Nieopisane obszary

GN 36/2018

publikacja 06.09.2018 00:00

O tym, czy możliwy jest renesans powieści katolickiej, mówi Wojciech Kudyba.

Nieopisane obszary roman koszowski /foto gość

Szymon Babuchowski: Powiedziałeś o swojej najnowszej książce „Imigranci wracają do domu”, że jest to „powieść katolicka”. Co to właściwie znaczy?

Wojciech Kudyba: Historyczne znaczenie tego terminu odnosi się do nurtu powieściowego, który swe apogeum osiągnął w dwudziestoleciu międzywojennym i zaowocował wieloma wybitnymi dziełami. Ale pragnienie, aby doświadczenia współczesnych polskich katolików miały swoją opowieść, także dziś manifestuje się pod postacią tego pojęcia. Przypomnę, że o powieść katolicką na miarę naszych czasów gorliwie upominał się Czesław Miłosz. Bohaterem „Imigrantów” jest ktoś, kto po latach wraca do wartości chrześcijańskich. Czy to wystarczy, aby nazwać tę powieść katolicką – niech ocenią krytycy…

Wśród mistrzów powieści katolickiej wymienia się często nazwiska François Mauriaca czy Gilberta Keitha Chestertona. Pierwszy z nich mistrzowsko ukazywał dylematy człowieka wierzącego, drugi w pomysłowy, dowcipny sposób objaśniał wiarę. Czy któryś z tych nurtów jest Ci szczególnie bliski?

No cóż, i Mauriac, i Chesterton tworzyli wiele lat temu. Stawiam na Chestertona, ale trudno dziś bezkrytycznie traktować dawne języki, bo one odnoszą się do innej rzeczywistości. Współczesny pisarz chrześcijański musi wynaleźć własny sposób mówienia o doświadczeniu wiary i problemach ludzi wierzących. Przypomniałeś wielkie nazwiska, mam jednak wrażenie, że tamte źródła wyschły i musimy budować powieść katolicką na nowo. W jakimś sensie – od zera.

W Polsce powieść katolicka utożsamiana jest często z powieścią historyczną: Sienkiewicz, Kossak, Gołubiew, Malewska… Ty, wprowadzając czytelnika w świat człowieka cierpiącego na zanik pamięci, trochę eksperymentujesz z językiem i kompozycją. Dla wielu będzie to zaskoczenie, że powieść katolicka może być taka.

Istotnie, to, co nazywamy polską powieścią katolicką, w dużej mierze było powieścią historyczną. I moi koledzy po piórze, i ja jesteśmy jednak ukierunkowani na współczesność, chcemy o naszym „dziś” mówić dzisiejszym językiem, a zarazem nadawać naszej opowieści atrakcyjne artystycznie formy. Część z nas boryka się, niestety, z problemem dotarcia do czytelnika. Mamy wrażenie, że duzi wydawcy patrzą sceptycznie na nasze propozycje, małych zaś nie stać na promocję.

Myślisz, że możliwy jest renesans w dziedzinie prozy inspirowanej wiarą? Dałoby się już wskazać pisarzy, którzy w sposób ciekawy podejmują wątki ważne dla katolicyzmu?

Mamy wybitną muzykę inspirowaną chrześcijaństwem. Mamy ogromny nurt poezji chrześcijańskiej. Tymczasem w prozie największe laury zbiera autorka, której teksty wyrastają z ruchu New Age. Czy to nie świadczy o zaniedbaniu ze strony autorów i wydawców? Pierwszym zwiastunem możliwości, jakie otwiera proza katolicka, była powieść Krzysztofa Koehlera „Wnuczka Raguela” – świetna, lecz słabo reklamowana. Wiem też o dwóch zbiorach opowiadań złożonych właśnie do druku. Jeden z nich to właściwie quasi-powieść Marty Kwaśnickiej, wybitnej eseistki, drugi to miniatury prozą Macieja Bieszczada, skądinąd utalentowanego poety. Od razu też wyjaśnię: nie są to żadne nabożne czytanki, tylko gęste kawałki prawdziwego życia.

Mam wrażenie, że w polskiej prozie brakuje dziś nie tylko wiarygodnego ukazania problemów współczesnych katolików, ale i jakiejś głębszej diagnozy społecznej. Nie doczekaliśmy się nowego „Przedwiośnia”, nie widać też szans na panoramę w stylu „Lalki”.

Myślę, że w obszarze prozy jak w soczewce przeglądają się problemy współczesnej kultury, która próbuje wypychać doświadczenie wiary w Boga poza granicę języka – poza to, o czym wypada mówić. W pisarzach istnieje obawa, że jeśli będą eksponować światopogląd chrześcijański, będą mieli kłopoty z wydaniem książki, jej reklamą i kontaktem z odbiorcami. W związku ze spadkiem czytelnictwa w stosunku do lat przed 1989 r. trwa ostra walka o klienta. Można odnieść wrażenie, że obronną ręką wychodzą z niej albo propozycje komercyjne – artystycznie przeciętne – albo te, które skrywają w sobie ostrze antychrześcijańskie. Wydaje się, że wciąż nie wypracowaliśmy mechanizmów promocji takich książek, które nie tylko nie są uwikłane w antykatolickie ideologie, ale także stawiają sobie ambitne cele.

Ale czy etykietki typu „powieść katolicka” w ogóle są potrzebne? Wybitny filozof i teolog Jacques Maritain pisał: „Jeżeli chcecie stworzyć dzieło chrześcijańskie, bądźcie chrześcijanami i szukajcie sposobu stworzenia dzieła pięknego, w które przejdzie wasze serce; nie starajcie się »robić po chrześcijańsku«”. Może w prozie chrześcijańskiej po prostu za dużo łopatologii?

Kiedy akurat w prozie, prawdę mówiąc, jesteśmy w sytuacji pustyni! Chciałbym ponarzekać, że polska powieść katolicka jest artystycznie przeciętna, ale jej nie ma w ogóle! Wcale nie jestem za tym, żeby szukać łatwych etykiet, ale jakieś znaki rozpoznawcze są potrzebne, żeby pomóc czytelnikowi w drodze do książki. Rzeczywiście, najbardziej pożądana sytuacja to taka, kiedy chrześcijanie tworzą prozatorskie arcydzieła. Tyle że i funkcjonowanie, i powstawanie arcydzieł jest możliwe wyłącznie w specyficznych warunkach kulturowych i ekonomicznych. Ktoś musi książkę wydać i wypromować, czyli przekonać odbiorców, że jest ona arcydziełem. Mam czasem czarne myśli, że nawet gdyby dziś powstało arcydzieło katolickiej prozy – jakaś wielka, epicka panorama, wiarygodna i głęboka – prawdopodobnie nikt nie chciałby zainwestować w jego reklamę…

Twoja powieść właśnie wygrała w plebiscycie TVP Kultura na „najgorętszą książkę lata”, pokonując propozycje Olgi Tokarczuk, Doroty Masłowskiej czy Zygmunta Miłoszewskiego. Myślisz, że to sygnał, iż istnieje dziś zapotrzebowanie na dobrą powieść katolicką?

Przyznam, że wyniki tego plebiscytu są dla mnie ogromną radosną niespodzianką, bo czasem nachodziły mnie wątpliwości, czy współczesny odbiorca jest w ogóle zainteresowany tym, by przeczytać powieść inspirowaną chrześcijaństwem. Nagle okazało się, że jeśli proza tego typu ma dobrego wydawcę i dobrą promocję, to znajduje się także czytelnik, który jej potrzebuje. Więc może jest tak, że on po prostu na ogół nie wie o tym, iż powstało coś, co spełni jego oczekiwania. Jeśli się dowie, natychmiast reaguje.

Jakie problemy współczesnego Polaka ciągle pozostają niezauważone i domagają się opisania w powieści? Dostrzegasz takie wielkie nietknięte tematy?

Powiedziałbym prowokacyjnie, że ostatnio w dziedzinie prozy żaden wielki temat nie został przekonująco podjęty. Z jednej strony marzy się nam wielki fresk narodowy, który by ukazał doświadczenie Polaków ostatnich lat – choćby duchowe doświadczenie Solidarności. Z drugiej oczekujemy na jakiś „mały realizm” ukazujący w przystępnej formie codzienne kłopoty polskiego katolika lat 90. albo trzeciego tysiąclecia. One zasługują na uwagę, bo w ich tle są potężne dylematy moralne, za którymi kryje się wielkie przesilenie kulturowe. Wciąż nie znamy przecież odpowiedzi na pytanie, jak być katolikiem w dzisiejszej rzeczywistości, jak sprostać duchowi czasu, który nie jest duchem „świętym”. Konkludując: rzeczywistość polskich katolików ostatniego półwiecza to świat nie przedstawiony…

Zmierzysz się z jakimś nieopisanym tematem w następnej powieści?

Na pewno, ponieważ to są dla katolika rzeczy fundamentalne. Pracuję akurat nad zbiorem opowiadań – właśnie w duchu „małego realizmu”. Przyznam jednak, że kuszą mnie też tematy historyczne, bo istnieją wielkie wydarzenia słabo zagospodarowane przez polską prozę, choćby konfederacja barska. Sięgam może za daleko wstecz, ale przecież nie od Solidarności zaczyna się polska historia. Jednym słowem: cierpię z powodu nadmiaru zadań. Widzę wiele obszarów, które trzeba opisać. Wierzę, że inni też je widzą i powoli różne białe plamy w polskiej prozie będą znikać. •

Wojciech Kudyba

Rocznik 1965. Poeta, prozaik, eseista, krytyk literacki, historyk literatury. kierownik Katedry Literatury Współczesnej UKSW.