Finanse państwa są bezpieczne


GN 07/2016

publikacja 11.02.2016 00:15

O podatkach od banków i sklepów oraz krytyce Polski 
przez zagraniczne agencje ratingowe z ministrem finansów Pawłem Szałamachą rozmawia Bogumił Łoziński


Paweł Szałamacha jest ministrem finansów. Współzałożyciel i były prezes Instytutu Sobieskiego, zajmującego się tworzeniem programów społeczno-gospodarczych. Z wykształcenia jest prawnikiem. Żonaty, ma 47 lat Paweł Szałamacha jest ministrem finansów. Współzałożyciel i były prezes Instytutu Sobieskiego, zajmującego się tworzeniem programów społeczno-gospodarczych. Z wykształcenia jest prawnikiem. Żonaty, ma 47 lat
Radek Pietruszka /epa/pap

Bogumił Łoziński: Żyje Pan w stresie, że za chwilę dowie się o kolejnej inicjatywie jakiegoś ministra, na którą szef resortu finansów będzie musiał znaleźć pieniądze?


Paweł Szałamacha: Budżet na rok 2016 w pełni zabezpiecza finansowanie naszych obecnych projektów. Nowe koncepcje, jeśli się pojawią i będą oznaczać wydatki, zostaną przedyskutowane i ewentualnie wprowadzone później.


Premier Beata Szydło była zła na Pana za krytyczne uwagi na temat programu 500 plus? Mówi się nawet o Pana dymisji. 


Nic mi o tym nie wiadomo. Rozmawiałem z panią premier o moich uwagach i nie było takich reakcji.


Do opinii publicznej dotarło negatywne stanowisko ministra finansów o tym programie, a po paru godzinach zmienił Pan zdanie, więc problem był.


Problem był związany z krótkim czasem na konsultację. Minister Rafalska przysłała zmieniony projekt do uzgodnień i mieliśmy tylko kilka godzin na zaopiniowanie. Moja zastępczyni wysłała list z uwagami. Opinię publiczną poruszyło sformułowanie, że „nie możemy zaopiniować projektu pozytywnie”. Gdybyśmy zamiast tego napisali, że „zgłaszamy następujące uwagi”, to nie byłoby tej burzy w szklance wody.


Niezależnie od tego sformułowania uwagi krytyczne były. Jakie?


Nasz podstawowy postulat dotyczył kosztów obsługi, a właściwie sposobu ich ustalania. Dotychczas środki na realizację projektu, jakie otrzymywały samorządy, stanowiły pewien procent wydatkowanych kwot. My uważamy, że to nie powinien być procent, tylko konkretna kwota. Na przykład wyznaczamy, że decyzja o przyznaniu świadczenia kosztuje samorząd 35 czy 40 złotych i on tyle dostaje. To nie jest więc problem zasadniczy.


Ten postulat został uwzględniony?


Częściowo. W pierwszym roku wydatki na obsługę administracyjną ustalono w wysokości dwóch procent kosztów programu, w drugim i następnych na półtora procent. Więc te wydatki będą ograniczone, ale zasada kwotowa nie została wprowadzona. Powodem jest presja czasu, bo program ma wejść w życie od kwietnia, a dokonanie obliczeń trwałoby jeszcze kilka tygodni.


Czy Pan jako ekonomiczny liberał nie ma problemu z realizacją programów związanych z rozdawaniem środków budżetowych?


Nie jestem liberałem ekonomicznym, taka opinia o mnie jest błędna. Według mnie liberalne recepty na gospodarkę w zderzeniu z rzeczywistością, np. polityką ekonomiczną państw czy dużych korporacji ponadnarodowych, nie sprawdzają się. Trzeba posługiwać się różnymi rozwiązaniami. 


W exposé premier Beata Szydło złożyła obietnice, których realizacja wymaga poważnych środków z budżetu, np. podniesienie emerytur czy bezpłatne leki dla osób powyższej 75. roku życia. W Sejmie czeka prezydencki projekt obniżający wiek emerytalny i drugi przewidujący wprowadzenie kwoty wolnej od podatku. Trwają prace nad projektem dotyczącym frankowiczów. Znalazł Pan na to wszystko pieniądze?


Szereg tych punktów zaczynamy spełniać. Choć oczywiście priorytetem jest program 500 plus, który ruszy na wiosnę. Przypomnę, że zostaliśmy wybrani na cztery lata, a nie na rok, nasz program będziemy stopniowo realizować. Na przykład podniesienie kwoty wolnej od podatku będzie możliwe w kilku krokach, nie od razu o osiem tysięcy. Musimy najpierw odbudować dochody z podatków. Ale jeszcze w tym roku na wiosnę zostanie wypłacone jednorazowe świadczenie dla emerytów o najniższych świadczeniach, w sumie przeznaczymy na ten cel 1 miliard 400 milionów złotych. 


A kiedy zostanie obniżony wiek emerytalny?


To jest kwestia ustaleń w rządzie i z przedstawicielami prezydenta. Dziś nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie.


Poprzedni rząd tłumaczył podniesienie wieku emerytalnego koniecznością ratowania systemu emerytalnego, któremu grozi załamanie. Czy rząd PiS ma pomysł, jak uratować ten system?


Od wielu lat słyszę opinie, zwłaszcza ze strony środowisk mocno liberalnych, że ZUS lada moment zbankrutuje, ale jakoś nic się nie dzieje. Oczywiście są problemy, ZUS musi co roku otrzymywać duże dotacje z budżetu. Dyskusja na ten temat jest potrzebna, ale nie robiłbym paniki. Solidarnościowy system emerytalny polega na tym, że pracujące pokolenie utrzymuje emerytów. Uzdrowienie takiego systemu nie będzie możliwe, jeśli nie przełamiemy zapaści demograficznej i nie poprawimy wydajności pracy. My poprzez politykę prorodzinną chcemy, aby więcej osób pojawiło się na rynku pracy. 


Tylko nie wiadomo, czy rzeczywiście dzietność wzrośnie.


Dopiero zaczynamy realizować program prorodzinny, według mnie absolutnie przełomowy w Polsce, a już oczekuje się od nas rezultatów. Poczekajmy trochę. 


Bank, z którego Pan korzysta, już podniósł opłaty za swoje usługi?


Mój bank twierdzi, że nie podniósł, tylko zmienił strukturę. Podwyższył za niektóre, a za inne obniżył, ale przekonuje, że w sumie będzie pobierał ich mniej.


Rzeczywiście tak jest? 


Jeszcze tego nie sprawdziłem.


Pan twierdził, że banki po wprowadzeniu podatku nie podniosą opłat. Tymczasem podniosły, nawet jeśli to określają jako zmiana struktury.


Komisja Finansów Publicznych będzie ich pytała o te zmiany. Pani premier właśnie odwołała prezesa w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Nowy powinien zbadać, czy nie doszło między bankami do zmowy. Jeśli się okaże, że doszło do porozumienia w celu uzyskiwania korzyści kosztem klientów, to UOKiK ma narzędzia, aby takie praktyki wyeliminować.


Prezesi banków twierdzą, że nowy podatek może zagrozić ich stabilności, a w konsekwencji polskiej gospodarce. Czy istnieje takie niebezpieczeństwo?


Banki prowadzą retoryczną grę, za wszelką cenę szukając sojuszników w opinii publicznej. Przedstawiają swój własny interes finansowy jako interes ogółu. Trudno tej branży bronić się przed podatkiem argumentując, że poniesie straty, dlatego mówią, że bronią środków swoich klientów. Podobnego typu podatki funkcjonują w różnych krajach, to nie jest jakieś specyficzne, polskie rozwiązanie. Sektor bankowy w poprzednich latach uzyskiwał bardzo dobre stopy zwrotu, te zyski były więcej niż godziwe. Ten okres hiperdochodowości odchodzi do przeszłości, ale zyski banków będą nadal na przyzwoitym poziomie.


Trwa dyskusja na temat podatku sklepowego. Budzi on protesty nie tylko właścicieli wielkich zagranicznych hipermarketów. Także właściciele sklepów średniej wielkości polskich sieci, jak np. Lewiatan, twierdzą, że ten podatek doprowadzi ich do bankructwa. Z kolei związki zawodowe protestują, że projekt nie był z nimi konsultowany.


Projekt został przekazany do Rady Dialogu Społecznego, gdzie będzie przedmiotem dyskusji przedstawicieli rządu, pracodawców i pracowników. Otrzymały go do zaopiniowania także ministerstwa, już odbyła się na jego temat dyskusja na Parlamentarnym Zespole Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Gospodarczego. Konsultacje więc się odbywają, i to ze wszystkimi zainteresowanymi środowiskami. Co więcej, już wyszliśmy naprzeciw postulatom handlowców.


W jaki sposób? 


Właściciele sklepów wnioskowali, aby próg obrotów, od których będzie obowiązek płacenia tego podatku, wynosił 12 mln złotych rocznie. My go podnieśliśmy do 18 milionów złotych. Dopiero po przekroczeniu tej kwoty zacznie obowiązywać podatek w wysokości 0,7 procent. Przypominam też, że odeszliśmy od projektu z kampanii, kiedy zapowiadaliśmy jednolity podatek w wysokości dwóch procent od wszystkich sklepów o powierzchni powyżej 250 metrów kw. Po uwagach ze strony handlowców zrezygnowaliśmy z tego pomysłu na rzecz podatku od obrotów. Co więcej, zróżnicowaliśmy go. Podstawowa stawka to 0,7 proc., po przekroczeniu 300 mln złotych obrotu rocznie wzrośnie do 1,3 proc. Stawka podatku ze sprzedaży w soboty i niedziele będzie wynosić 1,3 proc., a powyżej 300 mln dochodu 1,9 proc. Jak widać, nawet najwyższy podatek jest niższy niż zapowiadane w kampanii 2 procent. 


Nie obawia się Pan, że chcąc pokryć straty spowodowane podatkiem, sklepy będą podnosić ceny?


Nie, ponieważ między sieciami jest bardzo silna konkurencja o klientów i jeśli zaczną podnosić ceny, to mogą ich stracić. Szacujemy, że dochody z tego podatku wyniosą 2 mld złotych rocznie.


Zapewnia Pan, że budżet jest bezpieczny i nie ma zagrożenia dla finansów państwa. Dlaczego więc agencja Standard & Poor’s obniżyła nam rating?


Ponieważ Standard & Poor’s nie lubi tego, co się dzieje w polskiej polityce. Otwarcie napisali w swojej ocenie, że nie podoba im się to, co zaszło wokół Trybunału Konstytucyjnego.


Ale agencja Moody’s krytykuje rząd PiS za politykę wobec banków.


Moody’s podtrzymał nasz rating, kontaktujemy się z nimi na bieżąco i informujemy o naszych działaniach.


Jednak według Komisji Europejskiej w 2017 r. deficyt w Polsce wzrośnie powyżej 3 procent PKB, co grozi nam, że znów będziemy objęci tzw. procedurą nadmiernego deficytu. 


To pesymistyczny scenariusz, który się nie ziści, wyjaśniałem to w liście do komisarza Dombrovskisa. Jesteśmy z nimi w kontakcie. Proszę zauważyć, że nasi krajowi krytycy straszyli, że już w 2016 przyjdzie załamanie budżetu, teraz przesuwają to na 2017. Jestem odporny na taką retorykę.