Tak normalny, że aż święty

Marcin Jakimowicz

|

GN 32/2018

dodane 09.08.2018 00:00

„Jak już bracia dominikanie (najbardziej złośliwy zakon świata) napisali tuż po jego śmierci, że umarł w opinii świętości, to to musiała być prawda” – śmieją się zakonnicy w białych habitach. Po śmierci o. Badeniego zabrali z jego celi dosłownie wszystko.

Spotkanie z Bogiem to uczestniczenie w Jego prostocie! – opowiadał o. Joachim Badeni. Spotkanie z Bogiem to uczestniczenie w Jego prostocie! – opowiadał o. Joachim Badeni.
HENRYK PRZONDZIONO /foto gość

Dzisiaj… wieczorem… nastąpią… zaślubiny… z… Jezusem. Wszystko… przygotowane – wyszeptał 11 marca 2010 r. Bracia towarzyszący o. Joachimowi nie mieli wątpliwości: tak umierają święci. „Śmierć? Każdemu polecam!” – mówił im zresztą wcześniej z szelmowskim uśmiechem. Cytował Sztaudyngera: „Mistyk wystygł. Wynik? Cynik”, a przecież sam był mistykiem. Nie bał się wyszydzenia przez braci. Bez owijania w bawełnę opowiadał: „Niedawno nagle zjawiła mi się dusza, bardzo wyraźna, dokładnie wiem, kto to był, i prosiła, bym koniecznie w jej intencji odmówił część bolesną Różańca. Zrobiłem to i poszło mi całkiem dobrze. Nawet dość pobożnie odmówiłem. I ta dusza zniknęła”.

Rozpoczęły się prace przygotowujące proces beatyfikacyjny tego dominikanina arystokraty. Opublikowano akta kapituły Prowincji Dominikanów, która odbyła się w lutym, a tym samym postanowienie to nabrało mocy prawnej.

Drapałem go po brwiach

− Jak już dominikanie (najbardziej złośliwy zakon świata) napisali że o. Joachim umarł w opinii świętości, to to musiała być prawda – wybucha śmiechem o. Mateusz Kosior, odpowiedzialny za spotkania na Lednicy. – Dominikanie nie dbają o swoich świętych (bł. Czesławowi do dziś nie mogą „załatwić” kanonizacji), ale zapewnią ci ze swej strony jedno: prawdziwą drogę do osiągnięcia świętości. Życie u braci kaznodziejów to próba świętości.

− Byłem najmłodszy w krakowskim klasztorze − wspomina o. Mateusz. − Opiekowałem się o. Joachimem, gdy umierał. Miał wielkie odleżyny i z braćmi delikatnie go przewracaliśmy na drugi bok. „Ale my ojca kochamy” – rzuciliśmy kiedyś. „Nie, to ja was kocham” − odparł Badeni. I zaczął się z nami przekomarzać. „Nie, to my Ojca kochamy!”. „Ja was kocham!”. W pewnym momencie był już zniecierpliwiony tą żonglerką i zamilkł. Po chwili jednak rzucił: „Ale ja was i tak bardziej kocham”. Miałem wrażenie, że o. Joachim nieustannie się modli. Oddycha modlitwą. Był tu i teraz, a jednocześnie zanurzony w innym wymiarze. Człowiek czuł się z nim bardzo bezpiecznie, bo był akceptowany. Byłem najmłodszy, on najstarszy, ale miał w sobie coś takiego, że nie czułem się przy nim skrępowany. Straszliwie cierpiał, ale nie słyszałem, by narzekał. W ostatnią noc poprosił mnie, bym podrapał go po brwiach, bo go swędziały. Drapałem po brwiach mistyka z arcyksiążęcej rodziny. Pamiętam szok, który nas ogarnął, gdy słyszeliśmy, jak przed śmiercią szeptał: „Wszystko przygotowane”. Gdy zaczął rozdawać braciom swoje rzeczy, ustawiła się kolejka. Ja odziedziczyłem po nim „Hobbita” w języku angielskim. Ojciec Joachim był wielkim fanem Tolkiena. Po jego śmierci bracia brali dosłownie wszystko: kaptur, pas, kubek. To naprawdę o czymś świadczy…

Do bólu normalny

Zakonnicy cenili jego dystans do samego siebie, prostotę i humor. Urodził się 14 października 1912 r. w Brukseli. Posługiwał jako duszpasterz w Poznaniu, Wrocławiu i Krakowie. Był magistrem braci studentów. Prowadził Beczkę, opiekował się kiełkującą nad Wisłą Odnową w Duchu Świętym. Po jego śmierci ukazało się mnóstwo książek zbierających jego konferencje, wywiady i rady dotyczące życia duchowego.

Zostało po nim mnóstwo anegdot. „Najbardziej lubię takie przyjęcia − opowiadał − gdy człowiek trzyma w jednej ręce łyżeczkę, w drugiej talerzyk, a w trzeciej widelczyk”.

− Dotychczas mieliśmy świętych, którzy umierali młodo, a dzięki o. Badeniemu mamy program formacji do 98. roku życia. Ojciec Joachim będzie tak aktualnym świętym, bo proponuje program duchowego wzrastania w świętości na 98 lat − uśmiecha się o. Tomasz Gałuszka, odpowiedzialny za zebranie historycznego materiału dowodowego niezbędnego do otwarcia procesu beatyfikacyjnego. − Cechy o. Joachima, które zapamiętałem? Naturalność. I oczekiwanie. Spokojne oczekiwanie tego, co przyjdzie. To nie było oczekiwanie gościa, który nie wie, co z sobą robić, i nerwowo przegląda książkę czy gapi się w komórkę. Nie! Badeni czekał na to, co nadchodzi. Z uśmiechem człowieka, który już coś wie, coś przeczuwa, czegoś się domyśla i spokojnie czeka. Tak, Badeni to jest spokój. Żył na tym świecie, będąc jednocześnie jedną nogą po tamtej stronie. I paradoksalnie był w tym do bólu normalny. Tak normalny, że aż święty.

nocna wizyta

− Muszę wyjaśnić jedno: ja nie wierzę w duchy. Wierzę w Ducha. – opowiadał mi o. Leon Knabit. − Nie miewałem w życiu żadnych prywatnych objawień czy widzeń. Nic z tych rzeczy. Ale pamiętam świetnie noc sprzed pół roku. Obudziło mnie wyraźne pukanie do drzwi. Wygramoliłem się z łóżka, patrzę: trzecia w nocy. Pukanie było bardzo wyraźne. To nie był sen. Otwieram drzwi, na korytarzu nikogo. Cisza, pustka. Pomodliłem się: może komu to potrzebne? O świcie dostałem SMS-a: „Przed paroma godzinami zmarł o. Badeni”. W drodze do nieba zapukał do Tyńca…

− Jego ostatnie dni były wielką walką duchową. Budził się i szeptał bezradnie: „Nikogo nie ma. Nie ma Jezusa, nie widzę Maryi” − wspominał o. Paweł Pawlikowski, góral z Małego Cichego. − Łapałem go wtedy za rękę i uspokajałem: „Ojcze, ale my jesteśmy. Pan Bóg działa też przez nas, zwykłych braci”. Brał mnie za rękę i mówił: „Dziękuję”. Dla mnie ten miesiąc to były najlepsze rekolekcje w życiu. Spałem po 4 godziny. Nie wiem, jak to wytrzymałem. Pamiętam Eucharystię w celi. Leżał nieprzytomny. Szeptałem mu do ucha: „Ojcze, teraz Komunia”. Podawaliśmy ją w cząstkach, by mógł przełykać. A on wzdychał: „Całe niebo jest przed nami!”. Baliśmy się spłoszyć tę chwilę. Kiedyś po Komunii zaczął się trząść, ręce mu latały. I wtedy powiedział stanowczo: „Cisza!”, jakby rozkazywał swym członkom, by nie przeszkadzały mu w medytacji. Powtarzał: „Módlcie się cały czas do Matki Bożej. Ona was i mnie ochroni”.

drzwiami i oknami

− Przychodzili do niego wszyscy: i głęboko wierzący, i ludzie prosto z ulicy, wątpiący, poobijani duchowo. Cały przekrój społeczeństwa. Walili do niego drzwiami i oknami. Zastanawiałem się, co ich tak przyciągało. I odkryłem tajemnicę: on potrafił słuchać. Mówił niewiele. Dawał ludziom poczucie wolności i nie potępiał − wspomina Sylwester Szefer, dziennikarz. − Był tak życzliwy, że nawet gdy wypowiedział trudne słowa, człowiek potrafił je przyjąć. Zawsze proponował modlitwę. Nie mówił: „Teraz się za ciebie pomodlę”. Mówił: „Modlimy się razem”. We wspólnocie bywały konflikty, różnice zdań, jak to wśród braci. Zadziwiało mnie jego posłuszeństwo i bezwarunkowe podporządkowanie się decyzji przełożonych. Często przychodziłem do niego na rozmowy duchowe. Byłem wówczas redaktorem miesięcznika „List”. Ciekawe jest to, że w rozmównicy o. Joachim proponował, by wejść w ciszę. Tak, to najczęściej była modlitwa w ciszy... Wiem, że innym proponował to samo. On, charyzmatyk, erudyta, nie zasypywał człowieka dobrymi radami. Słuchał, milczał, proponował modlitwę w ciszy i na końcu wypowiadał kilka słów. I trafiał w dziesiątkę.

− To był bardzo czysty człowiek. Pasjonowały go kobiety, wielokrotnie o tym opowiadał, ale to było niesamowicie czyste. Bardzo pilnował tych kwestii… − opowiada Szefer. − Po wojnie został pozbawiony trzech wielkich majątków i wybrał życie w ubóstwie. Kiedyś opowiadał mi, że bracia mu pokazali, że przesadza: wybrał radykalnie ubogie życie, ale według nich zachowuje się jak arystokrata ducha, zbytnio eksponując swój styl życia i działając jakby na pokaz. Bardzo go to dotknęło. „To prawda – odpowiedział pokornie – mają rację. Potrzebny jest umiar”. To dopiero pokora! Nie eksponował swych charyzmatów i darów duchowych, nie chciał o nich opowiadać, płoszył się, gdy ludzie pytali o jego mistyczne doświadczenia. Starał się to obrócić w żart.

Z kleryka kler

Mógł sypać jak z rękawa cytatami z Orygenesa i Arystotelesa, ale nie chciał słuchacza onieśmielać swą erudycją. – Gdy zostałem dominikaninem, rodzinka pytała: „Uczysz się tej teologii, to powiedz nam, jaka jest najskuteczniejsza, niezawodna modlitwa” – opowiadał mi o. Joachim. – A ja mówię: „Ciociu, nie wiem”. A ona: „Wstyd. Nawet tego nie wiesz?”. Trzeba zaufać Panu Bogu, to wszystko…Spotkanie z Bogiem to uczestniczenie w Jego prostocie! Do Niego trzeba podejść „po prostu”. Bez wielkiej szkoły, bez żadnej kombinacji! Nie trzeba nawet niczego mówić!

− Skąd u Ojca tyle młodzieńczej radości? – pytałem go w grudniu 2004 roku. − Sam się nad tym zastanawiam i dochodzę do wniosku, że to dwa żywioły: Duch Święty, którego obecności realnie doświadczyłem, i 30 lat przebywania z młodzieżą − odpowiedział. − A oni często mi mówili: „To moja koleżanka. Jest już stara, bo ma 25 lat”. Takie hasła odmładzają… By być młodym, trzeba mieć stały kontakt z żywym Bogiem. To jest niemożliwe, żeby kontakt z żywym Bogiem nie ożywiał…

− Lubił przebywać z młodym pokoleniem braci. Kleryk – złośliwie powtarzał − to synonim świeżości, zapału, entuzjazmu, a potem zostaje jedynie kler − opowiada o. Krzysztof Pałys. − Miałem przywilej opiekowania się nim przez rok. Początkowo chodziłem z listą pytań, wiedziałem, że mogę się od niego mnóstwo nauczyć. Ale po kilku miesiącach nie zadawałem już pytań. Siedzieliśmy w ciszy. Ojciec Joachim miał w sobie ciszę. Nosił w sobie pokój. Ten, o którym mówił Jezus. To się wyczuwało. Nawet gdy przychodziło się do niego do spowiedzi, proponował: „Posiedźmy sobie chwilę w ciszy”. Początkowo mnie to krępowało („Jejku, trzeba coś powiedzieć!”), ale dziś widzę, że to był skarb. Gdy jako 96-latek złamał miednicę i wiadomo było, że ona się nie zrośnie, stał się zdany na pomoc braci. Nagi, bezbronny mistyk, arystokrata. Gdy wychodziliśmy z jego celi, mówił czasem: „Padło za dużo słów”. Kochał ciszę. W niej spotykał Boga. W myśl zasady: „Posiądź spokój wewnętrzny, a tysiące ludzi osiągnie zbawienie”. Widzę go, jak siedzi i w ciszy wpatruje się w okno. To był człowiek przepełniony wdzięcznością. Żył słowami, które napisał św. Paweł (najprawdopodobniej w kryminale): „W każdym położeniu dziękujcie”. Wiedział, że jak stracimy wdzięczność, to uschniemy.

− Kiedyś wszedłem do jego celi. Leżał unieruchomiony na łóżku, bezbronny − wspomina o. Krzysztof. − Pomyślałem sobie: „Za co on może dziękować?”, a on w tym momencie powiedział: „Podziękujcie przeorowi za łóżko. Jest bardzo wygodne”. Ależ mnie dotknęły te słowa! Zrozumiałem, że o. Joachim doskonale wiedział, o czym pisał św. Paweł. Po spotkaniu z nim następowało w człowieku coś w rodzaju błysku, olśnienia, zachwytu: „To wszystko, o czym Jezus mówił w Ewangelii, jest prawdziwe. Ewangelia jest prawdziwa”. Wszędzie wożę ze sobą jego zdjęcie. Mam jego osobiste notatki (pisał po angielsku). Mam też kaptur z habitu. Po jego śmierci bracia pozabierali wszystko z jego celi. To naprawdę o czymś świadczy…•

Tagi: