Już nie chorują

Agata Puścikowska

|

GN 10/2015

publikacja 05.03.2015 00:15

O zdrowym rozsądku w zdrowym żywieniu, wyprawie, która zmieniła całą rodzinę, i codziennych wyborach matki z Julitą Bator

Już nie chorują Julita Bator napisała dwie książki o zdrowym żywieniu Roman Koszowski /Foto Gość

Agata Puścikowska: Jest Pani szaloną ekolożką?

Julita Bator: Ani szaloną, ani ekolożką. Jestem matką, która postanowiła zdrowo żywić całą rodzinę. Bo to się po prostu opłaca.

Nie kupuje Pani ekojedzenia w specjalnych sklepach i za ogromne pieniądze?

Nie stać mnie na takie zakupy. Zresztą zwykle nie ma nawet takiej potrzeby, bo żeby jeść zdrowo, niekoniecznie trzeba korzystać z tego typu sklepów.

Mam wrażenie, że w niektórych kręgach panuje moda na „ekożywienie” granicząca z fanatyzmem. Z drugiej strony w wielu rodzinach żywi się dzieci chipsami w hurtowych ilościach. Skrajności.

Tymczasem w żywieniu potrzebny jest po prostu zdrowy rozsądek. Nie powinno się wpadać ze skrajności w skrajność. Oczywiście jeśli kogoś stać na ekologiczne jedzenie, to jego wybór. Jednak większość ludzi na taki zakup nie może sobie pozwolić. Co nie oznacza, że skazuje ich to na jedzenie żywności, która szkodzi zdrowiu. Jeśli nie mogę kupować żywności ekologicznej, a chcę zdrowo żywić rodzinę, powinnam poszukać innej drogi. Zawsze mam wybór, tylko muszę włożyć w to nieco wysiłku.

Jest Pani dietetyczką? Chemikiem?

Jestem germanistką.

To dlaczego germanistka zmieniła się w dietetyka?

Gdy matka jest zdeterminowana, zrobi wszystko, by pomóc własnym dzieciom. Kilka lat temu, gdy trójka moich dzieci była mała, postanowiłam, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by dowiedzieć się, co dzieciom szkodzi. I korzystając ze zdobytej wiedzy, wyleczę je. Chciałam po prostu, by dzieci przestały chorować. A chorowały ponadprzeciętnie. Bywało, że zapalenie oskrzeli goniło rotawirusa, by następnie przejść w zapalenie płuc. I znów od początku, kolejna choroba. Oczywiście od trójki dzieci zarażaliśmy się my, rodzice. Więc w domu trwał chorobowy, koszmarny maraton.

To typowe w dużych rodzinach.

Niby tak. Tak też uspokajali nas lekarze, którzy twierdzili, że w częstym chorowaniu dzieci nie ma nic wyjątkowego. Jednak przypominałam sobie własne dzieciństwo, też w dużej rodzinie. Oczywiście chorowaliśmy. Jednak bez porównania rzadziej. Z tamtych czasów nie przypominam sobie również „chorobowych pasaży”, które trwały od października do maja, nie pamiętam ton leków, nebulizatora niemal w każdym domu, w którym mieszkają małe dzieci, sterydów i podobnych specyfików. Czy ktoś słyszał trzydzieści lat temu o alergiach? A jeśli nawet, to uczulenia były rzadkością.Różnica jest w jedzeniu. Kiedyś jedliśmy nieco inaczej i nieco inną żywność. Zauważyłam, że moje dzieci właśnie na określoną żywność reagowały negatywnie. Prosty przykład: gdy jadły owocowy jogurt, alergia się zaostrzała. Zaczęłam więc wprowadzać diety eliminacyjne, odstawiałam to jeden, to drugi produkt. Cały czas obserwowałam dziecięce reakcje, ale szczerze mówiąc – większej poprawy nie było. Wprowadzałam też konkretne diety: bezglutenową, bezmleczną czy bezcukrową, licząc, że w końcu będzie poprawa. Niestety, dzieci chorować nie przestawały.

Widocznie nie były uczulone na konkretne produkty. Choćby na mleko.

Rzeczywiście nie były. Szkodziło im zupełnie co innego. Odkryłam to dopiero, gdy pojechaliśmy z całą rodziną na Kretę. Po raz pierwszy w życiu z pełnym wyżywieniem. Na miejscu doszliśmy do wniosku, że dzieci mogą jeść wszystko, co chcą. Najwyżej potem odchorują. Ostatecznie jak zapłacone, grzech zmarnować. (śmiech) Jednak, o dziwo, żadne z dzieci się nie pochorowało. Wyjazd wyraźnie im służył, mimo że jadły wszystkie te produkty, które w domu im ewidentnie szkodziły: np. przetwory mleczne. Zaczęłam „śledztwo”. Zastanawiałam się, co spowodowało taką sytuację: zmiana klimatu, świeże powietrze? Zaczęłam czytać na temat specyfiki Krety. Dotarło do mnie, że przez cały wyjazd jedliśmy po prostu żywność zdrową, nieprzetworzoną! Kreta z niej słynie. I nie chodziło o samą dietę śródziemnomorską, czyli konkretne potrawy i przepisy, lecz o produkty, z których zostały przygotowane. Przygotowane raczej metodą domową niż w wielkich fabrykach żywności. Wiedziałam, że w końcu jestem na dobrym tropie i jest szansa, że dom przestanie być wiecznym... szpitalem.

Kolejne tropy to...

…dokształcanie się, wnikliwe czytanie etykiet na produktach. Czytałam, sprawdzałam, co oznaczają zawiłe skróty, np. przeróżne E. Zaczęłam eliminować z diety produkty przetworzone. I zaczęłam po prostu zamieniać gotowe produkty na dania wykonane samodzielnie. Bo moje, własnoręcznie przetworzone we własnej kuchni na pyzy, ziemniaki nie są szkodliwe. Natomiast ziemniaki przetworzone w fabryce, okraszone chemią, stają się pyzami faszerowanymi trucizną. Zaczęłam też czytać o tzw. pseudoalergii. W skrócie wielkim: to sytuacja, gdy testy alergiczne nie wskazują, że pacjent jest uczulony na konkretny produkt, a mimo to ten konkretny produkt ewidentnie szkodzi. Widzimy to, obserwując objawy. I to się zgadzało. Robiłam przecież dzieciom testy alergiczne w kierunku alergii na konserwanty. I zawsze wychodziły... negatywne. Jednak okazało się, że to m.in. konserwanty powodowały ich ciągłe osłabienie, a przez to choroby.

I jak zmieniła Pani chemię na jedzenie?

Stopniowo. Przykład: uwielbialiśmy koncentrat malinowy zmieszany z wodą. Przeczytałam w końcu etykietę tego syropu. Jaki jest jego skład? Syropu glukozowo-fruktozowego, ogromnie szkodliwego, w koncentracie pod dostatkiem, a malin nie było prawie wcale. Zaczęłam więc kupować maliny i sama robić sok. Podobnie zaczęłam po jakimś czasie robić własny jogurt: ze świeżego mleka. Mleko z kartonu się do tego nie nadaje. Nauczyłam się piec mięsa, które zastępują nafaszerowane przeróżnymi chemicznymi polepszaczami i wypełniaczami wędliny. Kupuję wieprzowinę od dostawcy, któremu ufam. Nigdy z supermarketu.

To wszystko jednak dość czasochłonne.

Z jednej strony tak. Wymaga pewnych starań. Z drugiej strony zyskałam mnóstwo czasu, bo nie muszę już z dziećmi chodzić non stop do lekarza. (śmiech) Bo z miesiąca na miesiąc, po wprowadzeniu zmian żywieniowych, dzieci chorowały coraz mniej. W chwili obecnej nie chorują prawie wcale. Naprawdę nie sądziłam, gdy rozpoczynałam swoją przygodę ze zdrową żywnością, że różnica będzie aż tak duża.

Jednak na kupno dobrej jakości mięsa nie wszystkich stać.

Tu jest kwestia ustawienia priorytetów, pewnej organizacji i dyscypliny. Żeby gotować zdrowo, zainwestowałam w drugą zamrażarkę. Kupuję np. sporą część świni, porcjuję.

Starcza na dłużej, opłaca się. A ponieważ nie szkodzi, nie wydaję na leki. Coś za coś. Poza tym rozglądam się wokół, szukam kontaktów do dostawców lokalnych, którzy sprzedają tanio niemal to samo, co potem straszy kosmicznymi cenami z półek z ekologiczną żywnością. Obserwuję zresztą, że coraz więcej osób, świadomych roli prawidłowego odżywiania – zamiast do supermarketu, kieruje się na osiedlowy bazarek, na którym od starszej pani z pobliskiej wsi można kupić wiejskie jaja i nawożoną naturalnie marchewkę.

Z Pani doświadczeń powstała książka – bestseller raczej. Polacy dojrzeli do zdrowego odżywiania?

Książka powstała niemal przypadkiem: przyjaciółka, obserwując zmiany w mojej rodzinie, poprosiła mnie kiedyś: „Jestem w ciąży, niedługo urodzę, spisz wszystkie zasady, które stosujesz w kuchni. Za chwilę nie będę miała czasu, by do ciebie ciągle dzwonić”. Spisałam więc wszystko, co wiem. Następnie też, w drugiej książce, podzieliłam się z czytelnikami zdrowymi przepisami na smaczne posiłki. Opisałam więc swoje doświadczenia, napisałam o produktach, o prostych zasadach, jak żywnościową chemię zamienić w prawdziwe jedzenie. I o pozytywnych skutkach, które taka zamiana daje. Mam nadzieję, że w ten sposób pomogłam wielu rodzinom.