa nie do odparcia. Gdy usłyszałem, że żona chce odmawiać tę Nowennę, to ją wyśmiałem, bo w mojej opinii nie była bardzo religijną i rozmodloną osobą. Stwierdziłem, że na pewno nie da rady, ale moje uwagi zmotywowały ją tylko do gorliwej modlitwy. Tu mała dygresja o tym jak wielką łaską jest sakrament małżeństwa oraz jak mąż i żona są dzięki niemu połączeni niewidzialną więzią. Jeżeli jedno z małżonków popełnia często grzechy ciężkie, może w ten sposób szybko sprowadzić drugą osobę na złą stronę, ale jeżeli zbliża się do Pana Boga, to może też uratować współmałżonka. Tak było w moim przypadku. Im dłużej żona modliła się na różańcu, tym ja stopniowo traciłem zainteresowanie tym, co mnie zniewalało. Najpierw poczułem obrzydzenie do pornografii i oglądania filmów zawierających dużo erotyki, przemocy lub okultyzmu, potem przyszła kolej na gry komputerowe i internet. W moim życiu pojawiło się więcej ciszy, ale zło nie chciało tak łatwo odpuścić, bo nadal czułem duży niepokój i miałem koszmary (prawie codziennie budziłem się wykończony). Pamiętam, że w trakcie odmawiania nowenny żona miała dziwny i realistyczny sen: obudziła się w nocy, poszła do łazienki, a nagle za szyby rzucił się na nią demon. Próbowała mnie wołać, żebym jej pomógł, ale ja leżałem jak sparaliżowany i nic nie mogłem zrobić. W tym samym okresie ja też miałem bardzo dziwne sny, budziłem się na chwilę w nocy, śniąc na jawie i widziałem dziwną, zakapturzoną postać, która stała nade mną i nie wiem, czy modliła się, czy raczej wysysała ze mnie energię, a jak tylko zobaczyła, że nie śpię, coś mówiła, a ja znowu zapadałem w sen. Przestraszyłem się, bo wiedziałem, że te wizje dotyczą mnie i toczy się walka o moje życie, a zło chce zniechęcić żonę do modlitwy na różańcu. Zmotywowany jej przykładem sam zacząłem się modlić. Od dłuższego już czasu była to pierwsza naprawdę szczera i prawdziwa modlitwa. Przydała się bardzo pasyjka otrzymana od rodziców i różaniec od ojca chrzestnego, który kilka lat wcześniej przywiózł dla mnie z pielgrzymki do Ziemi Świętej. Najpierw przystąpiłem do Krucjaty Różańcowej w intencji Ojczyzny, później przypomniałem sobie o obrazku Jezusa Miłosiernego i zacząłem codziennie odmawiać koronkę do Miłosierdzia Bożego, jednocześnie coraz bardziej wciągała mnie modlitwa różańcowa. Dodatkowo, korzystając z komputera zamiast pustej rozrywki i tego co mnie zniewalało, zaczęły pojawiać się „przypadkowo” odnośniki do materiałów o treści religijnej. Pamiętam jak natrafiłem na youtube na konferencję ks. Piotra Glasa pt. „Wskazania egzorcysty dla małżonków”, zainteresował mnie tytuł, więc kliknąłem i wsiąkłem na dobre. Wiedziałem, że to Pan Bóg chciał, abym obejrzał ten film, tym bardziej, że pojawił się on dokładnie we wrześniu 2014 r. i nie miał jeszcze wtedy dużej oglądalności. Miałem wrażenie, że ten ksiądz, mieszkający na stałe w Anglii, mówił o mnie i do mnie. Szybko zacząłem przeglądać inne filmy, materiały, portale o treści religijnej (m.in. „Gościa Niedzielnego”, Polonia Christiana, W obronie Wiary i Tradycji Katolickiej, kanał Ruchu Czystych Serc). Mógłbym wymieniać bardzo długo, generalnie była to wielka odtrutka po tym, czym dotychczas się karmiłem.

Wreszcie Pan Bóg znalazł do mnie drogę i nie pozwolił, aby ta szansa się zmarnowała. Dzięki wytrwałej, codziennej modlitwie zacząłem nie tylko z Nim rozmawiać, ale stopniowo poznawałem ciężar swoich grzechów. Poczułem wielki żal z powodu tego, co zrobiłem. Rozpłakałem się i błagałem Boga o wybaczenie za to, jak Go obrażałem, za tylu ludzi zranionych przeze mnie, za ogromne duchowe zakłamanie w jakim żyłem i jak zatwardziałym grzesznikiem byłem. Wiedziałem, że muszę iść do spowiedzi. Nie było to wcale takie łatwe, bo musiałem przełamać strach, wstyd, a ponadto szatan wzbudzał we mnie wątpliwości, że nie mam szans, że Bóg mi na pewno nie przebaczy. Początkowo ze spowiedzią chciałem czekać do Świąt Bożego Narodzenia, ale czułem wewnętrzne przynaglenie, aby zrobić to jak najszybciej, bo wiedziałem już, że jeżeli umrę w takim stanie, to na pewno pójdę do piekła. Dlatego prosiłem Boga, wzywałem wstawiennictwa Maryi, Aniołów i Świętych, aby dali mi jeszcze szansę na spowiedź, żeby chronili mnie od niebezpieczeństw, bałem się nawet wychodzić z domu, żeby nie stało się mi nic złego. Przypomniałem sobie, jak będąc dzieckiem w szpitalu o moim postanowieniu, że wyspowiadam się ze wszystkich grzechów dopiero na łożu śmierci. Och jak głupi ja wtedy byłem i jak wiele ryzykowałem przez te wszystkie lata, odrzucając Boże Miłosierdzie. Moje życie doczesne i wieczne wisiało ciągle na włosku. Ponadto w Anglii przekonałem się, jak wielkim szczęściem jest żyć w Polsce, gdzie na każdym kroku jest otwarty kościół z wieloma konfesjonałami i dużą liczbą księży. Natomiast w miasteczku, w którym mieszkaliśmy z żoną, Msza św. po polsku była raz w tygodniu, sprawowana przez jednego z dwóch księży, którzy przyjeżdżali specjalnie ze stolicy hrabstwa, jednak ze względu na ilość wiernych, dłuższa spowiedź stanowiła problem. Był jeszcze starszy ksiądz, angielski proboszcz miejscowej parafii, ale nie znałem na tyle języka angielskiego, aby się u niego swobodnie wyspowiadać. W połowie października 2014 r. postanowiłem więc wreszcie pojechać specjalnie w sobotę autobusem kilkanaście kilometrów do stolicy hrabstwa, gdzie znajduje się polski kościół, w którym posługiwali polscy księża. Pamiętam ten wyjazd jak dziś. Całą podróż przeżyłem w strachu, czy w ogóle dojadę, myślałem, że zdarzy się jakiś wypadek i zginę, nie pojednawszy się z Bogiem, ponadto nie wiedziałem, czy i tym razem nie stchórzę i zdołam powiedzieć prawdę. Podróż przebiegła bez zakłóceń, jednak po wyjściu z autobusu pojawił się problem, bo znalazłem się w obcym mieście i nie wiedziałem za bardzo jak dojść do kościoła. Bóg jednak czuwał nade mną. Poczułem przynaglenie, aby spytać o drogę przechodzącego obok Anglika. Okazało się, że jest katolikiem i że nie tylko znał drogę do polskiego kościoła, ale po prostu przyłączył się do mnie, bo zmierzał w podobnym kierunku i mnie tam zaprowadził, umilając jednocześnie czas rozmową, co odrywało moje myśli od strachu przed spowiedzią. W samym kościele emocje jednak wróciły, bo musiałem długo czekać na swoją kolej. Wielkim ukojeniem był dla mnie obraz Jezusa Miłosiernego na drzwiach konfesjonału. Podczas samej spowiedzi bardzo się denerwowałem i rozpłakałem się, ale co najważniejsze wyznałem m.in. grzech bluźnierstwa sprzed lat, oraz świętokradcze spowiedzi i Komunie Św. Ksiądz pouczył mnie i udzielił rozgrzeszenia. To doświadczenie mogę porównać jedynie ze wspomnieniami Pierwszej Komunii Świętej. Odzyskałem radość i poczucie, że mogę wreszcie w sposób godny przyjąć Pana Jezusa w Eucharystii, co też zrobiłem podczas wieczornej Mszy Świętej. Życie znowu wydawało się takie piękne.

Niestety wewnętrzny spokój nie trwał długo, gdyż szatan nie chciał tak łatwo zrezygnować. Już następnego dnia w niedzielę po Mszy św. i Komunii św., gdy byłem w domu, zaczęły pojawiać się bluźniercze myśli przeciwko sacrum. Wpadłem w stan bliski rozpaczy, pojawiło się przekonanie, że są to moje myśli, znowu zgrzeszyłem i nie ma dla mnie nadziei, bo nie potrafiłem wytrzymać nawet jednego dnia w stanie łaski uświęcającej. Pamiętam, że odczuwałem dziwny lęk, czoło oblał mi zimny pot, a wewnątrz cały trząsłem się ze strachu. Zasypiając wieczorem w łóżku sądziłem, że już się nie obudzę. Miałem jedynie tylko tyle siły, by wzywać wstawiennictwa Aniołów, Świętych (m.in. św. Ojca Pio) i prosić Jezusa o ratunek. Teraz już wiem, że było to dręczenie duchowe, o czym wspominają księża egzorcyści w swoich kazaniach. Strategią szatana jest bowiem pozostawanie jak najdłużej w człowieku w ukryciu i uspokajaniu sumienia słowami typu „nie przejmuj się, inni grzeszą bardziej niż ty, masz czas na pojednanie się z Bogiem, nie bądź nadgorliwy”. Dopiero jak grzesznik się nawraca, zaczyna się duchowa walka, o czym mogę zaświadczyć własnym przykładem. Nie spodziewałem się wówczas jednak tego, bo moja świeżo odzyskana wiara była bardzo krucha. Wolę nawet nie myśleć, do czego byłbym zdolny, gdybym uległ wtedy rozpaczy. Bóg na pewno tego nie chciał i robił wszystko, abym wytrwał w postanowieniu powrotu do niego. Następnego dnia obudziłem się z nową nadzieją i postanowiłem zaufać, że bluźniercze myśli z poprzedniego dnia nie były moje. Poszedłem na poranną Mszę Św. w języku angielskim i przyjąłem Komunię św. Stało się wtedy coś dziwnego, poczułem jak ciepło i energia rozchodzi się po moim całym ciele. Wiedziałem, że to Pan Jezus łączy się z moją duszą oraz ciałem i że nic złego mnie nie spotka, dopóki będę blisko Niego. Umocniłem się też w przekonaniu, że chcę całkowicie uwolnić się od zła, w którym tkwiłem i wrócić na stałe do Boga.

Szatan oczywiście ponawiał ataki, próbował mnie zastraszyć w różny sposób, m.in. doświadczałem fizycznego i psychicznego dręczenia, nadal odczuwałem awersję do sacrum, a pojawiały się nawet groźby, które słyszałem jako głosy wewnątrz, typu „zgnijesz w piekle”, „zrobię krzywdę Twoim bliskim”. Kiedy to następowało, czułem przynaglenie, aby coraz żarliwiej się modlić, odmawiając m.in. różaniec, modlitwę do św. Michała Archanioła, Pod Twoją Obronę, wypowiadać akty strzeliste (np. Jezu ufam Tobie, Jezus jest moim Panem i Zbawicielem, w Imię Jezusa Chrystusa wyrzekam się zła, grzechu, szatana). Wiedziałem, że sam nie dam rady, więc prosiłem wielokrotnie Boga o pomoc, a najbliższych o modlitwę i błogosławieństwo. Zacząłem też zdobywać wiedzę na sprawdzonych portalach katolickich o walce duchowej, sakramentaliach, egzorcyzmach. Rozmawiałem też w tej sprawie ze spowiednikiem i poprosiłem o zgodę, aby swój przypadek skonsultować z księdzem egzorcystą (niestety na terenie Wielkiej Brytanii jest ich niewielu). Wyraził zgodę. Akurat w listopadzie 2014 r. mieliśmy z żoną jechać na urlop do Polski, dlatego postanowiłem jak najlepiej wykorzystać ten czas pod względem duchowym. Skontaktowałem się z księdzem egzorcystą posługującym w mojej diecezji i poprosiłem o spotkanie. Zanim do niego doszło, udałem się do lekarza psychiatry, aby wykluczyć podłoże psychiczne tego, co się ze mną działo. Rozmowa z egzorcystą przebiegła w dobrej atmosferze, ksiądz pomodlił się nade mną i pobłogosławił z nałożeniem rąk, dokonał egzorcyzmu wody, soli i oleju, który przyniosłem ze sobą, a na koniec podarował mi specjalny modlitewnik pt. „Modlitwy w różnych potrzebach”, Wydawnictwa Rosemaria, polecając codzienne odmawianie z niego modlitw o uzdrowienie i uwolnienie, co też uczyniłem. Podczas pobytu w Polsce postanowiłem również pojechać z żoną do Częstochowy, aby podziękować za łaskę nawrócenia i poprosić Matkę Bożą Częstochowską o opiekę (traktowałem to również jako swoiste zadośćuczynienie za źle przeżytą pielgrzymkę sprzed lat). Udałem się także do miejsca, w którym dopuściłem się bluźnierstwa, czułem że powinienem się tam znaleźć, aby raz na zawsze zamknąć przeszłość. Uklęknąłem pod tym krzyżem i odmówiłem koronkę do Bożego Miłosierdzia, przepraszając Boga i dziękując za ocalenie życia podczas wypadku. Od tamtej chwili zaszła we mnie duża zmiana, bo to miejsce przestało mi się kojarzyć z bluźnierstwem i traumą wypadku, a stało się symbolem działania Bożego Miłosierdzia w moim życiu. Podczas pobytu w Polsce kupiłem również srebrny krzyżyk i Cudowny Medalik do noszenia na szyi, które oczywiście poświęciłem. Po tych doświadczeniach byłem gotowy do powrotu z urlopu do Anglii, choć jakaś część mnie nie chciała wracać, bo w Polsce czułem się bardzo dobrze. Dopiero z perspektywy życia emigranta można docenić, jak wielką łaską jest życie w Polsce, z tyloma otwartymi kościołami, gdzie codziennie odprawiane jest co najmniej kilka Mszy Św. i nabożeństw, gdzie można adorować Najświętszy Sakrament. Jest też wielu księży, do których można zwrócić się o duchową pomoc, ponadto na każdym kroku spotyka się przydrożne kapliczki i krzyże, a co równie ważne, jest tak wielu ludzi nie tylko wierzących, ale również pozostających w stanie łaski uświęcającej. W Wielkiej Brytanii wyznawanie i praktykowanie wiary katolickiej jest o wiele trudniejsze, więcej jest duchowych zagrożeń i moim zdaniem siła oddziaływania zła większa.

Po powrocie do Anglii walka duchowa wzmogła się na nowo, a sakramentalia okazały się wielką pomocą. Nie rozstawałem się ani na chwilę z krzyżykiem i Cudownym Medalikiem, nosząc je w domu, w pracy, podczas snu i nie zdejmując ich nawet podczas kąpieli. Wiedziałem że jest to bardzo ważne, bo zło robiło wiele, aby mnie do tego zniechęcić m.in. podsuwając strony internetowe, w których było napisane, aby uważać na fałszywe sakramentalia, że najlepiej ich się pozbyć. Nie rozstawałem się również z różańcem, także w nocy, bo nadal zdarzały mi się koszmarne sny, lub czułem lęki. Najczęściej wkładałem go pod poduszkę, aby być gotowym odpowiedzieć modlitwą na te nocne nękania. Tak też się działo, czasem wystarczyło kilka Zdrowaś Maryjo, a czasem modliłem się w półśnie przez całą noc. A gdy już nie mogłem się modlić, to zakładałem różaniec na szyję i tak udawało mi się przespać noc. Pomagały również sól i olej egzorcyzmowany.

„Nie złamie trzciny nadłamanej,
nie zagasi knotka o nikłym płomyku.
On niezachwianie przyniesie Prawo.” Iz 42, 3

Równolegle z prowadzeniem walki duchowej, odczułem również wielką potrzebę rozmawiania o wierze z innymi ludźmi i modlenia się za nich. Jako „świeżo nawrócony” chciałem od razu nawracać cały świat. Zdarzało mi się wówczas, że w głowie pojawiała się myśl z cytatem z Pisma Świętego „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” Mt 16, 26. Nie wiedziałem wówczas, co to znaczy. Czułem jednak cały czas jakiś wewnętrzny niepokój i przekonanie, że jeszcze nie do końca pojednałem się z Bogiem. Oczywiście starałem się spowiadać jak najczęściej, bo bałem się, aby nie przyjmować Komunii św. w stanie grzechu ciężkiego, jednak miałem problem podczas robienia rachunku sumienia, bo ciągle przypominały mi się grzechy z przeszłości, których nie wyspowiadałem, albo nie miałem pewności czy zostały już odpuszczone. Jednocześnie wydawało mi się, że księża z mojej parafii nie podzielają moich obaw. Wpadłem w skrupulanctwo, co było dla mnie nie tylko duchowym cierpieniem, ale również niszczyło więź z Bogiem. Nie wiedziałem co robić. Pamiętam, że wtedy uderzyły mnie słowa Pana Jezusa z Dzienniczka św. Faustyny, że bardziej niż grzechy rani go nieufność w Jego Miłosierdzie. Wiedziałem, że sam nie dam sobie z tym rady. Poprosiłem Boga o pomoc, powiedziałem, że nie chcę już nigdy przyjmować Komunii św. świętokradczo, więc jeżeli nie wyspowiadałem jeszcze jakichś grzechów ciężkich z przeszłości, to chciałem, żeby mi je pokazał. Tak też się stało.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy się o to modliłem, mój tata zaczął odmawiać Nowennę Pompejańską w mojej intencji, o czym wtedy jeszcze nie wiedziałem. Tak naprawdę domyśliłem się tego w dniu, kiedy skończył odmawiać część błagalną. Dzieliła nas wtedy spora odległość (on był w Polsce, ja w Anglii), jednak nie miało to znaczenia. Stało się wtedy coś dziwnego, co trudno opisać. Poczułem, jak w mojej głowie otworzyła się jakaś bariera i zaczęły pojawiać się od dawna skrywane wspomnienia. Na początku były one nie zrozumiałe i niepokojące, wiedziałem jednak, że były prawdziwe. Potrzebowałem trochę czasu, aby sobie wszystko przypomnieć i okazało się, że wspomnienia dotyczyły bardzo ciężkiego grzechu, który popełniłem w przeszłości, a którego oczywiście nie wyznałem na spowiedzi. Nie będę o nim pisał szczegółowo, aby nikogo nie gorszyć, wystarczy, że powiem, że wiedza na ten temat była dla mnie straszna i całkowicie mnie dobiła, pozbawiając wszelkich złudzeń na temat mojej przeszłości i opinii jaką miałem na swój temat. Długo zresztą walczyłem, aby uznać ten grzech i moją całkowitą winę. Te myśli i wspomnienia atakowały moją głowę, a ja twierdziłem, że to nieprawda, jak ja mogłem to zrobić, co ja zrobiłem… Wszystko ustało, gdy wreszcie się poddałem, przyznałem się do tego, a co najważniejsze zamiast ciągłego skupiania uwagi na sobie i powtarzania „ja”, pomyślałem wreszcie o Jezusie, o tym jak cierpiał, gdy tak grzeszyłem i jak musiał się czuć za każdym razem, gdy przyjmowałem Go świętokradczo do mojego serca, które zmieniało się w nową Golgotę, gdzie powtarzała się Jego męka i śmierć.

Zaczął się przełomowy, ale jednocześnie bardzo bolesny i ciemny okres mojego nawrócenia. Z perspektywy czasu widzę jednak, że był on konieczny, abym przemyślał i zrozumiał wiele spraw. Traktuję to jako cenne doświadczenie, choć jednocześnie nie chciałbym go już powtarzać. Straciłem bowiem wówczas praktycznie całą nadzieję na ratunek, uważałem, że jestem już potępiony i moje dalsze starania w powrocie do Boga nie mają już sensu, bo On mi już tego nie przebaczy. Szatan robił wszystko, by mnie utwierdzić w tym przekonaniu, zniechęcając do dalszej modlitwy i chodzenia do kościoła, podsuwał mi również myśli o samobójstwie i to prawdziwy cud, że tego wtedy nie zrobiłem. Z wielkim trudem wykonywałem swoje codzienne obowiązki i z lękiem wychodziłem z domu. Oparciem w tym czasie była dla mnie rodzina i przyjaciele, którzy widząc, że coś jest ze mną nie tak, mocno się za mnie modlili. Jednocześnie Bóg przez różne wydarzenia i okoliczności pokazywał mi, że nic nie jest jeszcze stracone i dawał mi nadzieję. Pamiętam, jak raz wróciłem zdołowany z pracy do domu i natrafiłem na stole na rozłożone czasopismo religijne, które czytała wcześniej moja żona. Nie wiem już dokładnie, czego dotyczył artykuł, ale zwróciłem od razu uwagę na fragment z „Dzienniczka” Św. Faustyny:

„Gdy dusza ujrzy i pozna ciężkość swych grzechów, gdy się odsłoni przed jej oczyma duszy cała przepaść nędzy, w jakiej się pogrążyła, niech nie rozpacza, ale z ufnością niech się rzuci w ramiona Mojego miłosierdzia, jak dziecko w objęcia ukochanej matki. Dusze te mają pierwszeństwo do Mojego miłosierdzia. Powiedz, że żadna dusza, która wzywała miłosierdzia Mojego, nie zawiodła się ani nie doznała zawstydzenia” (Dz 1541).

Te słowa napełniły mnie wielką otuchą, choć nadal targały mną wątpliwości. Niedługo po tym udałem się do kościoła i modląc się przed Najświętszym Sakramentem zapytałem, co mam zrobić. Usłyszałem wtedy w moim wnętrzu mocny głos, który wypływał z tabernakulum ze słowami: „zrób rachunek i przyjdź”. Byłem zaskoczony tak konkretną odpowiedzią, ale po trochu nadal nie dowierzałem, dlatego kontynuowałem modlitwę z prośbą o pomoc. W tej samej chwili podeszła do mnie z drugiej części kościoła starsza kobieta (widywałem ją wcześniej w kościele, ale się nie znaliśmy) i powiedziała, że jak chcę iść do spowiedzi, to ksiądz czeka na mnie w konfesjonale. Nie poszedłem wtedy do niego, bo ksiądz ten był Anglikiem, a ja nie posługiwałem się tym językiem na tyle swobodnie, aby się wyspowiadać, jednak wiedziałem już, że Pan Jezus chce, żebym się z Nim spotkał w sakramencie pokuty i pojednania.

Zacząłem przygotowywać się na poważnie do spowiedzi generalnej, wypisując swoje grzechy na kartkach, aby nic mi nie umknęło, jednocześnie coraz bardziej obawiając się, jak ja to wszystko powiem. Najbardziej martwiłem się jednak tym, jak znajdę odpowiedniego spowiednika, który mnie wysłucha. Modliłem się o to żarliwie do Boga, a jednocześnie poszukiwałem na własną rękę w okolicznych parafiach. Rozwiązanie przyszło „przez przypadek”, choć po moim nawróceniu nie wierzę już w przypadki. W ogłoszeniach parafialnych angielskiej parafii znalazłem informację, że do sąsiedniej parafii przyjedzie ksiądz z Polski z odczytem o Bożym Miłosierdziu i Rycerstwie św. Michała Archanioła oraz z relikwiami św. Siostry Faustyny. W tym samym czasie mój tata miał kończyć Nowennę Pompejańską w mojej intencji. Potraktowałem to jako znak z Nieba i wiedziałem, że powinienem się tam znaleźć. Skontaktowałem się z tym księdzem i poprosiłem o pomoc oraz o spowiedź. Zgodził się. W dniu jego przyjazdu wziąłem dzień wolny w pracy i pojechałem do tego kościoła. W czasie spowiedzi starałem się wyznać wszystko, co ciążyło mi na sumieniu od tylu lat, posiłkując się kartkami, na których spisałem swoje winy. Ksiądz wysłuchał mnie, jednocześnie pytając o skrupulanctwo. Nie chcę wchodzić tu w szczegóły, bo to co powiedział, było bardzo osobiste, jednak trafił idealnie z nauką. Najważniejsze, że udzielił mi rozgrzeszenia ze wszystkich popełnionych w przeszłości grzechów i powiedział stanowczo, żebym już do tego nie wracał, bo Bóg mi przebaczył, a jeżeli od razu po tej spowiedzi umarłbym, to idę do Nieba. Pomodlił się również nade mną. Następnie spojrzał na zegarek i kazał zapamiętać tę godzinę i datę, bo wtedy narodziłem się na nowo. Był 23 stycznia 2015 r., godz. 18.15. Jako kolejny „przypadek” z tego dnia podam fakt, że po skończonej spowiedzi dołączyłem do żony w kościele, bo chcieliśmy jeszcze zostać na Mszy św. sprawowanej przez tego księdza. Żona usiadła w ławce w takim miejscu, że kiedy ja znalazłem się obok niej, to na wprost mnie na ścianie koło ołtarza zauważyłem duży obraz Jezusa Miłosiernego (w niewielkim, kościele na angielskiej prowincji), z którego Jezus patrzył na mnie z miłością, a ja odwzajemniałem to spojrzenie przez całą Mszę Św. Potem wróciliśmy z żoną do domu i faktycznie czułem się jak nowo narodzony, a żeby nie zapomnieć o tym wydarzeniu, zapisałem datę i godzinę spowiedzi na obrazku Jezusa Miłosiernego, który kilka lat wcześniej otrzymałem od koleżanki z jej pielgrzymki do Wilna.

Posłuszeństwo spowiednikowi okazało się kluczowe w walce ze skrupulanctwtem, bo zdarzały się mi jeszcze kilka razy silne pokusy związane z tym, czy dobrze się wtedy wyspowiadałem, ale za każdym razem przypominałem sobie tę datę i to, co ten ksiądz do mnie powiedział i nigdy już nie spowiadałem się z grzechów sprzed tego wydarzenia.

„Uwiodłeś mnie Panie, a ja dałem się uwieść” JR 20, 7

Po 23.01.2015 r. zaczął się dla mnie okres wielkiego duchowego wzrostu. Bóg zaczął w bardzo szybkim tempie zmieniać dużo w moim życiu, a ja czułem się jak na ciągłych rekolekcjach. Nie piszę tego, aby się chwalić, bo mam świadomość tego, jaki byłem oraz do czego jestem zdolny, gdy liczę na własne siły i chcę żyć po swojemu. Pragnę jednak pokazać na kilku przykładach co może się stać, gdy zaczniemy ufać Bogu, słuchać wewnętrznych natchnień i współpracować z łaską:

- po pierwsze Bóg mnie kocha i pokazywał mi to wielokrotnie, szczególnie wtedy, gdy czułem się tego niegodny z powodu grzechów lub gdy coś nie szło po mojej myśli. Strach przed Bogiem zastąpiła zdrowa bojaźń oparta na szacunku i miłości. Ponadto przez różne okoliczności poznawałem, że chce On coraz bliższej relacji ze mną, jednocześnie niczego nie narzucając i szanując moją wolną wolę. Poczucie bycia ukochanym Dzieckiem Bożym nie może powodować wywyższania się, bo tak samo jak mnie, Bóg kocha też innych ludzi i my musimy kochać ich równie mocno, co oczywiście nie jest takie łatwe. Bardzo pomocna okazuje się w tym modlitwa św. Faustyny z „Dzienniczka”, z prośbą, aby moje oczy, usta, ręce były miłosierne, a także aby oddawać Jezusowi i Maryi całego siebie, aby mogli przez nas działać na inne osoby. Mam również coraz mocniejszą potrzebę, aby modlić się i błogosławić wszystkich napotkanych w swoim życiu ludzi. Zawierzam ich Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny, zanurzając też wszystkich i wszystko w Najdroższej Krwi Jezusa.

- głód Boga, Eucharystii, Pisma Świętego. Od czasu nawrócenia stałem się monotematyczny. Tak naprawdę czuję, że czas, który nie jest poświęcony na spotkanie z Bogiem i poznawanie Go poprzez czytanie Pisma Świętego, uczestniczenie w Mszy św., adorację, modlitwę, słuchanie kazań, czytanie książek religijnych czy oglądanie stron internetowych i filmów pogłębiających wiarę jest w jakimś stopniu czasem straconym. Oczywiście w ciągu ostatnich paru lat miałem wzloty i upadki czyli okresy, kiedy codziennie czytałem Pismo Święte i chodziłem na Mszę Świętą, pochłaniałem też nowe religijne treści i ciągle mi było mało, a zdarzały się też okresy „oschłości”, kiedy ciężko mi było się zmobilizować do modlitwy i kontaktu z Bogiem. Wiem jednak, że każda taka chwila poświęcona Jemu, niezależnie od naszych obowiązków rodzinnych i zawodowych, procentuje i ma wielką wartość, o czym pewnie przekonamy się dopiero po śmierci.

- zmieniło się moje nastawienie do grzechu. Dawniej obawiałem się grzeszyć z powodu strachu przed piekłem, jako karą surowego Boga-sędziego, ale nie było to skuteczne, bo motywacji do bycia lepszym starczało mi na bardzo krótko, a po każdym upadku popadałem w zniechęcenie, unikałem spowiedzi, przez co grzeszyłem jeszcze bardziej. Obecnie patrzę na to inaczej. Przede wszystkim nie chcę grzeszyć z miłości do Boga, aby go nie obrażać i nie ranić. Na tej samej zasadzie nie chcę zdradzać żony dlatego, że nie chcę jej cierpienia, a nie ze strachu przed rozwodem. Pomaga mi w tym coraz częstsze rozważanie męki i śmierci Pana Jezusa, bo pokazuje mi to najdobitniej Jego miłość, a z drugiej strony straszną cenę i konsekwencje każdego mojego grzechu. Oczywiście jestem grzesznikiem i zdarza mi się niestety grzeszyć, ale wtedy nie odkładam już spowiedzi, tylko jak najszybciej idę do konfesjonału, aby być cały czas w stanie łaski uświęcającej, czyli w przyjaźni z Bogiem. Nawet jeśli nie popełnię grzechu ciężkiego, to i tak ważna jest systematyczna spowiedź, maksymalnie raz na miesiąc, ale ostatnio skłaniam się do częstszego przystępowania do tego sakramentu, wzorując się na świętych, którzy do tego zachęcali swoim przykładem (m.in. św. Ojciec Pio, św. Jan Paweł II). Ponadto co jakiś czas trzeba mocniej analizować swoje życie, czy jestem przywiązany do jakiegokolwiek grzechu, uzależnienia, czy wykazuję jakieś niezdrowe zainteresowanie czymś, co oddala od Boga. W moim przypadku była to całkowita rezygnacja z gier komputerowych, co było dla mnie bolesnym oraz kosztownym procesem, bo wyrzuciłem do kosza kilkaset płyt i usunąłem lub zmieniłem hasła do kont internetowych z grami, na które wydałem dużo pieniędzy i zmarnowałem okropnie wiele czasu. Nie żałuję, bo „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus” (Ga 5, 1).

- być szczerym w relacjach z Bogiem. Przez większą część mojego życia miałem z tym problem, bo moje kontakty z Bogiem były bardzo oficjalne, pełne wyuczonych formułek i fałszywej pobożności. Po nawróceniu musiałem się szybko tego oduczyć. Nie chcę za dużo zdradzać z moich duchowych doświadczeń, ale podam jeden przykład. Pamiętam jak dzień po pamiętnym 23.01.2015 r. chciałem pójść na Mszę św. i przyjąć Komunię św. Byłem wtedy podekscytowany tym, że jestem w stanie łaski uświęcającej, dlatego myślałem, że już nie zgrzeszę, a przynajmniej nie w tym dniu. Bardzo chciałem być wówczas świętym, ale miałem nierealną wizję świętości, bo uważałem, że święci w ogóle nie grzeszą. W tym dniu popełniłem jednak grzech lekki, do którego nie chciałem się przyznać przed Bogiem, ani przed samym sobą, bo bałem się, że znowu nie będę mógł przystąpić do Komunii św. Ponadto byłem zły na siebie, że nie wytrwałem nawet jednego dnia bez grzechu. Pan Jezus pokazał mi wówczas, że bardziej zraniło Go moje wypieranie się tego, co się zdarzyło, niż ten grzech. Od tego czasu staram się za każde popełnione zło przepraszać od razu, bo świętym nie jest ten, co w ogóle nie grzeszy, ale ten kto m.in. ma świadomość swojej grzeszności i tego, że bez Boga nic nie może, dlatego ze skruchą wraca do Niego po każdym upadku. Od św. Faustyny nauczyłem się, że tak naprawdę jedyne co możemy Bogu oddać i co do nas należy, to nasza nędza. Przełom nastąpił również wtedy, gdy zrozumiałem, że trzeba się nauczyć rozmawiać z Bogiem o wszystkim, nawet o najintymniejszych sprawach, bo przecież On i tak zna nas lepiej, niż my sami, a taka rozmowa powoduje często duże zmiany w życiu. Staram się zachowywać jak małe dziecko, które z każdym problemem biegnie od razu do rodziców z prośbą o pomoc. A przecież my mamy najlepszego Ojca w Niebie, a także najlepszą matkę, Maryję.

- wierność natchnieniom wewnętrznym i chęć wypełnienia Woli Bożej w naszym życiu. Jeżeli staramy się pogłębiać relację z Bogiem, bardzo szybko pojawia się w nas chęć pełnienia Jego Woli. Jednak poznanie, czego Bóg od nas chce, nie jest zawsze takie łatwe. Dużo brakuje mi do mistyka i eksperta w tej dziedzinie, ale chciałem podzielić się tym, czego dotychczas się nauczyłem. Po pierwsze trzeba o to często prosić w modlitwie. Wiem też, że Bóg mówi do nas nieustannie poprzez wydarzenia, okoliczności, ludzi z naszego otoczenia (np. gdy kilka osób mówi nam to samo), oraz natchnienia wewnętrzne. Żeby jednak odczytać Jego głos, trzeba starać się o spokój wewnętrzny, skupienie i umiłowanie ciszy, bo w hałasie i codziennym zabieganiu łatwo przegapić to co istotne. Warto np. zwracać uwagę na pojawiające się nagle myśli, których sami nie inicjujemy. Nie należy ich ignorować, gdy np. dotyczą osób, które znamy. Zdarzało się, że po takich myślach dzwoniłem do takich osób i okazywało się, że właśnie w tym czasie potrzebowali rozmowy lub pomocy. Gdy te myśli nie dają mi spokoju, a bezpośredni kontakt jest niemożliwy, to modlę się za te osoby. Robię to również wtedy, gdy przypominają mi się zmarli. Bóg może mówić do nas także poprzez sny, jednak tutaj należy być ostrożnym, aby nie ulec złudzeniom inspirowanym przez naszą podświadomość lub działania złego. Na pewno nie wolno korzystać z senników, a wyjaśnienia najlepiej szukać na modlitwie. Zachęcam natomiast do jak największej koncentracji i traktowania na serio tego, co mówią do nas spowiednicy podczas spowiedzi, bo wielokrotnie przekonywałem się, że mówi przez nich Jezus. Ich słowa pouczenia i rozmowy przynosiły bowiem bardzo konkretne odpowiedzi na przeżywane właśnie trudności, wątpliwości, pomagały w zmaganiu się z grzechem i słabościami, oraz dawały cenne rady, jak postępować w życiu duchowym. Gdybym tylko umiał zawsze słuchać i postępować tak, jak wskazywali mi spowiednicy, to nie zmarnowałbym tak wiele czasu.

- przebaczenie sobie i innym za wyrządzone zło. Wielką barierą w moim rozwoju duchowym było to, że przez większość swojego życia byłem osobą pamiętliwą, niechętnie przebaczającą krzywdy i zranienia. Tak naprawdę do czasu mojego nawrócenia byłem w stanie wskazać wiele sytuacji, nawet z mojego wczesnego dzieciństwa, gdy ktoś zrobił mi coś złego. Wszystko zmieniło się, gdy Bóg zaczął zmiany również w tej dziedzinie mojego życia. Po doświadczeniu tak wielkiej miłości i miłosierdzia z Jego strony, po prostu nie byłem w stanie się już gniewać na tych, którzy mnie skrzywdzili. Niestety nie mogłem jednak poradzić sobie z tym, że gdy nawet w sercu szczerze przebaczałem, to złe wspomnienia wracały. Przełom nastąpił po odsłuchaniu pewnych rekolekcji, kiedy dowiedziałem się, gdzie robię błąd. Opierając się na swoich własnych chęciach, niewiele mogłem zdziałać, dlatego ważne jest, aby wszystko oddawać Jezusowi, by to on przemieniał serce i historię mojego życia. Teraz jeśli przypomina mi się coś złego, to modlę się w ten sposób: „W imię Jezusa przebaczam tej konkretnej osobie (wymieniam jej imię), za to że mnie skrzywdziła (można podać konkretne wydarzenie) i ja również proszę o przebaczenie za to, że tak długo się na nią gniewałem”. Dotyczy to nie tylko osób mi najbliższych, ale również przyjaciół, znajomych i kolegów ze szkoły, czy osób zmarłych. Dzięki tej modlitwie doświadczyłem wielu cudów np. po tym jak zostałem potrącony przez samochód, cierpiałem na bóle głowy, które dokuczały mi przez większość mojego życia. Prawie każdy taki ból kojarzył mi się z traumą wypadku, robiłem też z siebie cierpiętnika. Dopiero gdy Bóg pokazał mi, że tak naprawdę nigdy nie przebaczyłem kierowcy tego samochodu, wiele się zmieniło. Gdy pomodliłem się za niego tą modlitwą, poczułem się uwolniony od wielkiego ciężaru. Od tej pory zacząłem myśleć życzliwie o tej osobie, a wspomnienia o wypadku nie są już dla mnie problemem. Nawet bóle głowy stały się rzadsze, a gdy się zdarzają, to staram się nie marnować tego cierpienia, tylko ofiarować je za innych. Wierzę w to głęboko, że takie przebaczenie może też bardzo pomóc naszym zmarłym, którzy w jakiś sposób nam zawinili, szczególnie jeżeli towarzyszy temu szczera modlitwa.

Kończąc ten wątek wydaje mi się, że trudniejsze od przebaczenia innym, jest przebaczenie samemu sobie za popełnione grzechy. Przyznam, że nadal mam z tym problem, bo wspomnienia o tym co robiłem często wracają i niestety zdarza mi się rozpamiętywać przeszłość. Jest to jednak błąd, bo daje tu o sobie znać ukryta pycha. Człowiek po nawróceniu zauważa, jak bardzo został zniewolony przez zło, jak dał się oszukać, jak wiele zła wyrządził Bogu, bliźnim oraz sobie. Cały czas pojawia się „ja”: dlaczego „ja”, jak „ja” mogłem to zrobić, jaki „ja” byłem głupi. Zauważam w tym wielkie niebezpieczeństwo i pokusę, bo człowiek stawia się w ten sposób ponad Bożym Miłosierdziem. Przecież każda szczera spowiedź niszczy wyznane grzechy i ich już nie ma, więc jeżeli Jezus w osobie kapłana nam przebaczył, to jak ja mogę sobie nie przebaczyć. Jestem przecież grzesznikiem, który cały czas potrzebuje Bożego Miłosierdzia.

- od początku swojego nawrócenia zacząłem odczuwać dużą chęć do dzielenia się wiarą i opowiadania o Bogu innym. Jako osobie nieśmiałej i zamkniętej w sobie nie przychodziło mi to łatwo. Pamiętam jak jeszcze kilka lat wcześniej miałem duży problem i wstydziłem się w otoczeniu innych ludzi uczynić znak krzyża, gdy przechodziłem obok kościoła. W Anglii to się zmieniło, a Bóg pomagał mi przełamywać lęki, szczególnie ten, aby przestać zwracać ciągle uwagę na to, co inni pomyślą sobie na mój temat. Zacząłem więc czynić znak krzyża w miejscu publicznym, gdy tylko zdarzyło mi się mijać po drodze kościół katolicki lub przydrożny krzyż. Okazało się, że mój strach był bezzasadny, bo nigdy nie spotkało mnie z tego tytułu nic złego. Coraz chętniej również w kontaktach z rodziną i przyjaciółmi rozmawiałem o Bogu i wierze. Wkrótce jednak okazało się, że na tym nie koniec, bo poczułem wewnętrzne przynaglenie, aby również w miejscu mojej pracy świadczyć o wierze. Warto tu zaznaczyć, że Wielka Brytania jest bardzo zsekularyzowana, większość ludzi ma niewiele wspólnego z chrześcijaństwem, rozmowy o wierze są tematem tabu, ponadto panuje polityczna poprawność i źle rozumiana tolerancja, przez co wśród samych Anglików panuje lęk, aby mówić co się myśli i głosić niepopularne treści. Nic więc dziwnego, że na początku nie byłem zachwycony myślą o tym, żeby rozpocząć ewangelizację, ale w końcu się poddałem, idąc za cytatem z Biblii „Uwiodłeś mnie Panie, a ja dałem się uwieść” JR 20, 7. Z perspektywy czasu widzę, że nie zrobiłbym tego, gdyby Bóg nie podzielił tego wszystkiego na etapy. Przy okazji miał do mnie dużą cierpliwość, zachęcając do pokonywania trudności i zaufania Jemu we wszystkim. Pierwszym etapem był ten, aby zacząć modlić się i czynić znak krzyża przed posiłkiem podczas przerwy w kantynie. Pamiętam strach jaki czułem, gdy miałem zrobić to po raz pierwszy, że wszyscy mnie wyśmieją, potraktują jak oszołoma lub spotkają mnie nieprzyjemności ze strony przełożonych. Jednak gdy już się odważyłem, wszystko to przestało mieć znaczenie, a uczucia radości, które wtedy poczułem, nikt mi już nie zabierze. Wkrótce zacząłem się również modlić, rozpoczynając pracę, powierzając siebie i wszystkich w firmie Bożej opiece. Kolejnym ważnym dla mnie etapem było zrezygnowanie z pracy w niedzielę, co wynikało z mojego grafiku, a po nawróceniu zaczęło mi to przeszkadzać. Aby to zrobić, musiałem napisać podanie do pracodawcy z prośbą o przejście na inną zmianę. Wahałem się jak to zrobić, ale ostatecznie jako powód podałem, że jestem katolikiem i z powodu wyznawanej wiary nie mogę pracować w niedzielę. Jednocześnie modliłem się o pomyślne rozpatrzenie mojej prośby, bo osób składających podania było więcej, a w firmie dość rzadko zgadzano się na takiej zmiany. Pamiętam, że musiałem dwukrotnie ponawiać swoją prośbę, a na decyzję czekałem dość długo , jednak wierzyłem, że wszystko będzie dobrze i tak też się stało. Odtąd nie musiałem już pracować w niedzielę.

Bardzo szybko zauważyłem, że im częściej pokazywałem w pracy, że jestem chrześcijaninem, tym więcej osób chciało ze mną rozmawiać o Bogu i wierze. Zdarzały się różne sytuacje, przeważnie pozytywne np. ktoś prosił o radę, ktoś zaciekawiony lub zdziwiony pytał co się ze mną stało, ktoś chciał podyskutować o chrześcijaństwie albo okoliczności sprawiały, że temat wiary sam naturalnie wypływał w rozmowie lub był przeze mnie proponowany. Oczywiście bywały też lekko złośliwe uwagi pod moim adresem, dyskusje kilku osób, które wyśmiewały się z sacrum lub atakowały otwarcie Kościół, czy księży. Starałem się wtedy spokojnie prezentować swoje racje i dawać świadectwo. Ciężko już policzyć, ile takich rozmów przeprowadziłem, było ich naprawdę dużo i to wśród ludzi różnej narodowości. Najlepiej zapamiętałem dyskusje z tymi osobami, które w swoim życiu odeszły już dawno od Boga, albo miały niewielką lub skrzywioną wiedzę o chrześcijaństwie. Mogliśmy się oczywiście nie zgadzać, ale traktowaliśmy się z szacunkiem i widziałem jak wielką nosili w sobie potrzebę dowiedzenia się czegoś o Bogu i Jego miłości.

Powrót do Polski i co dalej

Tak upłynęło mi większość 2015 r. Na jesieni tego roku zdarzył się prawdziwy cud w moim małżeństwie, bo dowiedzieliśmy że moja żona jest w ciąży, o co bezskutecznie staraliśmy się od kilku lat. Przyspieszyło to naszą decyzję o powrocie do Polski, bo nie chcieliśmy, aby żona rodziła w Anglii, jednak zanim to nastąpiło, miało jeszcze miejsce jedno zdarzenie, o którym powinienem napisać. Przygotowując się do powrotu, poczułem, że powinienem zrobić coś jeszcze dla moich kolegów i koleżanek poznanych w Anglii. Akurat zbliżał się Rok Miłosierdzia, ogłoszony przez papieża Franciszka, a ja czułem się przynaglony, aby ciągle mówić napotkanym ludziom o Bożym Miłosierdziu. Postanowiłem kupić w Polsce dużą ilość obrazków z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego, z instrukcją jak odmawiać koronkę do Bożego Miłosierdzia i obietnicami Pana Jezusa dla tych, którzy będą się nią modlić z tekstem w różnych językach. Obrazki poświęciłem u księdza i następnie zacząłem je rozdawać m.in. w pracy. Przyznam, że z jednej strony było to bardzo stresujące, ale jednocześnie wyjątkowe i obfitujące w niezwykłe sytuacje doświadczenie. Mówiłem ludziom, że wracam niedługo do Polski, a na pożegnanie mam dla nich upominek i opowiadałem krótko o obrazku, modlitwie i o Bożym Miłosierdziu. Reakcje w większości były pozytywne, słuchali moich opowieści, sami otwierali się na rozmowę oraz dziękowali za upominek. Oczywiście spotykałem się też z niezrozumieniem lub z osobami, które nie chciały mieć z tym nic wspólnego. Długo mógłbym opowiadać o tych rozmowach i spotkanych ludziach. Niestety nie dane mi było dokończyć pożegnania ze wszystkimi, z którymi chciałem, bo w tym samym czasie ciężko zachorowałem i musiałem jak najszybciej wracać do Polski, rezygnując z pracy w Anglii. Żona została trochę dłużej, aby pozałatwiać wszystkie formalności, ale mogliśmy liczyć na sporo życzliwych osób, które nam pomogły w tych trudnych chwilach. Po miesiącu byliśmy już razem w Polsce. Okazało się, że z mojej choroby i naszego przyśpieszonego powrotu wyniknęło jednak dobro, ponieważ pojawiły się u żony pewne komplikacje z ciążą. Gdybyśmy nadal mieszkali w Anglii, mogłoby się to zakończyć nieciekawie (w angielskiej służbie zdrowia obowiązuje coś takiego jak „naturalna selekcja” ciąży, bo do 12. tygodnia ciąż zagrożonych nie podtrzymuje się żadnymi lekami, przez co dochodzi do licznych poronień). W Polsce żona otrzymała fachową pomoc i wszystko skończyło się jak najlepiej. W maju 2016 r. urodził nam się zdrowy syn, który jest naszą wielką radością.

Ostatnie lata spędzone w Polsce to okres ciągłego nawracania, które, mam tego pełną świadomość, będzie trwało do końca mojego życia. Po pierwszym, burzliwym i obfitującym w wiele nadnaturalnych wydarzeń etapie nawrócenia, nastąpił ten trudniejszy okres, wymagający codziennej pracy nad sobą, zmagania się ze swoimi wadami oraz podtrzymywania wiary, nadziei i miłości. Bliski jest mi fragment Pisma Świętego: „Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł” 1 Kor 10, 12. Traktuję go jako przestrogę i drogowskaz. Przypominam sobie o nim szczególnie wtedy, gdy czuję się zbyt pewny siebie, pojawia się pycha lub zadowolenie z siebie i jeżeli ulegam tej pokusie, to bardzo szybko zdarza mi się upaść. Jest to dla mnie lekcja pokory, aby nigdy nie zapomnieć, że moje nawrócenie i to, co dobrego stało się w moim życiu, nie jest moją zasługą, a wynika tylko z dobroci Boga i jego Miłosierdzia, przed którym tak długo uciekałem. Staram się więc być blisko Boga i Kościoła, regularnie korzystać z sakramentów, czytać Pismo Święte, pogłębiać wiedzę religijną, brać przykład z życia świętych. Coraz bliższa jest mi też pobożność maryjna, bo wiem jak słaby jestem i jak bardzo potrzebuję pomocy w drodze do Boga i życia wiecznego. Maryja jest dla mnie najpewniejszą, najkrótszą i najdoskonalszą drogą do Jezusa, szczególnie jeżeli odda się Jej w niewolę miłości w akcie ofiarowania się Jezusowi Chrystusowi przez ręce Maryi. Uczyniłem to niedawno w oparciu o Traktat o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny Św. Ludwika Marii Grignon de Montfort. Ufam, że dzięki temu nie pogubię się w trudnej drodze do życia wiecznego, a nawet jeśli zdarzy się jakiś upadek, to Maryja jak najszybciej zaprowadzi mnie z powrotem do Jezusa. Zachęcam więc do tego też innych.

Za moje życie i nawrócenie Bogu niech będą dzięki. Jestem wdzięczny też wstawiennictwu Maryi, Aniołom i Wszystkim Świętym oraz ludziom, za wszelkie dobro, które mnie w życiu spotkało.

A wszystkim czytającym to świadectwo, życzę Bożego błogosławieństwa i wszelkich potrzebnych łask dla Was i Waszych bliskich.

Krzysztof

Tagi: