Rękopis znaleziony ponownie

Piotr Legutko

|

GN 47/2015

publikacja 19.11.2015 00:15

Jan Potocki swą najsłynniejszą książkę pisał przez 20 lat. Ukończył ją w 1810 roku. Dopiero dziś możemy przeczytać jej ostateczną wersję.

Hrabia Jan Potocki (1761–1815)  jest pamiętany głównie  jako autor powieści  „Rękopis znaleziony  w Saragossie” Hrabia Jan Potocki (1761–1815) jest pamiętany głównie jako autor powieści „Rękopis znaleziony w Saragossie”
east news

To jedna z najważniejszych, ale i najbardziej tajemniczych polskich powieści. Nie wiadomo, co jest bardziej zagadkowe: wielowątkowa fabuła „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, biografia autora czy dzieje różnych wersji tekstu. Hrabia Jan Potocki, pisarz, podróżnik i polityk, tworzył je przez całe życie. Między rokiem 1794 a 1814 powstało kilka wariantów dzieła, różniących się nie tylko w detalach, ale i w konstrukcji, liczbie wątków i bohaterów czy wręcz koncepcji całości. I oto teraz, dopiero 200 lat po śmierci jego twórcy, możemy przeczytać „Rękopis...” w kształcie, jaki ostatecznie nadał mu Jan Potocki. Co ciekawe, znacznie odbiegającym od tekstu, którym zachwycały się kolejne pokolenia czytelników. To niewątpliwie wydarzenie literackie roku.

Wśród fanów Scorsese i Coppola

Określenie „kultowy” jest obecnie jednym z najczęściej nadużywanych w stosunku do książek czy filmów. Ale w odniesieniu do powieści Jana Potockiego ten przymiotnik jest akurat adekwatny. Zwłaszcza po nakręceniu filmu na jej podstawie (w 1964 r.). „Rękopis znaleziony w Saragossie”, zrealizowany w modnej dziś konwencji fantasy, w której sen miesza się z jawą, zdobył tysiące fanów na całym świecie. Alfons van Worden zyskał bowiem rysy Zbigniewa Cybulskiego, Velasques – Gustawa Holoubka, a nieznośny Busqueros Zdzisława Maklakiewicza. Niepowtarzalne kreacje stworzyli tu także Iga Cembrzyńska, Barbara Krafftówna, Bogumił Kobiela, Leon Niemczyk i Franciszek Pieczka.

Na ekranie swoje pięć minut miał prawie każdy z wielkich aktorów tamtych czasów dzięki niezwykłej, szkatułko- wej konstrukcji książki i scenariusza, w której z jednej opowieści wyłania się kolejna. I tak bez końca. Dzieło Wojciecha Jerzego Hasa nie tylko w Polsce uważane jest za jedno z najwybitniejszych osiągnięć kina światowego. Jego miłośnicy – Martin Scorsese i Francis Ford Coppola – sfinansowali nawet remastering oryginalnej kopii filmu, który od kilku dekad jest nieustannie wyświetlany w studyjnych salach Nowego Jorku. Nie mniejszą popularnością cieszy się książka, będąca skrzyżowaniem romansu, horroru, powieści łotrzykowskiej i rozprawy filozoficznej. We Francji już na początku XIX w. doczekała się w związku z tym kilku… plagiatów.

Rozczarowany adept oświecenia

Co ciekawe, powieść Jana Potockiego stała się ważną częścią polskiego dziedzictwa, mimo że została napisana po francusku. Hrabia, choć bardzo zaangażowany w sprawę narodową, zwłaszcza w działalność Sejmu Wielkiego, słabo mówił po polsku. Większość życia spędził bowiem za granicą, na podróżach, pasjonował się etnografią i archeologią. Był prawdziwym erudytą, czego „Rękopis znaleziony w Saragossie” jest najlepszym dowodem. Powieść czytana w kolejnych wariantach jest w pewnym sensie także zapisem ewolucji jego poglądów na świat.

Pierwsza wersja, wydana w 1804 r., wyszła spod pióra typowego autora epoki oświecenia, ostatnia, domknięta w 1810 r., jest raczej rozrachunkiem z tą epoką. Materialistyczna wymowa powieści została mocno osłabiona, wzrasta za to wpływ mistyki żydowskiej, w pierwszej wersji traktowanej z przymrużeniem oka. François Rosset i Dominique Triaire, autorzy wstępu do najnowszego wydania „Rękopisu”, sugerują wręcz, że w ostatecznej wersji autor niejako „rehabilituje religię”, a na liście jego mistrzów Chateaubriand (i jego „Geniusz chrześcijaństwa”) zastąpił Woltera. Czy zatem według najnowszych badań można Potockiego nazywać „rozczarowanym adeptem oświecenia”? Coś z pewnością jest na rzeczy, choć jakakolwiek prosta interpretacja najbardziej zawikłanej powieści tamtych czasów nie jest możliwa. Inaczej – to właśnie intrygujące zderzenie różnych kultur i cywilizacji jest jej największym atutem.

Pięć odnalezionych dni

Jeszcze bardziej komplikuje sprawę dociekanie, czyją właściwie książkę czytamy po polsku? Wiadomo bowiem, że spory wkład w jej ostateczny kształt ma tłumacz. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z tekstem gęstym od cytatów, odniesień i symboliki. W polskiej kulturze od 150 lat obecny jest przekład Edmunda Chojeckiego z 1847 r. Francuscy badacze dowiedli, że jest to kompilacja co najmniej dwóch wersji oryginalnego tekstu. I to nie mechaniczna, ale „twórczo rozwinięta”. Bo też niełatwo było połączyć dwa rękopisy (nomen omen) różniące się co do pewnych kwestii zasadniczych. Nic dziwnego, że niektóre fragmenty zostały (przez tłumacza?) dopisane, nie zgadza się nawet liczba rozdziałów – w powieści zwanych dniami. W oryginale właśnie wydanym jest ich 66, a w przekładzie Chojeckiego – 61. Anna Wasilewska, autorka najnowszego tłumaczenia, ma bardzo ciekawą teorię, popartą mocnymi argumentami, według której to nie Chojeckiemu zawdzięczamy znany powszechnie tekst „Rękopisu”. „Nie jest zatem wykluczone, że tłumacz otrzymał już wcześniej spreparowaną kompilację obu wersji bądź tylko użyczył swojego nazwiska komuś, kto chciał pozostać anonimowy” – pisze w posłowiu A. Wasilewska. Trop może wieść do kogoś z krewnych hrabiego. Tylko trop, bo rodzina po jego zagadkowym samobójstwie oszczędnie dysponowała spuścizną Jana Potockiego. Mamy zatem nie tylko wiele wersji oryginału, ale tajemnicze losy tłumaczenia.

Jak w serialu

Bez względu na to, kto tak naprawdę jest jego autorem, przekład z 1847 r. jest już częścią dziedzictwa kultury polskiej i nic tego nie zmieni. Nowe tłumaczenie jest – tylko i aż – gratką dla miłośników „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, kolejnym prezentem dostarczonym z zaświatów przez zafascynowanego mistyką hrabiego obieżyświata. Ale przecież nowe losy przedstawicieli rodu Gomelezów nie unieważniają wcześniejszych wydań powieści, nawet jeśli teraz w wielu miejscach znacznie się ona różni od znanego dotąd… oryginału (który wcale nie jest oryginałem, ale kompilacją). Trochę to pogmatwane, ale właśnie za to pogmatwanie „Rękopis” był tak wielbiony przez czytelników. Kolejne wersje tego samego tekstu wcale nie przekreślają poprzednich. „Rękopis nie uległ radykalnej zmianie. Stał się tylko pełniejszy, jeszcze bardziej zagadkowy i problematyczny w odbiorze. Nie ulega wątpliwości, że przestrzeń i potencjał jego oddziaływania znacznie się poszerzyły” – piszą Rosset i Triaire. Czytelnik wcale przecież nie oczekuje, że uzyska ostateczne rozwiązanie którejkolwiek z zagadek, bo to nie tyle powieść, co „otwarta przestrzeń powieściowa”. Paradoksalnie w epoce tasiemcowych seriali telewizyjnych, których kolejne „sezony” wcale nie przynoszą rozstrzygnięcia, ale mnożenie kolejnych wątków, jest to formuła na wskroś nowoczesna. Mimo że mijają stulecia, Jan Potocki wciąż pisze swoją książkę. I to jest naprawdę fascynujące. Bo kto wie, co jeszcze może się zdarzyć po drugiej stronie lustra.

• Jan Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie, Wydawnictwo Literackie 2015