Z Kózkówną w codzienność

Agata Puścikowska

|

GN 45/2015

dodane 05.11.2015 00:15

O ciągłym odczytywaniu fenomenu bł. Karoliny z Elżbietą Wiater rozmawia Agata Puścikowska

Elżbieta Wiater Elżbieta Wiater
– doktor teologii, historyk. Pracuje jako redaktor w Wydawnictwie Benedyktynów Tyniec. Autorka kilku książek, w tym nowości „Karolina Kózkówna. Wolę być taka, jaka jestem”
Roman Koszowski /Foto Gość

Agata Puścikowska: Napisałaś książkę o Karolinie Kózkównie, bo „przyszło zamówienie” czy z potrzeby serca?

Elżbieta Wiater: Można chyba powiedzieć, że z tych dwóch powodów, chociaż drugi jest istotniejszy. Postać Karoliny poznałam wcześniej. Mam do niej wielki szacunek. Zarówno do jej życia, jak i męczeństwa. Jest mi bliska, bo sama urodziłam się i wychowałam na wsi. Znam takie życie z doświadczenia. Obowiązują tam proste reguły: nie zasiejesz i nie będziesz pielęgnował – nie urodzi się i nie masz co jeść. Do tej pory to jest oczywiste, a sto lat temu było po prostu wpisane w codzienność. Również dziecięcą. Znam także wysiłek związany z pracą na roli. Mogę więc wyobrazić sobie realia życia na wsi z początku XX w., codzienność szesnastoletniej wiejskiej dziewczyny z wielodzietnego domu. Ale nie tylko to mnie z nią łączy. Karolina była w jakiś sposób poza grupą rówieśniczą – mimo że się z nią liczono, była autorytetem, nie była tzw. duszą towarzystwa. Ja, mówiąc szczerze, też nie potrafiłam zintegrować się z rówieśnikami, zawsze byłam nieco z boku.

Skąd czerpałaś informacje o błogosławionej?

Sięgnęłam po książki zawierające zeznania z procesu beatyfikacyjnego, czytałam też zbiory modlitw za jej wstawiennictwem. Ważny był dla mnie wyjazd do Wał-Rudy, gdzie jest jej dom. Rozmawiałam tam z mieszkańcami, których przodkowie znali przecież Karolinę – pamięć o niej jest nadal żywa. Rozmawiałam też z kustoszem jej sanktuarium w Zabawie. Wzięłam udział w Drodze Krzyżowej szlakiem męczeństwa Karoliny, i to było bardzo mocne doświadczenie. Zresztą nie tylko moje: co miesiąc tysiące osób przyjeżdżają tam, by doświadczyć obecności i wsparcia błogosławionej. Widząc to, przekonałam się, jak żywy jest jej kult. Gdy tak szliśmy, słuchając rozważań i modląc się przy kolejnych stacjach, próbowałam sobie wyobrazić, co czuła, co widziała. Byłam tam na wiosnę, ale akurat był wyjątkowo zimny dzień, prawie listopadowy. To pozwoliło mi wejść w doświadczenie jej dramatycznej ucieczki, przejmującego zimna, bólu, grzęznących w bagnie stóp.

Zastanawiałaś się, w jaki sposób na nowo odczytywać to męczeństwo?

Tak, konsultowałam się nawet z teologiem duchowości. Problemem jest to, czy można mówić, że Bóg wybrał sobie Karolinę na ofiarę? Co ktoś, kto zginął, broniąc się przed gwałtem, może powiedzieć tym, którzy gwałt przeżyli? Dlatego starałam się także poznać psychiczne skutki molestowania, sięgałam po artykuły psychologów mówiące na ten temat. Ta wiedza nie dotyczy wprost Karoliny, bo ona została zabita, jednak pozwala szerzej zrozumieć zarówno jej postać, jak i przyczyny, dla których osoby po takiej traumie mogą szukać u niej oparcia.

Gdy rozmyślam o Karolinie, boczę się na jej ojca – nie obronił dziecka. Również chłopcy, którzy śledzili jej ostatnią drogę, nie pomogli. I w ogóle mężczyźni ze wsi – też nie obronili kobiety.

Ojciec był kompletnie rozwalony psychicznie i dlatego nie dał rady jej obronić. Zresztą próba walki najprawdopodobniej zakończyłaby się jego śmiercią – nie był uzbrojony. To, w jakim był szoku, pokazuje fakt, że po uprowadzeniu córki pobiegł do swojego kuzyna i nieskładnie wyrzucał z siebie pojedyncze słowa. Nie potrafił nawet poprosić o pomoc. Co do chłopców: byli młodzi, pewnie nie do końca wiedzieli, co się może zdarzyć. Bali się... Ówczesne wychowanie, szczególnie wiejskie, nie uczyło buntu wobec szeroko rozumianej władzy.

Myśląc o tamtym dramatycznym wydarzeniu, zastanawiam się też, jak wyglądały relacje małżonków – rodziców Karoliny po jej śmierci. Proste nie mogły być...

Zapewne oboje musieli sobie radzić z poczuciem winy. Ojciec, bo ją zostawił. Matka, bo mimo próśb córki, nie zabrała jej na poranną Mszę. Ale moim zdaniem nie warto projektować na nich własnych emocji, przecież nie zachowały się świadectwa dotyczące ich przeżyć. Jest jasne, że oboje bardzo cierpieli, bo to było ich ukochane dziecko. Ich małżeńska relacja była wyjątkowo silna, więc możemy przypuszczać, że byli dla siebie nawzajem ogromnym wsparciem. Zresztą matka błogosławionej, mimo że życie jej nie oszczędzało (umarło kilkoro ich dzieci, przeżyła wojnę, spalił im się dom), wolę walki i życia straciła dopiero po śmierci męża. To, moim zdaniem, pokazuje siłę ich miłości. Rodzina Kózków była wyjątkowa: szczerze, głęboko wierząca, wybitnie pracowita i gospodarna. Mimo dużej liczby dzieci potroili swój pierwotny stan posiadania. Byli też ostoją religijności, ich dom nazywano „betlejemką”, „kościółkiem”. Bardzo się z nimi liczono.

Kiedyś przeczytałam modlitwę do Karoliny, która mnie nieco... przeraziła. Wynikało z niej, że dziewczyna „obroniła cnotę, więc pozostała czystą i została błogosławioną”. A gdyby „cnoty nie obroniła”? Co z kobietami, którym się nie udało?

Tu warto powiedzieć o dwóch rzeczach. Przez lata proces Karoliny toczył się w kierunku stwierdzenia heroiczności jej cnót – to miała być podstawa beatyfikacji. Motyw męczeństwa w obronie czystości pojawił się później. I to Jan Paweł II polecił, by wybrano ten motyw uznania jej za błogosławioną. Odrębną kwestią jest to, czy do uznania kogoś za dziewicę męczennicę konieczne jest fizyczne zachowanie dziewictwa. W starożytnym Rzymie zabicie dziewicy miało ściągać na zabójcę przekleństwo, dlatego kaci przed egzekucją gwałcili skazane. To zrodziło wśród chrześcijan pytanie, czy można męczennice, które tego doświadczyły, nadal uważać za dziewice. Wątpliwość tę rozstrzygnął św. Augustyn: one pozostały czyste, bo tym, co liczy się w tym przypadku, jest sprzeciw woli, a nie zachowanie fizycznego znaku.

Do Karoliny przyjeżdżają ofiary różnorakiej przemocy, również rodziny nieżyjących ofiar. Po co?

Osoby, które doświadczyły krzywdy, do końca życia będą musiały walczyć o siebie. Do tej walki potrzeba mocy Chrystusa. Doświadczenie przemocy skutkuje często tym, że ofiara, nie potrafiąc poradzić sobie z emocjami, wchodzi w mechanizmy autodestrukcji. Rodziny ofiar doświadczają podobnych stanów. Gwałt jest tu szczególnym doświadczeniem – nawet pobicie nie ma tak niszczącego wpływu na ofiarę, nie upokarza jej tak głęboko i nie ma tak dużych konsekwencji dla relacji w rodzinie. Tymczasem oprócz terapii osoby po traumie potrzebują poczucia, że są przyjęte i ktoś potrafi z nimi współodczuwać, rozumie je. Dlatego ofiary różnorakiej przemocy, ale i ich rodziny, zwracają się do Karoliny, czując, że przecież ona po prostu wie, co przeżywają... Ponadto może pomóc swoją modlitwą i, sądząc po świadectwach, robi to.

A może Karolina wcale nie walczyła o czystość, tylko po prostu o... życie?

Na początku na pewno nie. Żołnierz zabrał ją do lasu, żeby nie mieć świadków, żeby w sądzie było tylko jego świadectwo przeciwko jej słowu.

Sądząc po innych przypadkach z tego czasu kobiety były gwałcone, a potem po prostu porzucane. Do zabójstwa doszło, bo dziewczyna broniła się, a potem uciekała. To doprowadziło napastnika do takiej wściekłości, że uderzenia jego szabli pozostawiły ślady nawet na kościach Karoliny.

Do Karoliny przyjeżdżają również ofiary wypadków komunikacyjnych. Możesz to wytłumaczyć?

Mogę, bo sama byłam ofiarą katastrofy pod Szczekocinami. Otarłam się o śmierć. Byłam w miażdżonym wagonie, krew zalewała mi gardło i nie mogłam zaczerpnąć oddechu. Jeden z pasażerów spadł na moją głowę, zaczęłam tracić świadomość. Na szczęście ten człowiek w ostatniej chwili podciągnął się do góry. Gdy teraz czytałam opis męczeństwa Karoliny, moje doświadczenia pozwoliły mi się wczuć w jej dramat. Ostatnia z otrzymanych przez nią ran spowodowała krwotok do gardła i duszenie się. Różnica jednak polegała na tym, że ja byłam otoczona przyjaznymi ludźmi, solidarnością innych poszkodowanych i ratujących. Ona natomiast była sama, samiuteńka. Osamotniona jak Jezus podczas drogi krzyżowej. Dzięki temu zna lęk, ból, a przede wszystkim bardzo bolesne poczucie bezradności towarzyszące ofiarom. Często nie są one winne cierpieniu, którego doświadczają. Potem bardzo trudno jest wrócić do pokoju i harmonii. Wtedy warto mieć w niebie kogoś, kto doświadczył podobnych odczuć. Kto nas rozumie i za nami się wstawia.

Karolina działa?

I to jak! Jej postać w szczególny sposób przemawia do młodych. Spotkałam wiele osób, które po poznaniu historii jej męczeństwa postanowiły żyć w czystości aż do ślubu. Skoro ona postanowiła wybrać czystość i AŻ TAK o nią walczyć, one też chcą podjąć ten wysiłek. Wbrew pozorom zresztą ich walka o siebie nie będzie wcale łatwa. Współcześnie rezygnacja ze współżycia jest postrzegana jako dziwaczenie. Tak na marginesie – myślę, że dlatego tak ostro atakowany jest celibat: osoby żyjące w czystości są chodzącymi dowodami na to, że możliwy jest sposób życia, który główny nurt kultury pokazuje jako śmieszny, niewiarygodny. Przecież „wszyscy” współżyją, „trzeba” to robić, żeby „być normalnym”. Karolina pokazuje, że nie trzeba. Możemy się formować, świadomie wybierać zachowania, które pozwalają żyć w czystości.

Może pojawić się zarzut, że – tak jak w przypadku błogosławionej – takie decyzje prowadzą do śmierci. Tak, ale tylko wtedy, gdy trafimy na kogoś takiego jak ten żołnierz, który za wszelką cenę chciał współżyć, co ostatecznie uczyniło z niego mordercę. On „musiał”.

Kryzys postrzegania czystości jako wartości jest rzeczywiście uderzający.

Częściowo wynika to z jej słabego PR-u. Warto mówić nie tyle o tym, czego trzeba się wyrzec, by żyć w czystości, ale co takie życie daje. Przekłada się na sposób relacji z sobą i innymi ludźmi, kształtuje całe społeczeństwo. Człowiek czysty nikogo nie traktuje przedmiotowo. Nie używa innych, lecz buduje przyjaźń, relacje, dostrzega dobro wspólne i wartość wspólnoty, także rodzinnej. Pisząc książkę, natrafiałam na wiele świadectw ludzi, którym brak czystości rozpaprał życie. I dopiero ingerencja Karoliny pozwoliła wiele spraw wyprostować.

Karolina Kózkówna będzie świętą?

Jestem tego absolutnie pewna. Dzieje się wiele cudów za jej wstawiennictwem i jej kult jest żywy. Poza tym Karolina świetnie nadaje się też na patronkę emigrantów. W czasach gdy żyła, ludzie masowo wyjeżdżali za chlebem. Nawet jej rodzona siostra popłynęła do Ameryki. Po śmierci Karoliny jej wstawiennictwa doświadczali także emigranci. Odzyskiwali zdrowie, nawracali się. Bardzo poruszająca jest też, już współczesna, historia emigrantki, którą Karolina ocaliła przed śmiercią w wypadku samochodowym. Obecnie wielu Polaków wyruszyło za granicę w poszukiwaniu lepszego bytu. Karolina Kózkówna może być dla nich duchową opiekunką. Szczególnie dla tych, którzy na obczyźnie chcą zachować swoją wiarę i tożsamość.

Tagi: