Różaniec bez granic

Szymon Babuchowski Szymon Babuchowski

W geście stanięcia wokół granic widzę ten sam gest, który ma miejsce w modlitwie wstawienniczej.

Czytam różne komentarze o Różańcu do Granic i zastanawiam się, czy ci wszyscy, którzy się na ten temat wymądrzają, na pewno wiedzą, o czym mówią. Otóż czytając wypowiedzi niektórych komentatorów, można odnieść wrażenie, że cała akcja była jakąś wielką antyislamską manifestacją. Po Facebooku krąży nawet obrzydliwy fotomontaż przedstawiający ludzi odmawiających Różaniec na plaży, odwróconych plecami do ciała chłopczyka - uchodźcy wyrzuconego na brzeg jednej z greckich wysp. Sugestia jest prosta: ci paskudni hipokryci są zupełnie obojętni na cierpienie, jeśli dotyczy ono kogoś spoza naszej wspólnoty.

Jakaś dziwna logika każe myśleć, że jeśli modlę się za swoich bliskich, to innych muszę koniecznie traktować jak wrogów. Że niby ten Różaniec to odgrodzenie się od wszystkich innych murem, zamknięcie się w oblężonej twierdzy. A przecież sprowadzanie akcji do wątku „islamskiego” (który modlitwa też zapewne jakoś ogarniała) jest jakimś kosmicznym nieporozumieniem! Celem akcji była przede wszystkim modlitwa za Polskę, ale także za Europę i świat. W tym sensie Różaniec rzeczywiście nie ma granic. W geście stanięcia wokół granic nie widzę jednak zamknięcia. Jest to raczej ten sam gest, który ma miejsce w modlitwie wstawienniczej, kiedy członkowie wspólnoty otaczają tego, za kogo się modlą, nakładając na niego ręce. Przypomina on też rodzicielski gest objęcia, przytulenia dziecka. Czy ktoś o zdrowych zmysłach powie, że rodzic, obejmując dziecko, zamyka je na świat? Czy raczej dodaje mu siły, by w ten świat szło z większą odwagą?

Tagi: