Bóle porodowe

GN 41/2015

publikacja 08.10.2015 00:15

O ostatniej prostej i Mesjaszu, który puka do drzwi, z Karolem Sobczykiem rozmawia Marcin Jakimowicz


Karol Sobczyk
lider wspólnoty Głos na Pustyni, psycholog, członek Sekretariatu ds. Nowej Ewangelizacji Archidiecezji Krakowskiej. Karol Sobczyk
lider wspólnoty Głos na Pustyni, psycholog, członek Sekretariatu ds. Nowej Ewangelizacji Archidiecezji Krakowskiej.
roman koszowski /foto gość

Marcin Jakimowicz: Jak się do Ciebie zwracać? Jak zawsze: Karolu? A może: Panie Dziedzicu?


Karol Sobczyk: Wiem, do czego zmierzasz. (śmiech) Czuję się synem Boga. Jego dzieckiem, dziedzicem.


Co odziedziczyłeś?


To, co wszyscy wierzący w Jezusa: obietnice, które złożył. Czytam słowo Boże i chcę żyć z perspektywy tego, co jest mi obiecane, i tego, w czym mogę się już poruszać przez wiarę, a nie jedynie według tego, co widzą moje oczy. 


A co Bóg obiecał Janowi Kowalskiemu?


Całe niebo, królestwo niebieskie. To, że ma Ojca, że nie jest sierotą. Jestem dziedzicem, czyli już teraz wiem, że przyjdzie dzień, gdy odbiorę w pełni wszystko, co zostało mi zapisane. Ale już dziś żyję ze świadomością tego, co mam. Odziedziczyłem spadek. I nawet jeśli nie mam jeszcze fizycznie tego „miliona”, pozwalam sobie na zaciąganie długów, ponieważ wiem, że Ktoś je za mnie spłacił. 


Nie zachowujesz się jak „frankowicze”, którzy za wszelką cenę chcą zminimalizować raty?


Nie. W królestwie nie ma rat. Wszelki dług został już spłacony krwią Syna Bożego. Odkąd usłyszałem przed laty, że Jezus umarł, abym mógł żyć radością zbawienia, dzień po dniu odkrywam Jego nowe obietnice. I widzę, że nie muszę wieść życia „z ziemi do nieba”, ale każdego dnia uczyć się sprowadzać to niebo na ziemię. 


Czy odczuwamy już bóle porodowe przed powrotem Mesjasza?


Myślę, że naprawdę żyjemy w niezwykłym czasie. Nie było jeszcze takiego momentu w historii, w którym tak wyraźnie widzielibyśmy, jak spełniają się zapowiedziane przez Biblię proroctwa. Nie mówię o wybuchach wulkanów, trzęsieniach ziemi, tsunami, niezwykle ciekawych zjawiskach tetrady krwawego Księżyca, bo takie zjawiska wydarzały się przecież w historii. Mówię o znakach, które obserwuje dopiero nasze pokolenie. Na przykład o biblijnych obietnicach dotyczących Izraela. Bóg obiecał, że Żydzi powrócą do swej ziemi. Od 1948 roku Izrael ma własne państwo. Obiecał, że Jerozolima na nowo połączy się z Izraelem. To proroctwo również się spełniło, w 1967 roku. Dziś obserwujemy inne dynamiczne zjawisko: Żydów mesjanistycznych, czyli tych, którzy odkrywają w Jezusie obiecanego Mesjasza…


Szacuje się, że w ciągu kilkunastu lat nawet 1,5 mln Żydów uwierzyło w rabbiego Jeszuę…


Poznałem kilku z nich. Opowiadają o tym, że wielu Żydów przyjmuje Jezusa nie tylko dlatego, że ktoś ogłosił im Ewangelię, ale dlatego, że Syn Boży sam im się objawia. Słyszałem wiele osobistych historii, które bardzo mnie poruszały. My, chrześcijanie, nie zdajemy sobie sprawy z tego, czym dla Żyda jest przyjęcie Jezusa. To prawdziwe trzęsienie ziemi, coś o wiele większego, niż możemy przypuszczać. Jeśli w rodzinie syn przyjmuje Jezusa, zostaje wyklęty przez własnego ojca. To częste przypadki. A mimo tej presji powstają coraz to nowe kongregacje mesjanistyczne…


Sama kijowska kongregacja Borysa Grisenki liczy już 18 tys. członków…


Opieramy się na mnóstwie świadectw, które płyną nie tylko z Ziemi Świętej. Trudno o konkretne statystyki, bo w Izraelu wielu tych ludzi pozostaje wciąż w ukryciu. 


Gdy kard. Ratzinger spotkał się z przedstawicielami Żydów mesjanistycznych, rzucił: „Jeżeli jesteście Izraelem, który powraca, to znaczy, że dochodzimy do ostatniego etapu historii”. Jesteśmy na ostatniej prostej?


Mamy prawo tak przypuszczać. Tajemnica powrotu Izraela została zapisana w Liście do Rzymian w kontekście Paruzji! Gdy poganie (wierzący z narodów, czyli my) i Izrael wejdą w „pełnię”, nastąpi koniec czasu. W naszym interesie jest to, by Żydzi przyjęli Jezusa. List do Rzymian mówi, że ich powrót będzie błogosławieństwem dla całego stworzenia. Dziś widzę inne ważne pytanie: czy jako chrześcijanie czekamy jeszcze na przyjście Mesjasza? Pamiętajmy, co działo się w pierwszym Kościele, który żył w napięciu, oczekiwaniu…


…a Paweł studził mieszkańców Salonik, którzy sprzedawali domy, rzucali pracę, bo wiedzieli, że „nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie”. Byłem kilka razy na spotkaniu Waszej wspólnoty i widziałem, że też nie możecie się doczekać…


Tak! Tęsknimy. Bardzo. Myślę, że życie wielu chrześcijan ukazuje, jak liturgiczne zawołanie „oczekujemy Twego przyjścia w chwale” poszło w zapomnienie. A przecież powtórne przyjście Jezusa jest najważniejszą nowiną Ewangelii o królestwie! To Król nadchodzi! Otrzymaliśmy Ducha po to, aby przygotował nas na ten dzień. A jeśli Kościół nie oczekuje powrotu Jezusa, trudno, by wszedł w miejsce, do którego został powołany. 


Poznałeś niedawno osobiście człowieka, przez którego Bóg nawrócił ponad milion muzułmanów…


Tak. W Stanach Zjednoczonych miałem przywilej spotkać Leifa Hetlanda. Europa nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie jest już pępkiem świata. W Polsce szczycimy się naszą religijnością, nie dostrzegając, jak bardzo jesteśmy skupieni na sobie. Czy wiemy, że na przykład w Mozambiku jest dziś ogromne duchowe przebudzenie? Że Jezusa poznają miliony? Że w wielu miastach prędzej spotkasz chrześcijanina niż człowieka niewierzącego? Że całe wioski przychodzą do Jezusa? 


Rozmawiałem z Aldoną Filipek z Waszej wspólnoty, która ruszyła do Mozambiku. Dopóki tam nie trafiła, nie mogła uwierzyć, że to przebudzenie na tak potężną skalę…


Aldona pojechała na koniec świata, by przekonać się, jak… trudno jest kochać. Jak trudno Europejczykowi wyjść ze „strefy komfortu” i przytulić zasmarkane, niemyte, śmierdzące dziecko, które nosi dwie koszule na rok. Jak wiele to kosztuje. Opowiadała, że gdy dajesz takiemu skrajnie biednemu dziecku bułkę, ono odrywa kawałek i oddaje ci z powrotem na wypadek, gdyby zaskoczył cię głód. Spotkała tam misjonarkę Heidi Baker, która założyła już 12 tys. wspólnot. Wszystko zaczęło się od proroctwa. Bóg powiedział: „Daję ci naród Mozambiku”. Heidi wyszła na ulice tego najbiedniejszego kraju świata, zaczęła pracować z najuboższymi, często małymi dziećmi. Na każdym kroku podkreśla, że kluczem jest miłość: „Zatrzymaj się codziennie dla jednej osoby”. Miłość uwalnia potężne cuda. Pytałeś o Leifa Hetlanda... To Norweg, którego misją jest ewangelizacja muzułmanów. Również zaczęło się od proroctwa. On sam nie szukał tej misji. Co więcej: czuł „medialną” niechęć do wyznawców islamu. A rok później był już w Pakistanie i głosił Jezusa. Szybko został oskarżony o bluźnierstwo przeciwko Mahometowi. Tylko Bóg trzyma go przy życiu, bo w każdej chwili muzułmanie mają prawo go zabić. Słyszałem, jak mówił: wiem, że jeśli w czasie mojego głoszenia Bóg nie wkroczy w jakiś ponadnaturalny sposób, prawdopodobnie zginę. 


To naprawdę jazda bez trzymanki. Gdy usłyszałem Twoją opowieść, nie dowierzałem. Ale sprawdziłem to, obejrzałem wiele filmów. Widziałem Hetlanda na ulicach Pakistanu…


Zdarzały się takie obrazki: Leif głosił i kątem oka dostrzegał, że do sali wchodzą ludzie trzymający w rękach broń. Opowiadał, że tak bardzo się bał, że padł na ziemię i błagał Boga o interwencję. Gdy otworzył oczy, ci ludzie ze łzami w oczach oddawali życie Jezusowi. Co się stało? Bóg przeszedł z ogromną mocą, a agresorzy poczuli coś tak potężnego, że nie potrafili tego racjonalnie wytłumaczyć. Bóg, czytamy to w Biblii, potwierdza odważne głoszenie Słowa przez znaki i cuda. Słyszałem, jak Hetland opowiadał, jak bardzo ta służba wyczerpuje go emocjonalnie. O tym, że wieczorem wraca czasami do pokoju i płacze. Ale wie, że warto, ze względu na miłość Chrystusa.


Na wielu płaszczyznach widzimy dziś przełomy, przebudzenie w samym Kościele. Leszek Dokowicz nazywa to „przegrupowaniem sił”…


Czytam Matkę Teresę z Kalkuty i dotyka mnie to, że ta misjonarka na każdym kroku przypominała: chrześcijaństwo to miłość. A ilekroć słyszymy, że „miłość jest doskonałym wypełnieniem prawa”… skupiamy się na słowie „prawo”. (śmiech) Biblia inaczej stawia akcenty. „Pełnią prawa jest miłość” – podpowiada grecki oryginał.


Wspomniana Heidi Baker z Mozambiku z uporem zdartej płyty powtarza w swych książkach: miłość, miłość…


Widziałem przed dwoma miesiącami w USA jej męża Rolanda. Podszedł do osoby siedzącej na wózku inwalidzkim i z ogromną miłością, czułością ją przytulił. Trwali w tym uścisku chyba z 8 minut, a potem ostrożnie wstali i krok po kroku zaczęli iść. Ta kobieta odzyskała władzę w nogach! Szła i wielbiła Boga… Widziałem to na własne oczy, 
5 metrów ode mnie. To był dla mnie bardzo czytelny obraz. Ale zrozumiałem, że to miłość jest kluczem, to z jej powodu Bóg uwalnia moc uzdrowienia, przebaczenia i wolności. To cię przeszywa, kiedy widzisz czyn pełny miłości, jak wtedy, gdy Roland objął tę chorą kobietę. Ja sam – mając świadomość dziedzictwa, które mamy – chciałem żyć w Bożej mocy, szukałem znaków. Dziś wiem, że najważniejsza jest miłość. To ona jest atmosferą dla cudów. Ona jest sercem chrześcijaństwa.


Jezus, mówiąc o powrocie, opowiada o „bólach porodowych”. To ciekawa metafora, bo przecież kobieta wie mniej więcej, kiedy nastąpi poród…


Jezus nas zobowiązał do odczytywania znaków czasu. Mówił, że potrafimy przewidywać pogodę, a nie odczytujemy Jego znaków. W Biblii czytam: „Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia”. 


Co 3 minuty ginie chrześcijanin. Jesteśmy świadkami prześladowania Kościoła, jakiego nie było w historii.


To dla nas, chrześcijan, jest konfrontującym sprawdzianem wiary. Siedzimy w „strefie komfortu”, a nasi bracia żyją w „strefie konfliktu”. Największy głód Boga ma miejsce w Chinach czy Korei, nie w Europie czy Ameryce. Słyszałem niedawno diagnozę, że dla Europy czy USA jest już za późno na przebudzenie. Jesteśmy tak zamknięci i skupieni na sobie, że nie wołamy o ogień Ducha… 


Skoro nie wiemy, kiedy nadejdzie Chrystus, to od 2 tysięcy lat każde trzęsienie ziemi, każda wojna, kryzys Kościoła są antycypacją znaków ostatecznych – opowiadał mi Rafał Tichy. Nie wiemy, czy to jest ta miara znaków, która oznacza, że On już stoi u drzwi. Mamy prawo tak sądzić?


Mamy. Myślę, że wielu nie oczekuje Paruzji, bo panicznie boi się przyjścia Pana.


A Ty się nie boisz?


Nie. Te same wydarzenia („ludzie mdleć będą ze strachu”) dla świata będą przekleństwem, dla chrześcijan błogosławieństwem („nabierzcie ducha i podnieście głowy”). To będzie oś podziału. Bardzo dotyka mnie to, że w Starym Testamencie u proroka Joela czytamy, że „przyjdzie dzień Pański, dzień wielki i straszny”, a w Dziejach Apostolskich, że nadejdzie „dzień Pański, wielki i wspaniały”. To drobna różnica. (śmiech) To zestawienie genialnie pokazuje, z jakiej perspektywy czekamy dziś na przyjście Jezusa. Na powrót Tego, któremu wymierzono karę za nasze grzechy. Otrzymałem szatę wybieloną w Jego krwi. Nie muszę się bać. Ani sądu, ani kary, ani potępienia. Bo tylko On jest moją gwarancją zbawienia.