Kochasz swój kraj, to po nim nie bazgraj

Piotr Legutko


|

GN 11/2016

publikacja 10.03.2016 00:15

Pod takim hasłem grupa zapaleńców chce walczyć z plagą niszczenia murów polskich miast wulgarnymi napisami.


Kochasz swój kraj, to po nim nie bazgraj Krystyna Blatkiewicz/REPORTER/east news

Kiedyś w kinie byli pogromcy duchów, teraz w miastach karierę robią Pogromcy Bazgrołów. Pierwszy raz pojawili się trzy lata temu na krakowskim os. Kliny. Na początku była to po prostu grupa sąsiadów. Nie mogli znieść widoku wulgarnych napisów szpecących elewacje przy ulicy, którą ich dzieci chodzą do szkoły. Najpierw prosili o pomoc służby miejskie, a potem wzięli sprawy w swoje ręce (a konkretnie: wałki, pędzle, farby). Zamalowali 10 pierwszych bazgrołów. Inicjatywa, niczym pożar po stepie, rozniosła się po mieście i w ślad za wandalami zaczęły pojawiać się grupy ludzi w różnym wieku, którzy usuwali zniszczenia. O ile barbarzyńcy działają zazwyczaj w ukryciu, o tyle „pogromcy” robią swoje z przytupem. Ich akcje często kończą się integracyjnym spotkaniem edukacyjnym, połączonym z piknikiem.

Zgodnie z zasadą: zło dobrem zwyciężaj.
Tym, który rzucił pomysł, był Waldemar Domański, społecznik, „miotacz idei”, m.in. twórca słynnych lekcji śpiewania, założyciel Biblioteki Polskiej Piosenki. Dziś już w Krakowie poważna figura, bo przewodniczący miejskiego zespołu zadaniowego ds. ograniczenia nielegalnego graffiti. W uznaniu zasług dostał skromne (ale jednak!) narzędzia i środki z budżetu obywatelskiego, by spontaniczne akcje zamienić w planowe działania. I tak jeden happening zamienił się w prawdziwy ruch społeczny, który już dawno przekroczył granice Krakowa. Ruch, który obecnie walczy o zmiany w prawie i skuteczniejszą walkę z wandalizmem. Próbuje też przekonać do niej Prezydenta RP, ministra sprawiedliwości i prezesa PZPN. Początki są… trudne.


Kto za tym stoi?


– Pogromcy nie walczą z graffiti, ale z bazgrołami. To istotne uściślenie – mówi W. Domański. Graffiti to uliczna sztuka, ożywiająca monotonię miejskich murów. Artystyczne murale nie szpecą, lecz zdobią. Władze miast czasem nawet same zapraszają ich twórców i udostępniają im ściany bloków albo obskurne elewacje kamienic. Wandale natomiast nie liczą się z niczym. Bazgroły są albo wulgarne, albo brzydkie. I umieszczane głównie tam, gdzie absolutnie znaleźć się nie powinny.
Kim są ich autorzy? Z treści napisów wynika, że kibicami, najczęściej obrażającymi tą drogą fanów drużyny przeciwnej. Podróżny odwiedzający polskie miasta nie ma problemów z ustaleniem, na czyim „terytorium” się znajduje. We włoskiej Sienie granice poszczególnych contrad oznaczane są dyskretnymi ornamentami, w równie pięknym Krakowie strefy wpływów Cracovii i Wisły zwiastują malowane na prastarych murach przekleństwa. Jesienią 2015 r. zniszczono w ten sposób kilkaset metrów muru otaczającego klasztor na Skałce. 
Policyjni specjaliści zwracają uwagę, że bazgrołami, które pozornie są kibicowskie, informują o swoich strefach wpływów również gangi i zorganizowane grupy przestępcze. Trzecią kategorię wandali tworzą kompletnie bezmyślni młodzi ludzie, którzy za swoje hobby obrali znaczenie murów swoistym podpisem w formie tagu. Dla przeciętnych zjadaczy chleba nieczytelnego i nic nieznaczącego. Niestety, nie brak miłośników tej niezdrowej rywalizacji, którzy potrafią jeszcze dokumentować te „osiągnięcia” w sieci. Tak wpadł niejaki Pive, który swoim autografem zniszczył mnóstwo poznańskich elewacji. I został przez sąd okręgowy skazany na rok więzienia w zawieszeniu na 4 lata, naprawę wyrządzonych szkód i karę ponad 200 tys. złotych na rzecz poszkodowanych osób prywatnych i firm. Ale to wyjątek. Większość wandali pozostaje bezkarna lub płaci stosunkowo niewielkie mandaty.


Uwrażliwiać śpiewająco


Pogromcy Bazgrołów, jako zorganizowana już społeczność, działają metodycznie i na kilku poziomach. Poprzez stronę internetową i telefony alarmowe starają się budować sieć obywatelskiego monitoringu. Niestety, zgłoszenia następują głównie po fakcie, ale jeśli atak jest szczególnie dotkliwy dla jakiegoś rejonu miasta, interwencja nie kończy się jedynie na zamalowaniu napisów. Pogromcy organizują wtedy spotkania mieszkańców, które zwykle kończą się podjęciem jakiejś formy prewencji (patrole, dyżury, stała obserwacja). Organizowane są regularne zbiórki datków na zakup farb. Aby uniknąć syzyfowej pracy, doskonalone są także sposoby zabezpieczania przed kolejnymi bazgrołami.
W przypadku klasztoru paulinów na Skałce udało się znaleźć firmę, która bezpłatnie, metodą tzw. szkiełkowania, oczyściła mur. Inny przedsiębiorca dostarczył środki chemiczne, które tworząc na murze specjalną powłokę, uniemożliwiają powtórną dewastację. Koszt wszystkich zabiegów wyniósł ok. 25 tys. zł. Paulinów nie byłoby stać na taki wydatek. Wszystkim ludziom dobrej woli podziękowali więc, organizując… Piknik Sąsiedzki Pogromców Bazgrołów, który odbył się na Bulwarze Inflanckim przy oczyszczonym murze klasztornym. – Była to również okazja do uwrażliwienia krakowian na problem szpecących mury pseudograffiti – mówi o. Grzegorz Prus, przeor klasztoru paulinów na Skałce. 
Waldemar Domański, jak przystało na dyrektora Muzeum Polskiej Piosenki, uwrażliwiał śpiewająco. Pod murami odbyła się bowiem potańcówka w rytmie polskich przebojów, połączona z prezentacją metod usuwania graffiti z powierzchni muru oraz pokazem technik nanoszenia nań warstw ochronnych.
Ale pogromcy mają świadomość, że śpiew, taniec i czyn społeczny to za mało. Waldemar Domański pisze więc listy do wszelkich władz. Chwyta za pióro, bo nie może patrzeć spokojnie, gdy złapani (jakimś cudem) sprawcy wandalizmu – po uiszczeniu skromnej grzywny, na którą zrzucają się koledzy od spraya – wracają do swego procederu. 


Tag za 10 tysięcy


Skala oficjalnie potwierdzonych zniszczeń murów i elewacji, niestety, nie słabnie. W całym 2014 roku policja odnotowała w Polsce 1627 aktów wandalizmu, a tylko w I połowie 2015 roku było ich już 1288. Przy tym mowa jedynie o spektakularnych zniszczeniach, zgłoszonych organom ścigania. Szara strefa jest tu bez porównania większa i nie dotyczy tylko miast. Atakowane są także wiaty na przystankach, nawet w szczerych polach, i… pomniki przyrody. Napisy kibicowskie pojawiły się w ubiegłym roku w Tatrach, na ścianach Zawratu i Szpiglasowej Przełęczy.
Miasta wydają na usuwanie bazgrołów miliony. Ich sprawcy – jeśli się ich złapie – płacą zazwyczaj kilkaset złotych mandatu (najwyżej 500), bo to dla policji zwykłe chuligańskie wykroczenie. Pogromcy Bazgrołów uważają, że bez zmiany prawa nie ma szans na skuteczne położenie tamy tej pladze. W liście do posłów sformułowali propozycję, aby podnieść wysokość kar finansowych z dotychczasowych 500 zł na co najmniej 10 000 zł. Kwota ta byłaby wpłacana do kasy miejskiej z przeznaczeniem na naprawę elewacji.
Nie jest to pomysł ani oryginalny, ani drakoński. Mniej więcej takie grzywny wymierzane są w większości krajów Europy.

Wysokość kary ma bowiem pełnić przede wszystkim funkcję odstraszającą. Powinna być jasnym sygnałem, że nie ma zgody na dewastację zabytków, przestrzeni miejskiej i prywatnej własności. 
Właśnie za tą ostatnią grupą poszkodowanych Waldemar Domański chce się ująć w sposób szczególny. „Stwórzmy prawne podstawy do obniżenia podatku od nieruchomości dla tych właścicieli nieruchomości, którzy na bieżąco usuwają nielegalne napisy i znaki graficzne z elewacji, ogrodzeń, klatek schodowych” – proponuje w liście do polityków. 
Usuwanie szkód wyrządzonych prywatnym posesjom (a tych w Krakowie jest najwięcej) to ogromny problem zarówno finansowy, jak i prawny. Bezmyślny wandal w ciągu jednej nocnej trasy jest w stanie na wiele miesięcy wpędzić w ogromne kłopoty budżety kamieniczników. A samorządy nie mają specjalnego uprawnienia, by partycypować w kosztach zamalowywania wulgarnych napisów na prywatnym terenie. 


Jak pozyskać kibiców? 


Andrzej Duda (w końcu też krakus) jeszcze w kampanii wyborczej z entuzjazmem odnosił się do działalności Pogromców Bazgrołów jako wzorcowego wręcz przykładu obywatelskiej troski o przestrzeń publiczną. Korzystając z tych pochwał, W. Domański skierował teraz list do Prezydenta RP z apelem o wsparcie działań dotyczących zaostrzenia kar wobec wandali. „Bez zdecydowanego i konsekwentnego wsparcia ze strony Państwa oraz klarownych przepisów prawa walkę z nielegalnym graffiti nadal będziemy przegrywać” – czytamy w liście. Podobne pismo trafiło na biurko ministra sprawiedliwości. Tu autor przywoływał interpelacje poselskie z ostatnich trzech lat, które także szły w kierunku wyższych sankcji wobec sprawców zniszczeń. 
Pogromcy Bazgrołów nie są tu sami. Na język nienawiści straszący z polskich murów zwracało uwagę także wiele organizacji pozarządowych (i z prawa, i z lewa), domagając się od wszystkich władz podjęcia zdecydowanych działań.

Głos w tej sprawie zabrała też niedawno grupa znanych konserwatywnych intelektualistów, pisząc w specjalnym apelu: „Ten, kto pali kukły albo niszczy mury antysemickimi napisami, nie może być uważany za patriotę” (apel m.in. podpisany przez A. Nowaka, J. Żaryna, D. Gawina, T. Terlikowskiego, R. Kostro, D. Karłowicza). Internet pełen jest też bardzo spontanicznych inicjatyw, takich jak 14-letniego Norberta z Warszawy, który założył własną stronę „Anty Graffity”, by przekonać rówieśników, jak wiele zła można uczynić za pomocą zwykłego spraya.
Niestety, wciąż nie udaje się do tego dzieła pozyskać oficjalnie działających stowarzyszeń kibicowskich. Mało tego, większość z nich ma swoje sekcje artystyczne, które oprócz patriotycznych opraw (rzeczywiście robiących wrażenie) zajmują się szkoleniem grafficiarzy. Organizują konkursy na fantazyjne napisy, a w formie nagród rozdają młodzieży sprzęt malarski. Temat wulgarnych bazgrołów, podobnie jak stadionowych przyśpiewek, wciąż jest swoistym tabu, którym nie ma ochoty zajmować się również PZPN. Sankcje oczywiście są potrzebne, a nawet niezbędne. Sukces w walce z bazgrołami przyjdzie jednak dopiero wtedy, gdy armię ich pogromców zasilą sami kibice.