Cuda trenera Santosa

Jakub Jałowiczor

|

GN 30/2016

dodane 21.07.2016 00:00

Byliśmy niewinni jak gołębie i roztropni jak węże – stwierdził po zakończeniu Euro 2016 trener Portugalii Fernando Santos. Biblijna aluzja w jego wykonaniu nie powinna nikogo dziwić. Santos to człowiek, który doświadczył w życiu kilku cudów. Nie tylko sportowych.

Fernando Santos podczas finałowego meczu Portugalii z Francją. Fernando Santos podczas finałowego meczu Portugalii z Francją.
MIGUEL A. LOPES /EPA/pap

Przede wszystkim zwracam się do mojego największego przyjaciela i Jego Matki. Chcę Mu zadedykować to zwycięstwo i podziękować za prowadzenie i za dar rozwagi, wytrwałości i pokory w kierowaniu tym zespołem i za to, że nas oświecał i prowadził. Mam pragnienie, by pochwalone było Jego imię. – To fragment listu, który Fernando Santos napisał przed mistrzostwami we Francji, a odczytał publicznie zaraz po nich. Portugalski selekcjoner często chodzi do kościoła i codziennie czyta Ewangelię. Nie jest wyjątkiem w swoim kraju. Po zakończonym turnieju prezydent Marcelo Rebelo de Sousa zapowiedział, że pójdzie z pielgrzymką dziękczynną do Fatimy, z kolei grający przed laty w Realu Madryt Luís Figo należał do wspólnoty neokatechumenalnej. Droga Fernando Santosa do Boga nie była jednak prosta.

Anioł czuwa

Urodzony w 1954 r. w Lizbonie Fernando Santos pochodzi z katolickiej rodziny o letniej wierze. Jak mówił, jego ojciec nigdy nie chodził do kościoła, ale rodzice byli razem przez całe życie. Fernando został ochrzczony, jednak także wyrósł na letniego katolika. Jako 9-latek obraził się na katechetę, który kazał mu grać sędziego w przedstawieniu. Chłopaka bawiło uderzanie młotkiem w stół, a nauczyciel zabronił mu się śmiać. To wystarczyło, by mały Fernando przestał pojawiać się na lekcjach religii. Bardziej od Kościoła interesowała go piłka i dziewczyny. – Wierzyłem, że Bóg istnieje i nic poza tym – wspominał po latach.

Jako 16-latek zakwestionował wszystko i oddalił się od Boga. Pozostał mu jednak zwyczaj z dzieciństwa – co wieczór modlił się do Anioła Stróża. Bez tego nie mógł zasnąć. Robi tak do dziś. Nie ma wątpliwości, że było mu to potrzebne. – Myślę, że wiara nigdy mnie nie pozostawiła – tłumaczy.

Fernando Santos wziął kościelny ślub, ochrzcił swoje dzieci, a kiedy podrosły, posłał je do katolickich szkół. Choć był w zasadzie niewierzący, wiele osób prosiło go, by został ojcem chrzestnym ich dzieci albo świadkiem na ślubie. Ma przeszło 50 chrześniaków.
– Byłem na ponad 500 chrztach i ślubach – przyznaje. – Był taki czas, że przychodziłem na uroczystość, a w trakcie wychodziłem wypalić cygaro.

Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy miał 40 lat. Najpierw przyszło bierzmowanie córki. Wspomina, że poczuł wtedy niepokój. Nie chciał uczestniczyć w uroczystości tylko w zewnętrzny sposób, ale „nieco lepiej zrozumieć to, co się dzieje”. Zaczął odwiedzać pewnego księdza i rozmawiać z nim o życiu duchowym. Ten dał Santosowi książkę „W co wierzymy” amerykańskiego kapłana Leo Trese’a.
– Pomogła mi odpowiedzieć na pytania, które mnie dręczyły, między innymi te o grzech i piekło. Od tego momentu zacząłem czuć potrzebę zbliżenia do Kościoła i do Eucharystii – opowiada.

Santos zaczął chodzić z żoną na Msze. Ciągle jednak czegoś mu brakowało. – Kiedy wszyscy szli do przodu, żeby przyjąć Komunię, ja zostawałem – wyjaśniał. Dlatego jeszcze raz poprosił znajomego już księdza o rozmowę. Rozmowa przekształciła się w spowiedź.

Punkt zero

W tym samym czasie portugalski trener znalazł się na życiowym zakręcie. Od dłuższego czasu prowadził klub Estoril Praia, łącząc to zajęcie z kierowaniem działem technicznym hotelu. Z Estorilem awansował o dwa poziomy rozgrywkowe. Był bardzo oddany drużynie. Pewnego dnia prezes spotkał się z nim w barze i powiedział: „Żegnamy się”. – To był najsilniejszy cios, jaki dostałem – opowiada Fernando Santos. – Tam było moje życie. Pracowałem 6,5 roku w Estorilu. Udało mi się awansować do ekstraklasy i nagle mi mówią, że mam odejść. Nie czułem nic.

Kiedy wrócił do domu, nie chciał z nikim rozmawiać. Żona podała mu telefon. Dzwoniła Patrícia, jego bliska przyjaciółka, która po wypadku i 8 miesiącach śpiączki od dawna poruszała się na wózku. – Nie teraz – rzucił Fernando. Żona kazała mu jednak odebrać. Patrycja chciała powiedzieć tylko jedno zdanie: „Jestem z tobą”.

– Bardzo mnie to dotknęło. Jak mogłem być tak rozgoryczony z powodu wyrzucenia z Estorilu, skoro miałem żonę, dzieci, dom, pracę i wszyscy mieli się dobrze? I mam kogoś, kto jest w bardzo trudnej sytuacji i dzwoni do mnie tylko po to, żeby powiedzieć, że jest ze mną – wyznaje dziś Santos.

Jak się okazało, nie był to koniec mocnych przeżyć. Tego samego dnia Santosów odwiedziło znajome małżeństwo, Beatriz i Miguel, które od dłuższego czasu próbowało zaprosić Fernanda na rekolekcje. Teraz powiedzieli, że katechezy właśnie się zaczynają. Fernando wcześniej oponował, ale teraz się zgodził. – To zmieniło mój sposób myślenia o życiu. Dlatego mówię, że to, co się dzieje, może przynieść dobre skutki, nawet jeśli takie się nie wydaje – opowiada.

Z mlekiem matki

Fernando miał 40 dni, kiedy rodzice po raz pierwszy zabrali go na mecz. Oboje byli fanami Benfiki Lizbona. Gdy miał 2 lub 3 miesiące, matka przestała go karmić piersią, bo zmarzła podczas meczu ze Sportingiem Covilhã i zachorowała. Mały Fernando z zapałem kopał futbolówkę w klubach, ale gdy miał 17 lat, złożył dokumenty na wydziale inżynierii. W tym samym czasie wypatrzyli go na boisku ludzie z Benfiki i zaproponowali grę w lizbońskiej drużynie. Chłopak był zachwycony, kiedy trenował razem ze słynnym Eusébio, zwanym Czarną Perłą z Mozambiku, ale ojciec kazał mu studiować. Być może dałoby się połączyć jedno i drugie, ale kłopoty organizacyjne sprawiły, że Fernando nie zagrzał miejsca w sławnym klubie. Zamiast tego trafił do trzecioligowego Estorilu. Później przeniósł się na Maderę, do ekipy Marítimo. Ożenił się, doczekał pierwszej córki, ale przeżył też rodzinną tragedię. Podczas pobytu w Hiszpanii matka Fernanda została napadnięta i trafiona kamieniem. Z powodu traumy potrzebowała później pomocy psychiatry. Aby jej pomóc, Fernando wrócił do Lizbony i znowu zaczął grać w Estorilu. Klub nie płacił, więc młody piłkarz inżynier podjął pracę w hotelu.

Opłacalne ryzyko

Wyrzucenie z Estorilu w 1994 r. okazało się zawodową szansą. Santos trafił najpierw do słabej Estreli da Amadora, ale 4 lata później – do FC Porto. Ze słynnym klubem, w którym występował wówczas Grzegorz Mielcarski, Fernando Santos od razu zdobył mistrzostwo i superpuchar kraju. Rok później jego piłkarze sięgnęli po puchar Portugalii i doszli do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. W 2001 r. Santos przeniósł się do Grecji. Z AEK Ateny zdobył puchar kraju. Potem trenował Panathinaikos, gdzie w ataku grał Krzysztof Warzycha.

Santos krążył między Grecją a Portugalią, trenując kolejno Sporting Lizbona, AEK Ateny, Benfikę Lizbona, PAOK Saloniki i reprezentację Grecji. Po kiepskim występie na mistrzostwach świata w 2014 r. (Grecy po rzutach karnych ulegli Kostaryce), musiał szukać nowego zajęcia. Portugalska federacja piłkarska zaufała mu i powierzyła kierowanie kadrą. Było to zaskakujące, wiedziano bowiem, że 8 pierwszych meczów o punkty trener obejrzy z trybun – podczas spotkania z Kostaryką Santos kłócił się z sędzią i został zawieszony. Euro 2016 pokazało, że ryzykowna decyzja się opłaciła. •